Niebo pokrywały czarne chmury, a resztę świata spowiła gęsta mgła.

Alyson powoli przemierzała ulice, a przed sobą miała jedynie szarą ścianę mgły. Nie czuła się komfortowo w obecnej sytuacji, bo wzrok był dla niej niezmiernie ważny i teraz odczuwała jego brak. Uczucie niepokoju spotęgowało się, kiedy jej zmysł słuchu wyostrzył się, a dźwięki bardzo wyraźnie zaczęły docierać do niej z różnych stron. Szum przejeżdżających niedaleko samochodów, szczekanie psów, krakanie ptaków. Ilość, jak i intensywność była tak duża, że musiała zatkać uszy, bo nie była w stanie tego dłużej znieść. Skuliła się na zniszczonej ławce, która wyrosła tuż obok niej. Miała wrażenie, że głowa pęknie jej na pół, kiedy nagle…

Wszystko ucichło.

Niepewnie zdjęła ręce z uszu, a kiedy otworzyła wcześniej zaciśnięte powieki, zorientowała się, że mgła powoli zaczęła opadać. Ze zdziwieniem stwierdziła, że nie była już na ulicy, lecz w parku, a drzewa wokół niej były całkowicie pozbawione liści. Swoimi powyginanymi kształtami zdawały się skamieniałe w niemym krzyku. Podniosła się i zaczęła rozglądać. Zdawało jej się, że dostrzegła rozlatujący się budynek, który…

Usłyszawszy trzepot skrzydeł, spojrzała w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Zauważyła kruka siedzącego na oparciu zdewastowanej ławki. Intensywnie wpatrywał się w nią swoimi równie czarnymi ślepiami.

Poczuła bardzo mocno, że nie chce tutaj być. Jej serce zabiło szybciej, choć nie potrafiła znaleźć powodu, dlaczego tak się stało. Bała się? Czy była to sprawka tego podejrzanego zwierzęcia?

Gdy w pewnym momencie ptak wzbił się w powietrze, zdała sobie sprawę, że nie może się ruszyć ani wydać choćby najmniejszego dźwięku. Mogła jedynie patrzeć, jak potężna czarna kulka piór frunie z niesamowitą prędkością. I to prosto na nią.

Obudziła się z silnym bólem głowy. Narzekając, zaczęła mamrotać coś niewyraźnie pod nosem. Czuła się tak, jakby ktoś walił w nią młotkiem. Obróciła się na drugi bok, myśląc jedynie o tym, aby ból zniknął, po czym przykryła głowę poduszką, nie zastanawiając się nad tym, co takiego jej się przyśniło.

Niedługi czas później obudziły ją krzyki, co wcale nie było nowością – jej mama miała w zwyczaju podnosić głos na koty, które często uwielbiały siać spustoszenie i biegać po całym domu, goniąc się nawzajem. Cóż, skoro nie było innych domowników, na których można narzekać, zostały biedne koty.

Tato Alyson zmarł, gdy była dzieckiem, a jej starsza siostra wraz z mężem od kilku lat mieszkała we własnym mieszkaniu. Alyson, co prawda, miała w planach przeprowadzkę do centrum miasta, ale postanowiła z tym jeszcze trochę zaczekać, a przede wszystkim zaoszczędzić.

– Chyba pora wstać – mruknęła, sięgając po telefon. W tym samym momencie zadzwonił ustawiony w nim budzik. – Tak, właśnie – dodała, wyłączając go.

Zdała sobie sprawę, że ból głowy ustąpił. Odetchnęła z ulgą, po czym podniosła się i poczłapała do łazienki, aby wyszykować się do wyjścia. Jednym z minusów mieszkania na obrzeżach było to, że aby gdziekolwiek dojechać, trzeba było na to poświęcić nieco więcej czasu.

Na przystanku spotkała się z Annabelle, z którą udała się w stronę uczelni. Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego, ale przechodząc przez pobliski park, uważniej przyglądała się drzewom, które traciły liście.

 

~*~

 

– Bilard jest super! – powiedział uradowany Dylan, wbijając ostatnią bilę. – Yeah!

Alyson skrzywiła się wymownie.

– Ta, pod warunkiem, że trafiasz w te kolorowe kulki – mruknęła. – Mi nie zawsze się to udaje.

– Ale ty grałaś dopiero kilka razy. – Zaszedł ją od tyłu i przytulił lekko, kładąc głowę na jej ramieniu. – Z czasem będziesz grała jak zawodowiec!

Odsunęła się i przekrzywiła głowę w jego stronę. W porównaniu do ich wczorajszego spotkania dzisiaj miał zdecydowanie lepszy humor. Co zresztą zaczęło się udzielać jej samej.

Popatrzyła mu w oczy z rozbawieniem.

– Dzięki za wiarę – odparła i wyswobodziła się z uścisku. – Ale ja teraz robię sobie przerwę. – Oparła kij o ścianę i usiadła na skórzanym narożniku, przesuwając się aż do kąta.

Pomieszczenie nie należało do wielkich ani wysokich. Ściany pomalowano na ciemne kolory, tylko gdzieniegdzie umieszczono dekoracyjną kostkę, a okien praktycznie nie było. W pokoju, w którym znajdowała się Alyson, był bar, dwa stoły bilardowe, a także trzy narożniki oddzielone od siebie ścianami. W sąsiednim pomieszczeniu, do którego nawet nie było drzwi, a tylko zrobione w ścianie specjalne wyżłobienie imitujące ich framugę, postawiono jeszcze dwa inne, nieco większe stoły do grania. Z kolei po drugiej stronie baru znajdowały się toalety, pomieszczenie z automatami do gry oraz telewizorem zawieszonym na ścianie.

