Wszystko zaczęło się od tego, że miałam wolne piątki na uczelni. Teraz już nie są wolne – piątek stał się dniem, w którym robię zakupy dla mojego dziadka. Początkowo robiłam je sama. Brak samochodu oznaczał, że byłam zmuszona do dźwigania 1 litra mleka, 10 dużych ziemniaków, 5 małych cebulek, 10 jabłek, 1 słoiczka miodu lipowego i 3 dżemów z czarnej porzeczki oraz wielu innych rzeczy. Z pomocą przyszedł mój kuzyn – 13-letni Gideon. Tradycją stało się to, że przychodziłam po niego do szkoły, razem szliśmy do dziadka, aby mógł tam odłożyć plecak, a ja wziąć listę zakupów.

Jednak tym razem było inaczej. Czy była to zasługa tego, że był to piątek 13-stego? A może był to czysty przypadek, że zamiast czekać na zewnątrz, weszłam do placówki publicznej, jaką było Gimnazjum i to tam wypatrywałam Gideona?

Usłyszałam go, zanim jeszcze zobaczyłam.

– Jane, Jane!

Odwróciłam się pośpiesznie, słysząc w jego głosie niepokój.

– Co się stało? – Szybko spostrzegłam, że czegoś mu brakowało. – Gdzie twoja kurtka, gdzie masz plecak?

– On zniknął!

– Co? Kto zniknął? Twój plecak?

– Nie! – Wskazał ręką na korytarz za sobą. Zerknęłam tam i szybko wróciłam do niego wzrokiem. – Marcus zniknął!

„Kim był Marcus?” pomyślałam, ale zamiast tego zapytałam:

– Jak to „zniknął”?

– No zniknął!

Westchnęłam przeciągle.

– Gideon. Ludzie nie znikają.

– Ale on naprawdę zniknął!

– Tak samo, jak twój plecak?

Gideon okręcił się na pięcie i stanął do mnie plecami. Pochyliłam się i odkleiłam karteczkę, która tam wisiała.

– Zabrał mój plecak, a potem zniknął – wyjaśnił, odwracając się do mnie przodem. – Początkowo myślałem, że to tylko żart, ale nigdzie go nie ma!

– Czym jest „zakazane przejście”? – zapytałam, czytając litery, który ktoś pośpiesznie umieścił na samoprzylepnej kartce.

– Jest to takie miejsce w szkole, do którego nikt nie może chodzić. A teraz on zniknął!

– Możesz przestać powtarzać, że zniknął? – warknęłam, przewracając oczami. Naprawdę, chyba zrobiłam się już za stara na takie wygłupy.

– Kiedy on naprawdę zniknął!

Zaskakujące, ale po wyrazie jego twarzy można było uznać, że on w to naprawdę wierzył.

– Chciał schować mój plecak w zakazanym przejściu, a teraz zniknął razem z nim!

Spojrzałam na zegarek w telefonie. Mieliśmy góra kwadrans.

– Dobra, pokaż mi, gdzie jest to przejście – postanowiłam.

– Nie!

– Co?

– Bo wtedy ty też znikniesz!

– Gideon! – Wskazałam korytarz. – Gdzie to jest?!

Pokręcił głową, ale po chwili podniósł rękę i zaczął nią machać.

– Taaaam…

Złapałam go za nadgarstek i zaczęłam ciągnąć za sobą, bo w dalszym ciągu nie wyglądał na chętnego, aby się tam udać.

Przeszliśmy przez korytarz z szafkami umieszczonymi po obu stronach, potem minęliśmy sale sportowe oraz gabloty z pucharami, aż w końcu trafiliśmy na małą szkołę – była to ta część budynku, gdzie edukowały się młodsze roczniki.

– Gdzie teraz?

Gideon wskazał głową na ciemny korytarz.

Rozejrzałam się i podeszłam do kontaktu, aby zapalić światło. Nie zaświeciło się.

– Mówiłem, że to zakazane…

Zapaliłam latarkę w telefonie.

– Chodź – burknęłam. Obróciłam się przez lewe ramię, aby upewnić się, czy za mną idzie. – Jeżeli to jakiś jeden wielki żart, żeby mnie przestraszyć, jak kiedyś w tej szatni, co mówiłeś, że niby odremontowana…

– Ale ja nie żartuję!

Zabawne, ale zaczynałam mu wierzyć.

– Rety, jak długi może być ten korytarz?

– Ten, kto tam poszedł, nigdy nie wrócił, żeby opowiedzieć…

– Gideon!

Zatrzymałam się, a wtedy kuzyn wpadł na mnie, prawie mnie przewracając.

– Ale to nie ja powiedziałem!

