Pierwszego samobójcę widziałam we wtorek.

– Słyszałaś, co powiedział?

– Zanim skoczył?

Bo skoczył. Z dachu. Przez to, że odległość nie była duża, leciał krótko. Czy jemu także się tak wydawało?

– Tak. Słyszałaś?

Poprawiłam kołnierz rozpiętego płaszcza. Byłam w pomieszczeniu, ale nie chciałam go zdejmować.

– Słyszałam – potwierdziłam, ale nie dodałam nic więcej. Echo tamtych słów dalej dudniło mi w uszach.

– I jak? Co to było?

Spoglądnęłam na mojego rozmówcę. Na jego twarzy malowała się ciekawość, nie współczucie, strach czy zdziwienie. Zaciekawienie i obojętność.

– Krzyknął, że pierwszy raz robi coś dla siebie.

W odpowiedzi dostałam zmarszczone brwi, ale już po chwili zniknęły i ich miejsce zajął uśmiech.

– W takim razie szkoda, że pierwszy i ostatni, nie?

Nie skomentowałam tego. Chwyciłam kubek z kawą, odwróciłam się i ruszyłam w stronę biurka.

Ledwo zajęłam miejsce, a już podszedł Billy. Zaciśnięte szczęki mojego partnera oznaczały ponure nowiny.

– Mamy kolejnego.

– Jakiś wysyp – rzuciła Sarah, patolog, która przechodziła obok. – Ale tego przynajmniej nie trzeba było zeskrobywać z asfaltu.

– Co sobie zrobił?

Moje słowa zatrzymały ją.

– Podcięte żyły.

Billy usiadł na rogu biurka.

– To była jeszcze nastolatka.

Dlaczego to zrobiła?

– Zostawiła liścik?

– Oni zawsze zostawiają – odparł i sięgnął do kieszeni spodni. Wyciągnął złożoną na cztery kartkę zabezpieczoną foliowym opakowaniem. Rozłożył ją i podał mi.

Nie była to na szybko nabazgrana notatka. Pismo schludne, litery ładne. Zaplanowała to. Przygotowała się do tego. Nikt się nie zorientował, że zamierzała to zrobić.

– Co jest tam napisane? – zapytała Sarah, wskazując na liścik.

Zaprzestałam analizę pisma, skupiłam się na treści.

– Przeprasza najbliższych. Zapewnia ich, że to nie jest ich wina… – urywałam i przeleciałam wzrokiem tekst do końca. – Napisała, że zabrakło jej odwagi.

Podniosłam wzrok i ujrzałam, że Sarah mrugała oczami.

– Zabrakło jej odwagi do życia, a nic nie stało na przeszkodzie, aby otworzyć sobie żyły?

Nie mogła w to uwierzyć. Ludzie zwykle nie mogą w uwierzyć w takie rzeczy.

Złożyłam liścik i oddałam go Billy’emu.

– Każdy ma własne demony – odpowiedziałam i obróciłam się na krześle tak, aby być tyłem do nich. Nie musiałam ich widzieć. Wiedziałam, że spojrzeli po sobie, zanim Billy wstał i ruszył do własnego biurka, a Sarah do kostnicy.

Sięgnęłam ręka do kieszeni płaszcza i poprawiłam to, co się tam znajdowało.

– Muszę coś sprawdzić – oznajmiłam, nim minęłam partnera. Tak jak przypuszczałam, o nic nie zapytał.

Kiedy dotarłam do kostnicy, Sarah akurat ubierała niebieskie rękawiczki. Przez szybę przyglądałam się, jak badała zwłoki dziewczyny, która nie miała odwagi żyć.

Następnie udałam się do rodziny zmarłej, lecz nie weszłam do środka. Zamiast tego zostałam w samochodzie i obserwowałam ładny, mały domek. Przez to, że okna nie zostały zasłonięte, było widać wszystko: najpierw to, jak dwoje ludzi krzyczało, a potem się obejmowało i wzajemnie wspierało, ani na chwilę nie przestając przy tym płakać.

Ale czy kiedykolwiek przestaną się obwiniać?

Jestem przekonana, że list córki nie zmniejszył bólu. Wręcz przeciwnie.

Przekręciłam kluczyk w stacyjce i ruszyłam dalej. Chwilę później minęłam blok, z którego zrzucił się młody człowiek. Plama krwi wciąż nie zeszła z powierzchni drogi.

Dotarłam na miejsce szybciej, niż planowałam. Nim się obejrzałam, zaparkowałam i wspięłam się na szczyt wzgórza. Niegdyś, w dalekiej przeszłości, było to moje ulubione miejsce. Godzinami przesiadywałam z przyjaciółmi przy stoliku, który teraz nie miał jednej nogi i którego ławki były przewrócone, połamane.

Wyciągnęłam rękę i pogładziłam litery wyryte na wielkim drzewie. Ile to już lat minęło, od kiedy to je zrobiłam?

Patrząc w dal na miasto, myśli uciekły mi do tamtej dwójki. On odebrał sobie życie, bo chciał zrobić coś tylko dla siebie. Ona zrezygnowała z egzystowania w tym świecie, bo zabrakło jej siły do stanięcia twarzą w twarz z rzeczywistością. To najprostsze rozwiązania, które przyjmie większość ludzi.

Prawda jest o wiele bardziej skomplikowana.

Ludzie sobie nie radzą. Starają się, ale w pewnym momencie życia coś ich łamie – tak skutecznie, że nie potrafią się pozbierać. Czują się zbędni, mają też poczucie winy, że kogoś zawiedli. A czasami po prostu rozumieją zbyt wiele i to ich przytłacza.

Najgorsze w tym jest to, że nie da się pomóc takim osobom. Po prostu się nie da. I kiedy próbują być idealni w świecie, który idealny nie jest, zgadnij co – nie udaje się im, bo od początku byli skazani na porażkę. I wtedy przychodzi taki czas, kiedy to chcą zakończyć męczarnię, jaką jest życie. Czują jedynie, że nie powinni byli żyć, bo po prostu na to nie zasługują.

A przynajmniej część z nich tak uważa.

– Czy po drugiej stronie znajduje się ukojenie?

Powoli wyjęłam z kieszeni przedmiot, który mi tam ciążył. Obróciłam go w dłoni i uważnie przyjrzałam się detalom, choć przecież znałam wszystkie na pamięć.

Przeniosłam wzrok na drzewo, na zniszczone ławki, na szary głaz, a na sam koniec na zachód słońca. Do moich płuc wtargnęło zimne powietrze, ale mi nie było zimno.

– Niedługo i ja się przekonam.

Przyłożyłam lufę pistoletu do skroni i strzeliłam.