– Ja też – postanowił Dylan. – Ej, Denny, teraz ty. – Rzucił przyjacielowi kij bilardowy, który ten złapał w prawą dłoń.

– Spoko – odparł uśmiechnięty od ucha do ucha. – Chodź kochanie, pokażemy im, na co cię stać!

Dziewczyna Denny’ego zaczęła nową rundę, rozbijając bile, które ten dla niej ustawił.

Alyson rozsiadła się wygodnie. Z fascynacją przyglądała się, jak ta dwójka znakomicie się dogadywała. W powietrzu aż dało się wyczuć chemię.

Czy ona kiedykolwiek doświadczy w życiu czegoś podobnego?

Dylan usadowił się obok niej i położył rękę na jej lewym udzie. Początkowo nawet nie zwróciła na to uwagi, zbyt pochłonięta rozmyślaniami nad uczuciami, jakie biły od osób grających przy stole. Zastanawiała się, jak to jest, gdy komuś zależy.

Z zamyślenia otrząsnęła się dopiero wtedy, gdy do Dylana dosiadła się blondynka. Alyson przeniosła na nią wzrok i zmrużyła oczy. Starała się przypomnieć, skąd ją znała.

Olśnienie pojawiło się nagle: to była ta dziewczyna, z którą spotykał się Dylan.

„A może dalej spotyka?”

Zmierzyła ją wzrokiem. Pomimo że blondynka siedziała, potrafiła dostrzec to, iż dziewczyna była od niej wyższa. Mimowolnie skrzywiła się na to odkrycie. I musiała przyznać, że kompletnie nie rozumiała, co też Dylan w niej widział. Nie odznaczała się szczególnie swoją urodą. Nie wyglądała też na taką, która grzeszyła rozumem.

Spojrzała w dół. Ręka Dylana zniknęła z jej uda, przez co poczuła chłód, ale w zupełnie innym miejscu.

Alyson przysłuchiwała się, jak nowoprzybyła opowiadała zawiłą historię zakłopotanemu Dylanowi.

„Chociaż miał na tyle przyzwoitości, aby wyglądać na zmieszanego.”

Nie chciała, aby ją to obchodziło. Aczkolwiek nie potrafiła się powstrzymać przed zaciśnięciem dłoni w pięści, kiedy jasnowłosa dziewczyna pochwyciła Dylana za brzeg bluzki i przysunęła go bliżej siebie. Jakby tego było mało, położyła głowę na jego ramieniu i zaczęła szlochać.

Przyglądała się tej scenie ze zdegustowaną miną. Kiedy nie patrząc na nią, Dylan nieudolnie poklepał blondynkę po plecach, Alyson jeszcze mocniej ścisnęła dłonie. Dopiero po chwili poczuła ból wbijających się paznokci w skórę. Rozprostowała je.

Nie zamierzała tego dłużej znosić.

– Właśnie przypomniało mi się, że zapomniałam nakarmić koty – oznajmiła, podnosząc się. Sięgnęła po torebkę i wyciągnęła z niej paczkę chusteczek. Podała ją Dylanowi. Nie próbowała maskować sarkazmu w swoim głosie. – Weź, przyda ci się.

– Odprowadzę cię. – Mówiąc to, Dylan patrzył w zimie.

A blondynka dalej wtulała się w jego ramię.

– Nie kłopocz się – odparła Alyson, wygramoliwszy się z drugiej strony, byleby nie musieć przyciskać się przez nich. – Jestem dorosła, sama trafię do domu. – Wskazała głową na małolatę. – Raczej zaopiekuj się nieletnią, jest dość późno jak na nią.

Odwróciła się i z uśmiechem pomachała do znajomych przy stole. Była świadoma tego, że dawno przestali grać i z dużym zainteresowaniem obserwowali scenę, która rozgrywała się na narożniku.

Wyszła z baru. Zapomniała tylko, że te drzwi trzaskają, jeśli ich się w porę nie złapie. Przypomniała sobie o tym w chwili, gdy głośno zamknęły się tuż za nią.

– Proszę bardzo – mruknęła pod nosem, wznosząc ręce do nieba. – I tak oto zaprezentowałam swoje poirytowanie. Świetnie, po prostu, świetnie!

Przeszła parę kroków, czując narastającą złość, kiedy naraz uświadomiła sobie, że pewnie nikt i tak nie zwrócił na to uwagi.

Zwolniła.

„I dlaczego, tak właściwe, ja się wściekam?”

Emocje opadły, zostało tylko skrzywienie pod nosem. Może jednak to wszystko skończy się szybciej, niż zakładała? A raczej, niż nie zakładała, bo przecież nie potrafiła stwierdzić niczego poza faktem, że kiedyś to nastąpi.

– Oh!

Zewsząd napłynęła mgła i zamknęła Alyson w niewidzialnej klatce. Zaczęła się rozglądać, ale na nic się to zdało, a narastająca cisza tylko potęgowała rosnącą w niej panikę.

– To tylko mgła, to tylko mgła… – Ruszyła przed siebie, mimo że nie widziała drogi.

Wtedy usłyszała cyniczny śmiech po prawej stronie. Krzyknęła cicho i spojrzała tam.

– Kim jesteś?

Nie zwalniała kroku.

– Osobą, która pomoże ci pożegnać się z tym życiem.

Już nie szła. Ona pędziła przed siebie, prosto w mgłę. Wiedziała, że była niedaleko domu. Gdyby tylko udało jej się dobiec do klatki schodowej…

Poprzysięgła sobie, że gdy tylko się tam znajdzie, zadzwoni na tę cholerną policję.