Zaświeciłam mu latarką po oczach, na co on szybko zasłonił twarz rękoma. A wtedy…

„Czy to możliwe?”

Poczułam, jak krew mimowolnie odpływa mi z twarzy, gdy spostrzegłam uciekający cień.

– Jane?

Potrząsnęłam głową i spojrzałam na Gideona, ale zaraz znowu skierowałam wzrok w miejsce za jego plecami. Skutkowało to tym, że obrócił się, aby tam spojrzeć.

– Widziałaś coś?

– Nie, nic – odparłam szybko, odchrząkując. – Chodźmy dalej.

Kuzyn obrócił się jeszcze raz, po czym ruszył za mną. Ja tymczasem nie odchodziłam od ściany. Mogło mi się wydawać, że słyszałam więcej odgłosów, niż wydają dwie osoby, ale jakoś nie uśmiechało mi się, aby zwolnić i to sprawdzić.

Nagle światło w latarce z mojego telefonu zaczęło migać. Zwolniliśmy kroku.

– Powiedź, że robisz to specjalnie – powiedział Gideon. Widziałam tylko jego prawy profil, ale to wystarczyło, aby dostrzec jego błąkające się spojrzenie.

– Może są tutaj jakieś zakłócenia elektryczności…

Zaczęłam stukać telefonem o rękę, przez co oświetliłam leżący niedaleko przedmiot.

– Mój plecak!

Gideon szybko podbiegł do znaleziska, a mi przyszło do głowy coś szalonego.

– Czekaj, to może być pułapka!

„Nigdy nie sądziłam, że to powiem.”

Trzymając w jednym ręku plecak, Gideon odwrócił się do mnie. Nic się nie stało. Ściany się nie ruszały, a podłoga pod nami nie kruszyła.

Westchnęłam z ulgą. Chyba naoglądałam się za dużo Indiany Jonesa…

– Ale gdzie jest Marcus? – zapytał Gideon, kiedy zakładał plecak.

– Pewnie poszedł do domu – odparłam, znowu stukając telefonem, aby ustabilizować latarkę. – Co za dziadowski smartfon…

Chciałam się odwrócić, ale wtedy zorientowałam się, że Gideon stał w miejscu.

– Idziesz czy wolisz tutaj zostać? – zapytałam, przenosząc na niego wzrok, ale on zdawał się mnie nie słyszeć.

Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby wyglądał tak blado, a przecież kiedyś uznałam, że bardziej się nie da – był to moment, kiedy wymusiłam na nim, aby zjadł zupę, którą zrobiłam…

– Jane – odezwał się słabym głosem. – Ktoś tam jest.

Wzdrygnęłam się, gdy na potwierdzenie jego słów poczułam na szyi ciężki oddech.

Doprawdy nie wiem, co mnie podkusiło, żeby się obejrzeć i oświetlić migającym światłem stojącą za mną postać. Kiedy jednak to zrobiłam, w pierwszej chwili znieruchomiałam. Stojący zdecydowanie za blisko mnie łysy mężczyzna miał zasłonięte opaską prawe oko, w jego długiej, szarej brodzie coś pełzało, a zęby…

Miał złote zęby, które pokazał w całej swojej okazałości, gdy to uśmiechnął się szaleńczo.

– Bu!

To jego śmierdzący oddech sprawił, że zapragnęłam uciec. Czując na plecach zimny pot, zmusiłam nogi do posłuszeństwa. Rzucając się do ucieczki, po drodze chwyciłam Gideona i razem z nim popędziłam w głąb ciemnego korytarza.

Nie, nie korytarza. To był tunel. Zorientowałam się, kiedy zaczęliśmy obijać się o ściany, a latarka całkiem się wyłączyła.

Pomieszczenie wypełniło się echem szyderczego śmiechu.

– Nie uciekniecie przede mną!

– Biegnij, Gideon, biegnij!

– Ale ja nic nie widzę!

Odbiłam się od czegoś i upadłam twardo na poniszczoną posadzkę. Gideon jakimś cudem ustał na nogach i pomógł mi wstać.

Masując obolałe miejsce, drugą rękę wyciągnęłam do przodu. Wpadliśmy na drzwi. Wymacałam klamkę i spróbowałam je otworzyć, ale okazały się zamknięte.

– Cholera! – mruknęłam.

Wtedy znowu poczułam ten smród. Odepchnęłam Gideona na bok, a potem sama odskoczyłam. Coś wbiło się w drzwi w miejscu, gdzie przed chwilą oboje staliśmy. Sięgnęłam do tego ręką.

To była siekiera.

Przełknęłam nerwowo ślinę.

„Ten szaleniec nas zaraz pozabija!”