– Nie uciekniesz mi, młoda wojowniczko! – Tym razem głos był wyraźniejszy i zdecydowanie bardziej rozdrażniony. – Jeszcze z tobą nie skończyłem!

– Wojow…? – Alyson urwała w połowie słowa, upadając na ziemię. Zdążyła jeszcze usłyszeć ciężki trzepot skrzydeł, zanim pochłonął ją mrok.

 

 

~*~

 

Wychodząc z uczelni, pogrążona w rozmyślaniach, ile to zdąży dzisiaj zagrać partyjek w LOL-u, Blake kierowała się wolnym krokiem do samochodu. Będąc niedaleko pojazdu, spostrzegła mężczyznę, który wyglądał, jakby na kogoś czekał. Im bliżej była, tym więcej rzeczy potrafiła rozróżnić.

Ubrany był w garnitur, białą koszulę i ciemny krawat. Nawet tak elegancki strój nie był w stanie ukryć tego, że miał umięśnione ramiona. Jego broda i wąsy wyglądały na staranie przystrzyżone i zadbane, a jego oczy zdawały się równie czarne, jak włosy.

– Witaj, Blake Fox – odezwał się nieznajomy, gdy zatrzymała się przy samochodzie.

Na początku chciała go zignorować, ale na palcach jednej ręki mogła policzyć sytuacje, kiedy to jakiś obcy, a zarazem przystojny facet zwracał się do niej z imienia i nazwiska na środku ulicy.

Ciekawość zwyciężyła.

– Znamy się? – mimo wszystko zapytała chłodno. – Bo nie przypominam sobie.

– Ja ciebie znam. Jesteś przyjaciółką Alyson Lynx.

– Kimkolwiek jesteś, nie wspominała o tobie. – Zaczęła się zastanawiać, czy to aby nie o nim mówiła Alyson, kiedy zapewniała, że ktoś ją śledzi.

Uśmiechnął się lekko, nie wyglądając przy tym, jak psychopata, ale Blake nie traciła czujności.

– Jeszcze ze mną nie rozmawiała – odpowiedział. – Ale stwierdziłem, że najwyższa pora się ujawnić.

„A więc jednak prześladowca?”

– Czego chcesz? – burknęła. Sytuacja zaczęła jej się nie podobać. – Raczej nie będę zainteresowana tym, co mówisz.

– Raczej będziesz.

Posłała mu znaczące spojrzenie, jednocześnie krzyżując ręce na piersi.

– To zechcesz powiedzieć, czy będziesz tak stał?

A stał wyprostowany jak struna, lecz bez napięcia w ramionach. Przynajmniej ona go nie dostrzegała. Co więcej, nawet nie wyglądał, jakby się zawahał, gdy oznajmił:

– Alyson jest w wielkim niebezpieczeństwie i potrzebuje twojej pomocy.

Blake zamrugała oczami i przełknęła ślinę.

– Czyli jesteś jej prześladowcą?! – oskarżyła go i cofnęła się o krok, tak na wszelki wypadek.

Powoli uniósł lewą dłoń i przecząco nią pomachał.

– Nie, ktoś ją porwał, a ja się o tym dowiedziałem i teraz mówię to tobie – poinformował.

– Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę?

– Musisz uwierzyć mi na słowo. Jest za mało czasu, aby mógł cię teraz przekonywać. – Pokręcił głową. – Nie tak miałyście się o wszystkim dowiedzieć.

– O czym?

– Wyjaśnię potem. To jak, idziesz jej pomóc?

Sięgnęła do kieszeni i wyjęła telefon.

– Dzwonię na policję.

– Ona zginie, Blake. – Był nad wyraz spokojny, gdy to mówił. – Musisz iść ze mną.

– Żebyś i mnie porwał? – zakpiła, ale się zawahała. A co, jeśli…

– Chcesz jej pomóc?

Na jej twarzy musiała malować się niepewność, bo nieznajomy nawet nie zaczekał na odpowiedź.

– Może to jakoś cię przekona.

Wykonał jakiś dziwny gest, dotykając dłoni. Nie, zaraz, nie dłoni, a wielkiego, stalowego pierścienia.

Nagle na parkingu, na którym wciąż stali, zrobiło się jaśniej, a tuż obok mężczyzny pojawiło się…

– Co to jest? – Blake wytrzeszczyła oczy.

– Portal. – Wskazał otwartą dłonią na obiekt zainteresowania. – Widzisz? Nie jestem porywaczem. Porywacze tego nie potrafią.

– Jesteś… Czarodziejem? – Wiedziała, jak dziwnie to musiało zabrzmieć, ale nic bardziej odpowiedniego nie przychodziło jej na myśl.

Zaśmiał się krótko. Bardzo krótko.

– Tym też nie. – Teraz skinął ręką, aby podeszła bliżej. – Chodź, musimy iść po jeszcze jedną osobę.

– Nawet nie wiem, jak się nazywasz – zauważyła, ale już nie patrzyła na niego. Zbliżyła się i zlustrowała wzrokiem z góry na dół portal. Po chwili włożyła w niego rękę, potem zerkała za unoszącą się taflę wody, żeby sprawdzić, czy aby na pewno jej tam nie było. – Czad!

– A czy ma to teraz znaczenie? Moje imię ważniejsze od twojej przyjaciółki?

– Oczywiście, że nie jest ważniejsze! – oburzyła się, wyciągając rękę z portalu. Wyprostowała się. – Ale miło byłoby je znać, nie uważasz?

I, tak na wszelki wypadek, dać komuś znać, kto ją porywał.