Nie było czasu do stracenia. Schowałam telefon do kieszeni i obiema rękami chwyciłam za siekierę. Mocno zaklinowała się w drewnianych drzwiach, więc musiałam dopomóc sobie nogą, opierając ją o framugę. Po chwili udało mi się wydostać niedoszłe narzędzie zbrodni.

– Odsuń się – rzuciłam szybkie polecenie do Gideona, choć on dalej stał w tym samym miejscu. Następnie z trudem podnosząc siekierę do góry, opuściłam ją na zardzewiałą klamkę.

– Jane… Pośpiesz się!

Musiałam powtórzyć czynność jeszcze dwa razy, zanim udało mi się otworzyć drzwi.

– Nieee!

Usłyszałam krzyk mężczyzny znajdującego się za nami, ale nawet tam nie spojrzałam, i tak było za ciemno. Odrzuciłam siekierę na ziemię, pchnęłam Gideona w stronę otwartych drzwi, a potem sama zrobiłam krok do przodu.

Nie tego się spodziewałam, choć wrzask Gideona powinien mnie w jakiś sposób na to przygotować: zamiast twardego podłoża moja noga natrafiła na pustkę, a chwilę później leciałam w dół.

Nie, nie leciałam. Znalazłam się w rurze i pędziłam ku dołowi. Krzyk mimowolnie wyrwał mi się z gardła. Poczułam się jak wtedy gdy byłam na kolejce górskiej, na którą nigdy więcej nie chciałam wracać…

Wtedy ujrzałam światło. Zanim w ogóle zdążyłam się zorientować, wylądowałam w śnieżnej zaspie tuż obok kuzyna. Nigdy nie sądziłam, że ucieszę się tak ze śniegu, jak w tym momencie.

– Marcus! – usłyszałam tuż nad sobą krzyk Gideona, na co szybko podniosłam głowę.

– Marcus? – zapytałam, jednocześnie wypluwając z buzi śnieg i moją grzywkę. Kuzyn szybko wygrzebał się z zaspy i podbiegł do chłopaka o rudej czuprynie loków. – Mhm, dzięki za pomoc, jasne – mruknęłam pod nosem, również się wygrzebując.

„Jak to się stało, że z tunelu wylądowaliśmy na tyłach szkoły?”

– Stary, nie sądziłem, że to przeżyjesz – powiedział Marcus, który koło nosa miał chyba z milion piegów. – Ale z ciebie kozak!

Chłopcy przybili sobie piątkę, a ja w tym czasie otrzepałam kurtkę ze śniegu. Dostrzegając bijące z kieszeni światło, wyciągnęłam telefon i wyłączyłam latarkę.

– Skąd wiedziałeś, gdzie będę? – zapytał Gideon, patrząc na Marcusa. Jednocześnie sięgnął po plecak i wyjął z niego kurtkę, którą zaraz zaczął ubierać.

– Szukałem cię wkoło całej szkoły! – odparł rudy, pokazując ręką na budynek. – Kiedy pobiegłem do zakazanego korytarza, to poczułem, że ktoś mnie śledzi! Byłem pewien, że to ty, dlatego dla żartów rzuciłem twoim plecakiem, jak najdalej potrafiłem, a potem szybko wróciłem. Ale wtedy Philip powiedział mi, że to nie byłeś ty…

Przestałam ich słuchać.

Odwróciłam się, aby spojrzeć za siebie. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że to czarne, okrągłe okienko było wyjściem z tunelu.

– … i mówię ci! Tam był taki stary dziad z jednym okiem, rzucał w nas siekierą i strasznie…

Marcus zaczął się śmiać.

– Gideon, ale ty masz bujną wyobraźnię! Nikt ci w to nie uwierzy!

– Ale tak było! Naprawdę! – Odwrócił się w moją stronę. – Jane, powiedź mu, że to prawda!

Spojrzałam na zegarek.

– Jesteśmy spóźnieni – rzuciłam, odwracając się. – Chodź.

– Ale…

– Chodź!

Gideon powiedział coś jeszcze do Marcusa, ale byłam za daleko, aby to usłyszeć. Szybko do mnie dobiegł.

– Było super!

– Mhm – mruknęłam niewyraźnie, wciąż próbując zrozumieć sens tego, co się przed chwilą wydarzało.

– Kiedy znowu tam pójdziemy?

Zerknęłam na niego ukradkiem, po czym wróciłam wzrokiem do drogi przed nami.

– Najpierw musiałabym przyjść do szkoły…

– Więc za tydzień! Ale super!

W następny piątek czekałam na Gideona u dziadka, popijając sobie w spokoju owocową herbatkę. Tydzień później także.

Nigdy więcej nie zjawiłam się w okolicach tego budynku.