– Dojdziemy do tego. A teraz chwyć mnie za rękę.

Po chwili wahania zrobiła to, o co ją prosił.

– Zwariowałam – powiedziała do siebie, gdy zaczęła zatapiać się w portalu.

 

~*~

 

Nina sprawnie uporała się ze zmywaniem talerzy po ostatnich klientach, zamieceniem podłogi i jej umyciem. Skończywszy, westchnęła ze zmęczenia. Dzisiaj był bardzo męczący dzień.

Właśnie wyszła z pizzerii, kiedy poczuła wibracje telefonu. Zatrzymałam się, aby wyciągnąć komórkę z kieszeni spodni. Zmarszczyła brwi. Nadawcą wiadomości był nieznany numery.

Wciągnęła gwałtownie powietrze i omal nie wypuściła telefonu rąk, gdy przeczytała treść SMS-a.

„Alyson uwięziona. Stara stodoła, wiesz gdzie. Pośpiesz się, bo inaczej zginie.”

– To jakiś żart?!

Niemal w tym samym momencie, niedaleko niej, rozbłysło jasne światło. Przykuło to jej uwagę, ale nikogo więcej. Ludzie idący drugą stroną ulicy zdawali się tego nie dostrzegać.

Usłyszała znajomy głos.

– Ale odlot! I nawet nie jest mi niedobrze! Jak mogłam o tym nie wiedzieć i …

– BLAKE? – Nina zamrugała oczami, spoglądając na rudowłosą znajomą. Sekundę później spostrzegła czarnowłosego mężczyznę o poważnym wyrazie twarzy. – A ty kim jesteś?

– No, tego… – zaczęła Blake, ale nie dokończyła, tylko machnęła ręką. – Nieważne, kim on jest. Alyson nas potrzebuje i …

– Tak?! Już to wiem! – odpowiedziała podniesionym głosem, pokazując im telefon.

Blake zmrużyła oczy i szybko przeczytała wiadomość podstawioną pod sam nos. Następnie spojrzała podejrzliwie na stojącego obok niej nieznajomego, który także przeczytał treść SMS-a.

– Mówiłeś, że ona jeszcze o niczym nie wie.

– Bo miała nie wiedzieć – odparł twardo, mierząc Ninę wzrokiem. – Kim jest twój informator?

– O czym miałam nie widzieć?! Jaki informator?! Co się tutaj dzieje?! – Nina każde kolejne zdanie wypowiadała coraz głośniej, tak, że ludzie zaczęli się na nią oglądać.

– Ciiiiszej – syknęła Blake ze złością.

– Nie uciszaj mnie! – krzyknęła Nina. – Dlaczego…

Rudowłosa jednym susem skoczyła do przodu i zakryła Ninie usta, przez co ta nie mogła dokończyć zdania.

– Dobry ruch – pochwalił chłopak.

Nina wyrwała się, ale przestała krzyczeć.

– Dlaczego Alyson jest uwięziona w jakieś zapyziałej i zapomnianej stodole, a jej życie wisi na włosku? – zapytała, starając się zachować spokój. Nie szło jej zbyt dobrze. Czuła, jak cała się trzęsła.

Blake spojrzała na chłopaka.

– Stodoła. Wiesz, gdzie to?

– Oh, ja wiem! – burknęła Nina, sprawiając, że oboje spojrzeli na nią. – Ale zanim się tam dostaniemy, miną wieki, nawet jeśli chcielibyśmy to miejsce rzeczywiście sprawdzić.

– Mamy na to sposób. – Blake uśmiechnęła się szeroko. – No, panie tajemniczy, odpalaj portal.

„Co ona właśnie powiedziała? Po… portal?”

Spojrzał na nią wymownie.

– Portalu się nie odpala.

Blake energicznie pokiwała głową.

– Tak, tak, jasne. Odpalaj i nie gadaj, po prostu nas tam zabierz – poleciła.

– Zaraz. – Nina chciała zapytać, o czym mówili, ale Blake chwyciła ją za nadgarstek i pociągnęła za sobą.

– Pomyśl o miejscu obok tej stodoły, gdy będziesz wchodziła w portal. To ważne i działa, i w ogóle.

Otworzyła buzie, aby zaprzeczyć, ale zaraz ją zamknęła. Z przerażeniem, jak i niechętną fascynacją, przyglądała się emanującej światłem tafli wody, która pojawiła się tuż przed nią.

– Potem wyjaśnimy – obiecała Blake, ale Nina nigdy nie ufała jej w kwestii obietnic. W zasadzie to w niczym jej nie ufała. – Choć raz dopuść do swoich myśli to, że magia ISTNIEJE!

– Yyy, no… Dobrze, ale…

Nic więcej nie dodała, bo Blake pchnęła ją do wody. Zakodowała jeszcze, że znajoma złapała ją za rękę, jednocześnie chwytając czarnowłosego za garnitur, zanim świat zaczął wirować.

 

~*~

 

– Ocknij się.

Alyson nie chciała tego zrobić. Tak bardzo bolała ją głową, że jedyne, o czym marzyła, to aby zapaść w sen. Bardzo długi i nieświadomy.

Tylko nagląca nuta w tonie osoby, która to powiedziała, sprawiła, że spróbowała otworzyć oczy. Zajęło jej to dłuższą chwilę, ale w końcu odchyliła powieki. Wszystko było bardzo zamazane.

– Co… Gdzie… – Położyła rękę na czole. – Moja głowa…

– Nic nie mów, tylko to wypij.

Mogła go nie widzieć, ale poczuła zapach napoju w chwili, gdy ktoś przyłożył naczynie z płynem do jej ust. Wykrzywiła się.

– Fuj, zioła. Nie lubię ziół – burknęła mało wyraźnie. Jej ręka opadła bezwiednie. – Spać…

– Ból minie, tylko to wypij.

Nie przestawała się krzywić, gdy ostrożnie sączyła napar. Zadziwiające, ale pomógł natychmiast. Ból odszedł, natomiast jej wzrok powrócił. Wyostrzał się, aż ostatecznie wrócił w pełni. Mrugając oczami, patrzyła w tęczowe niebo. Na chwilę oddech zatrzymał się w jej piersi na ten niesamowity widok.

Krótko potem zdała sobie sprawę, że jej głowa leżała na czyichś kolanach. Uświadomiła to sobie w chwili, gdy ten ktoś nachylił się i zasłonił niebo. Nie protestowała, bo teraz patrzyła na coś równie wspaniałego.

– Kim jesteś? – zapytała cicho, spoglądając w te niesamowite tęczówki.

Niebieskooki młodzieniec uśmiechnął się przyjaźnie. Wtedy go rozpoznała.

– Pamiętam cię – dodała, siadając prosto. Mimo dość gwałtownego ruchu, nie dostała żadnych zawrotów. Napój działał cuda.

– Nie pierwszy raz się widzimy, tak. – Uśmiech zniknął. – Choć twoje ciało przyjęło lek, nie jesteś tutaj fizycznie.

Spuściła wzrok. O czym zapomniała?

– Co mi się stało?

– Miałaś lekki wstrząs mózgu. Dość mocno uderzyłaś głową o ziemię.

Zerknęła na niego.

– A ty skąd to wiesz?

– Miałem cię chronić. Kiepsko mi to wyszło, co? – Chwycił ją za rękę. – Porozmawiamy o tym, ale najpierw musisz coś dla mnie zrobić.

Zmarszczyła brwi.

– Co takiego?

– Obudź się. To bardzo ważne.

Faktycznie. Brzmiał, jakby to było poważne.

– Nie możesz mnie stąd wyrzucić?

– Nie tym razem. Musisz to zrobić sama.

Rozejrzała się.

– Nie wiem, czy chcę.

Ścisnął jej dłoń.

– Inaczej umrzesz.

Nie brzmiał, jakby żartował. Dlatego z całych sił postanowiła otworzyć oczy.

Najpierw poczuła żar, potem do jej uszu doleciał charakterystyczny dźwięk palonego drewna, a gdy odchyliła powieki, w jej twarz buchnął ogień. Krzyknęła cicho i podniosła się czymprędzej. Omiotła pomieszczenie wzorkiem, analizując swoje położenie w ekspresowym tempie. Spojrzała w górę i dojrzała spory kawałek dachu, który oderwał się od reszty. Uskoczyła na bok w ostatniej chwili.

Wiedziała, że powinna się bać, a ogień właściwie powinien ją spalić, lecz czuła się dziwnie przywiązana do tego ciepła.

– Alyson! – Początkowo wydawało jej się, że się przesłyszała, ale kiedy dźwięk z każdą chwilą narastał, udało jej się rozróżnić głos Blake oraz Niny.

Odwróciła się w kierunku drzwi.

– Hej, tutaj jestem! – krzyknęła.

– Żyjesz! – odparła Nina, a Alyson usłyszała w jej głosie ulgę. – Zobaczyliśmy ogień i …

– No, jeżeli mi nie pomożecie, to wcale nie potrwa długo. – Przez płomienie ujrzała nieznajomego mężczyznę. – A ty kim jesteś?

– Fox, pomóż mi usunąć te belki, musimy otworzyć drzwi do stodoły – powiedziała Nina, podbiegając do wejścia.

Blake szybkim krokiem podeszła do dziewczyny w swoich sportowych tenisówkach aż do kolan, obcisłych legginsach ze skóry i rozpiętej brązowej, sportowej kurtce. Alyson tylko przez chwilę zastanawiało to, dlaczego wdziała teraz tak nieistotne szczegóły, bo…

„To one współpracują?”

Zszokowało ją to bardziej niż fakt, że znalazła się w… Co powiedziała Nina?

– Stodoła – mruknęła, po czym zaczęła się dusić. – Wiecie, kiepskie miejsce, aby umrzeć. Proszę, pośpieszcie się! Robi się tu naprawdę gorąco!

– Ty, facet w garniaku, może się przyłączysz? Czy może boisz się pobrudzić? – zapytała Blake, jednocześnie odrywając kawałek drzwi i odrzucając go na bok.

Mężczyzna zrobił minę, jakby się nad tym zastanawiał. Pokręcił głową.

– Nieee, sprawdzam coś – oznajmił, zerkając w stronę Alyson.

– Świetnie! – Odskoczyła od kolejnej spadającej deski. – Straż pożarna już w drodze, jak mniemam?

Dostrzegając przez płomienie wyraz twarzy Niny, domyśliła się, że nie było co na to liczyć.

– Dobra, nie wiem jak wy, ja tam wchodzę. – Po tych słowach Nina wbiegła do środka.

– Nina, to samobójstwo! – krzyknęła Alyson, starając się zatrzymać ją tymi słowami na zewnątrz.

– Uważaj! – krzyknęła w tym samym czasie Blake.

Wkraczając do środka, Nina nie zauważyła, że kolejna część dachu właśnie się wyłamała. Zdążyła tylko w obronnym geście zasłonić twarz rękoma, zanim…

Zanim coś wyrzuciło ją na zewnątrz i powaliło na ziemię, po czym uciekło i zniknęło w pobliskim lesie.

– Co to było?! – wykrzyknęły całą trójką.

– Wilkołak, tak sądzę – odparł nieznajomy, marszcząc brwi. Nie powiedział jednak nic więcej.

– Czekaj, że co? – Oszołomiona Nina podniosła się i otrzepała z ziemi jeansy i czarny płaszczyk.

Więcej Alyson już nie usłyszała. Zgięła się w pół z powodu dymu, który zaczął wypełniać coraz większą część jej płuc. Czuła się tak, jakby wdychała truciznę. Jej umysł z powodu braku tlenu był coraz bardziej przytłumiony. Słyszała, jak dziewczyny coś krzyczą, ale nic nie rozumiała.

Już niemal pogodziła się z tym, że umrze. Najzwyczajniej w świecie usmaży się w stodole. Już niewiele jej brakowało.

Ze świstem pojawiła się czarna postać. Wbiegła do rozlatującej się stodoły, wzięła Alyson w swoje ramiona i podskoczyła tak wysoko, że wydostała się przez dziurę w dachu i stanęła na jego krańcu.

Odezwał się nieznajomy, stojący pomiędzy Niną, a Blake.

– W końcu, bracie! Już myślałem, że się spóźnisz.

Rzekomy brat zeskoczył miękko i wylądował na trawie. Kucnął i delikatnie położył Alyson obok siebie.

– Ja? – Uśmiechnął się. – Nic podobnego.

– To czemu tak długo? – dociekał ten w garniturze, podczas gdy Alyson wykrztuszała reszki dymu z płuc.

 

 

 

 

– Musiałem uporać się z innym problemem – odparł, poważniejąc. Zwrócił się do kaszlącej Alyson. – Pamiętasz?

Odsunęła się od niego, a potem wolno wstała.

– Tak – odparła, mierząc go wzrokiem. W ustach poczuła smak naparu.

Młodzieniec spojrzał w ziemię i uśmiechnął się słabo, po czym wstał z przysiadu.

– Żadnych „dziękuję”? – zapytał, podnosząc na nią wzrok.

– Podobno się nie spisałeś – zauważyła.

– A skąd ona to wie? – spytał mężczyzna w garniturze, przez co Alyson odwróciła się do niego.

Mężczyźni byli do siebie podobni, to nie podlegało dyskusji, ale nie identyczni. Alyson instynktownie czuła, że patrzyła teraz na tego starszego z rodzeństwa, bardziej doświadczonego.

Niebieskooki podrapał się po karku, robiąc niewinną minę.

– Tak jakby miałem z nią umysłowe połączenie… – zaczął. – I pomogłem jej, dając eliksir…

– To jakiś żart?! – odparł brodacz. – Złamałeś zasady?!

Z otępienia obudziła się Blake.

– Dobra, stop – nakazała, podchodząc bliżej. – Po pierwsze, NAZWISKA, jeśli łaska.

Ten, który uratował Alyson…

„On naprawdę mnie uratował!”

… westchnął.

– Nazywam się Aaron Forrester, a to jest mój starszy brat, Darren Forrester. – Wskazał na młodzieńca obok, który rozłożył ręce w powitalnym geście, ale nie uśmiechnął się. Nie zdziwiło to Alyson. Nie wyglądał na takiego, który często się uśmiechał. – Jesteśmy wojownikami, a każdy z nas od urodzenia posiada inny dar. Rzadko zdarza się, że ktoś spoza naszego świata czy też wymiaru, jak niektórzy wolą to określać, przychodzi na świat z takimi umiejętnościami. Wasza trójka… – Wskazał na każdą z dziewczyn. – Takowe dary posiada.

– Musicie jednak same dojść do tego, jakie one są – dodał Darren, po czym uzupełniał dalej, nie czekając na brata. – Nasze prawo nakazuje, że w dniu 20-stych urodzin należy powiadomić osoby z darem o ich zdolnościach. Powinnyście mieć jeszcze rok, ale jak widać, nie mamy wyboru.

Dziewczyny stały w milczeniu, wodząc wzrokiem po sobie i chłopakach.

Pierwsza odezwała się Nina.

– To absurd. – Jej głos był stanowczy. – Nie wierzę w to.

Blake uniosła w górę rękę, sprawiając, że wszystkie pary oczu zwróciły się na nią.

– Szybkie pytanie – wycedziła, skacząc spojrzeniem między młodzieńcami. – Kto chce śmierci Alyson?

– No właśnie. – Alyson założyła ręce na krzyż. Że też to pytanie uciekło jej z głowy… Kaszlnęła jeszcze raz, ale już nie tak mocno, jak przed chwilą.

– Waszej trójki, tak ściślej mówiąc – zauważył Darren. – Cóż, kiedyś się przekonamy.

– Jak już zginiemy, a ty nie kiwniesz palcem, aby nam pomóc? – zapytała Blake, krzywiąc się. – Taki jest twój dar? Bezużyteczność?

Tym razem kąciki ust mu drgnęły, układając się w coś na wzór uśmiechu.

– Poznacie go z czasem – odparł. – Wydaje mi się bez sensu, aby ciągnąć teraz tę rozmowę, skoro jesteście… – szukał słowa. – Zdezorientowane.

Alyson prychnęła, zanim się powstrzymała.

– Zapewne – dodała. Nie potrafiła stwierdzić, dlaczego, ale starała się nie patrzeć na chłopaka o niebieskich oczach. – Możemy już wrócić do domów?

Blake zmarszczyła brwi.

– To jesteśmy bezpieczne i możemy wracać? – Spojrzała na Alyson, a potem na Ninę, która wzruszyła ramionami, pokazując tym samym swoją wyraźną niechęć do wiązania się z tą sprawą.

Alyson lekko się skrzywiła.

– Może ten ktoś uzna, że na razie ma ze mną spokój, a jedna „wojowniczka” dziennie chyba mu starczy. – Spojrzała na Darrena. – Dom?

Przyglądała się, jak chłopak trzy razy stukał palcem w sygnet na swoim prawym ręku. Chwilę później ich oczom ukazała się tafla wody. Zmarszczyła brwi.

– Co to jest?

– Portal – odparła Blake, a gdy Alyson posłała w jej stronę zdziwione spojrzenie, rudowłosa uniosła lekko ręce. – No co?

Alyson pokręciła głową, ale nie skomentowała tego. Nie miała na to sił.

– Jak to działa?

– Gdy do niego wchodzisz, myślisz o miejscu, do którego chcesz się udać – wyjaśnił Aaron.

– A czas, przestrzeń i wymiar nie mają znaczenia? – odparła burkliwie, przyglądając się pionowej tafli wody.

– Może nie do końca z tym czasem…

– Mamy przypuszczenia, że niedługo też znajdziecie się w takiej sytuacji, jak Alyson – przerwał bratu Darren. – Będziemy nad wami czuwać. Wkrótce odbędzie się specjalne Zebranie. Wtedy dowiecie się trochę więcej. Do tego czasu… Uważajcie na siebie.

– Dobrze powiedziane – odburknęła Blake, a potem przeniosła spojrzenie na dziewczyny. – Chyba czas na nas – zachęciła je, po czym sama wskoczyła do portalu. Tafla lekko się zakołysała, gdy zniknęła w jej wnętrzu.

Nina kręciła głową z niedowierzania, ulatniając się chwilę po niej.

Alyson zatrzymała się przed portem i obróciła się. Widziała, jak Darren kiwnął głową na brata, ale ten stał odwrócony do niego plecami. Patrzył, jak dogasają płomienie na zgliszczach czegoś, co chwile wcześniej było nazywane stodołą, a na co już nikt nie zwracał najmniejszej uwagi.

 

~*~

 

Alyson pojawiła się w swoim pokoju, wprawiając w zdziwienie koty, które zaczęły się jej przyglądać z przestrachem. Mama już od dawna spała, więc nie powinna zwrócić uwagi na to, w jaki sposób jej córka trafiła do pokoju. Zwłaszcza że zgubiła swoją torebkę, a wraz z nią klucze i telefon…

Zaklęła cicho pod nosem. Będzie musiała coś wymyślić. Tylko że bez telefonu czuła się jak bez ręki…

Zauważyła, że koty zaczęły niuchać swoimi nosami, więc sama wciągnęła powietrze. Zakrztusiła się. Cała przesiąknęła zapachem palonego drewna.

Przejechała ręką po twarzy i spojrzała na nią. Nie wiedziała, którą część ciała miała bardziej czarą i zakurzoną, ale nawet nie chciała oglądać się w lustrze. Udała się do łazienki, zrzuciła z siebie zniszczone ubranie i wzięła szybki prysznic. Starała się wyrzucić z głowy wszystkie myśli, ale nie wychodziło jej to najlepiej.

„Ktoś naprawdę chcę mnie zabić? Ale… dlaczego?”

Gdy w końcu doprowadziła się do porządku, założyła różową piżamę z kotem, która była jedyną akceptowaną przez nią rzeczą w tym kolorze, oraz krótkie szorty i wróciła do swojego pokoju.

Było jej duszno, więc otworzyła okno i usiadła na biurku stojącym obok. Noc, jak na jesień była wyjątkowo ciepła. A może to jej nadal było gorąco po dzisiejszych wydarzeniach?

– Jeszcze nie śpisz?

– Jak ja lubię, gdy tak się zakradasz – odparła, dalej patrząc w niebo.

Chwilę później Aaron wskoczył na okno, przy którym siedziała, po czym usadowił się wygodnie, zwieszając nogi z drugiej strony i machając nimi w powietrzu. Jeśli ktoś by to teraz zobaczył, śmiało mógłby nazwać go szaleńcem, który aż się prosił o śmierć spowodowaną upadkiem z wysokości pierwszego piętra. No, może bardziej była tutaj mowa o mocniejszym okaleczeniu.

Alyson zauważyła, że chłopak coś trzymał w dłoniach. Rozpromieniła się, gdy dostrzegła, co to takiego.

– Moje torebka! – Wyciągnęła ręce i zabrała ją, na co on cicho zachichotał.

– Napastnik zostawił ją na ulicy – poinformował, gdy zaczęła przeszukiwać jej wnętrze. Po chwili wyjęła z niej telefon.

Spojrzała na Aarona.

– Widziałeś go? To znaczy, napastnika.

Chłopak wyraźni zmarkotniał.

– Był bardzo szybki. Wybacz, że go nie powstrzymałem.

Alyson machnęła ręką.

– Ważne, że nic się nie stało – odpowiedziała, odblokowując telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się 5 wiadomości od Dylana. Przewróciła oczami, gdy przeczytała pierwszą połowę.

Aaron pochylił się nieco do tyłu, a potem w bok. Spojrzał na jej telefon.

– Będziesz musiała mu w końcu powiedzieć, że nie chcesz się z nim spotykać – zauważył, prostując się i patrząc przed siebie w niebo.

– A kto powiedział, że nie chcę? – zapytała, zdziwiona faktem, że ze wszystkich osób to właśnie on się tego domyślił i powiedział to na głos.

Chłopak spojrzał na nią wymownie.

– Zresztą, nieważne – dodała po chwili, opuszczając wzrok na telefon. Jednak, nie wiedząc, co odpisać Dylanowi, ponownie spojrzała na Aarona. Dostrzegła wtedy to, co wcześniej umknęło jej uwadze: chłopak miał kilkudniowy zarost. W porównaniu do eleganckiej brody brata, wiele mu jeszcze brakowało. Niemniej jednak, taki zarost do niego pasował.

Oderwała od niego wzrok tylko po to, aby przestać to analizować.

– Więc… – Odchrząknęła. – Twój dar?

– A, tak. – Uśmiechnął się. – Potrafię wyczuć, czy ktoś kłamie. – Spojrzał na nią. – Sprawdź mnie.

Zamyśliła się, nie patrząc na niego.

– Jesteś przystojny – powiedziała lekko, wzruszając ramionami.

Chłopak zamrugał oczami.

– Miałaś skłamać.

– Przecież to zrobiłam – powiedziała poważnie. – Widocznie twój dar jest jakiś wybrakowany – wyjaśniła, ale po chwili na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

– Dzięki – odparł, zerkając na dziewczynę z ukosa.

Alyson zdała sobie sprawę, że chłopak czekał, aż odłoży telefon na bok. Kiedy to zrobiła, uśmiechnął się.

– Chce ci coś pokazać. – Zdjął kurtkę, a potem zaczął rozpinać czarną koszulkę.

Alyson otworzyła szerzej oczy.

– Wow! Znaczy, wiesz, mięśnie na brzuchu?

Zignorował jej uwagę, ale też nie zdjął koszuli, a tylko odsunął kołnierz. Odwrócił się do niej tak, aby mogła zobaczyć lewy bok jego szyi. Alyson dostrzegła tam tatuaż i aż otworzyła buzię ze zdziwienia. Rysunek był ogromny!

– To jest znamię, nasz dar – wyjaśniał. – Każdy wojownik ma inny. Nie będzie go widać, dopóki gen się nie aktywuje. – Wskazał na jeden z elementów tatuażu. – Każdy dar zaczyna się od broni, jakiejkolwiek. Potem, gdy na jaw wychodzą inne zdolności, znak się zmienia, aby przedstawić to, czym wyróżnia się jego właściciel.

Wysunęła rękę i delikatnie przejechała palcem po tatuażu przedstawiającym piękny miecz, wkoło którego było zawinięte ptasie pióro. Sam miecz był srebrny, a pióro poza czarnymi konturami i liniami, wypełnione było błękitną, akwarelową farbą rozlewającą się gdzieniegdzie poza granice. Był bardzo artystyczny.

Zabrała dłoń, pewna, że się zarumieniła.

– Czy to oznacza lekkość?

Aaron uśmiechnął się. Lubiła ten uśmiech.

– Tak, lekkość – potwierdził. – Potrafię szybko i cicho poruszać się oraz wysoko skakać.

– A więc to jest twój dar.

– Tak – odparł, przyglądając się jej.

– Ale latać nie potrafisz?

Chłopak w odpowiedzi tylko przecząco pokręcił głową. Zeskoczyła z biurka i stanęła przy oknie. Kładąc łokcie na parapecie, a głowę na splecionych dłoniach, zapatrzyła się w księżyc. Siedzący obok Aaron spojrzał najpierw na nią, a potem na niebo.

– Szkoda – podsumowała.

– Domyślasz się, jaki dar ty możesz mieć? – zapytał, zapinając z powrotem koszulkę, co Alyson przyjęła z rozczarowaniem, a następnie, jakby odruchowo, pomasowała szyję.

– Na pewno nic ze sportem. – Zaśmiała się lekko. – To raczej nie jest moja mocna strona.

– Gdy aktywuje się twój gen, twoje zdolności i wytrzymałość na różne fizyczne czynności znacznie wzrośnie.

– W takim razie szkoda, że już nie mam wychowania fizycznego – zażartowała, ale i posmutniała.

– Rozumiem, że to dla ciebie dużo…

– Nie, nie o to chodzi – przerwała mu, chcąc wyprowadzić go z błędu. – Zawsze chciałam, aby magia istniała, ale teraz, kiedy wiem…

Nie mogła tego zignorować. Nie mogła założyć, że padła ofiarą okrutnego żartu. Że to wszystko tylko jej się wydawało. Że miała halucynacje.

Choć zdawało się to szalone, ona w to uwierzyła. Widziała to na własne oczy, a one jeszcze nigdy jej nie okłamały. Tylko…

– Nie spodziewałam się, że mogę od niej zginąć.

Aaron podniósł wzrok. W jego oczach rozbłysło lekkie rozbawienie.

– Nie musisz się o to martwić. Po prostu się wyśpij. Tym razem twój rycerz już nie zawiedzie. – Zsunął się z parapetu i tyle go widziała.

Alyson zdała sobie sprawę, że w miejscu, na którym siedział Aaron, pozostało piórko. Może sowy, może gołębia. Chociaż nie, nie miała pojęcia, do kogo mogło należeć. Było białe z czarną, ubrudzoną górą. Przypomniała sobie, że chłopak wcześniej trzymał je w ręce i obracał dookoła. Nie musiała go pytać, skąd je miał. Doskonale wiedziała, że znalazł je w miejscu, z którego została porwana. Jednocześnie była pewna, że nie chodziło mu o to, aby przywołać złe wspomnienia.

Zostawił coś, co miało GO przypominać, swój symbol. Zupełnie tak, jakby w ogóle dało się o nim zapomnieć.

– Głupek – mruknęła i zamknęła okno.