Stojąc w tłumie ludzi, Alyson poruszała się do rytmu muzyki puszczanej przez klubowych DJ’ów. Czuła, że ktoś ją obserwował. Specjalnie zwlekała z odwróceniem się. Kiedy w końcu to zrobiła, szybko napotkała wzrok pewnego młodzieńca. Uśmiechnął się. Nie znała go, ale o to chodziło.

Udała się na zewnątrz, pod pretekstem zaczerpnięcia świeżego powietrze. Wiedziała, że podąży za nią. Przystanęła kawałek za budynkiem, rozglądając się dookoła. Nie znała tego miejsca. W niczym nie przypominało ono klubów, które miała okazję odwiedzać. Nie było tutaj nic, poza tym niskim budynkiem, jednak przestała się tym przejmować w momencie, gdy młodzieniec do niej zagadał.

Rozmowa, jaka się między nimi nawiązała, miałaby inny przebieg, gdyby nie nagły huk. W zasadzie nie tak nagły, a narastający. Wiatr zaczął wiać z różnych stron, nasilając się z każdą chwilą.

Dopiero gdy spojrzała w górę, udało jej się zauważyć przyczynę tego zdarzenia. Na dachu klubu, z którego wyszła, wylądował helikopter, a osoba, która nim sterowała, zeskoczyła na ziemię obok Alyson. Było jednak za ciemno, aby mogła dostrzec wyraz jego twarzy.

– Uważaj, to wilkołak! Ten zły! – ostrzegł ją szybko przybysz, dziwnie znajomym głosem.

Niemalże w tej samej chwili na młodzieńca z klubu padły promienie księżyca przykrytego wcześniej przez grube chmury.

Chłopak zaczął się zmieniać.

Alyson obleciał strach. Powoli wycofywała się. W tym czasie pilot helikoptera również przybrał inną postać – stał się białym wilkiem. Skoczył na przeciwnika, gdy ten planował rzucić się na Alyson. Wywiązała się pomiędzy nimi walka, a do uszu dziewczyny doleciały odgłosy zarówno skomlenia, jak i warczenia.

Szarpanina wydała się skończona, gdy biały wilk został odrzucony z taką mocą, że przeleciał kilka metrów i wylądował w rowie za krzakami.

Nie tracąc ani chwili, Alyson sięgnęła po strzałę zawieszoną w kołczanie na biodrach i umieściła ją na łuku. Zanim dotarło do niej, co robiła, puściła ją. Strzała idealnie trafiła między oczy wilka, który zaczął się wić w nagłych konwulsjach, po czym padł martwy na ziemię.

Nie próbując nawet zrozumieć tej sytuacji, rzuciła się biegiem w kierunku, w którym został odrzucony biały wilki. Odgarnęła część krzaków, a wtedy jej oczom ukazało się nie zwierze, a człowiek. I to nie byle jaki.

Zdziwiona, patrzyła na jasnowłosego chłopaka, kolegę z licealnej klasy, byłego jej przyjaciółki: Borysa. Tego samego, który nigdy jej nie polubił.

Słysząc szelest, odwróciła się w kierunku, z którego dochodził dźwięk i zauważyła, że w jej stronę biegnie brązowy wilk o piwnych oczach. Instynktownie chciała chwycić za strzałę, ale sposób, w jaki zwierzę na nią spojrzało, spowodował, iż się zawahała. Chwilę później stał przed nią nie kto to inny a jej własny przyjaciel. Przyjaciółka, dla ścisłości.

Nina odepchnęła silnym ruchem Alyson, rzucając się na pomoc Borysowi. Przećwiczona w kursach pierwszej pomocy, zaczęła go reanimować, a następnie zajęła się opatrunkiem, którego części w jakiś sposób pojawiły się obok.

Alyson usłyszała, że Borys coś powiedział, ale zrobił to na tyle niewyraźnie, że go nie zrozumiała. Coś jednak mówiło jej, aby uciekała.

Wbiegła w sam środek ciemnego lasu. Nie widziała drogi ani tym bardziej wystającego korzenia. Potknęła się i wyłożyła jak długa, ścierając przy tym skórę na dłoniach.

Skrzywiła się nieznacznie. Już miała się podnieść, kiedy coś wylądowało tuż przed nią. Uniosła wzrok i znieruchomiała. Wielki oczami spoglądała na Harry’ego, ubranego w strój z zupełnie innej epoki. Do tego wszystkiego był blady jak nigdy dotąd. Nie sądziła, że człowiek może mieć tak jasną cerę.

Nie pomyliła się.

Syknął, obnażając kły. Szybkim ruchem przygniótł ją do ziemi, na co krzyknęła, lecz nie z bólu, a chęci odwrócenia jego uwagi. Wolną ręką sięgnęła po strzałę. Wyginając się do tyłu, wbiła mu ją między żebra.

Chłopak skrzywił się i stracił chwilowo koncentracje, dzięki czemu Alyson udało się go odepchnąć. Jednocześnie podniosła się i wznowiła swój bieg.

Boże, jak ona nie znosiła biegać.

Harry jakby bawił się tą całą sytuacją. Był od niej znacznie szybszy, a jednak dawał jej chwilową przewagę. Jak drapieżnik goniący swą ofiarę.

Nie przewidział jednak tego, że zza ciemnych drzew wyskoczy kulawy biały wilk i zacznie się z nim szamotać, a z odsieczą przybędzie przemieniona w zwierzę Nina.

Chwilę później Alyson usłyszała trzepot skrzydeł. Po Harrym nie było najmniejszego śladu.

– Borys jest ranny i nie może się teraz odmienić – poinformowała ją Nina, gdy wróciła do swojej ludzkiej postaci.

Ni z tego, ni z owego, Alyson poczuła ostry ból w swoim prawym nadgarstku. Gdy spojrzała w tamto miejsce, okazało się, że biały wilk zanurzył w jej ciele swoje kły. Nie myśląc wiele, Alyson strzeliła otwartą dłonią w wilczy pysk Borysa, a potem pogroziła mu palcem.

I wtedy sceneria się zmieniła.

Było duszno, jakby znajdowali się pod ziemią, a dokładniej: w jakiejś jaskini. Jednocześnie słyszała szum wodospadu. Nie zdążyła do końca rozeznać się w otoczeniu, bo zewsząd zaczęły wyłaniać się potwory różnych kształtów i maści, lecz o tych samych zamiarach. Alyson nie chciała zginąć. Każda jej strzała precyzyjnie sięgała w poczwary, sprawiając, że pluły czarną, fioletową lub żółtą posoką, a następnie rozpływały się, pozostawiając po sobie tylko gęstą masę.

– Jest ich za dużo! – krzyknęła Alyson do Niny i Borysa, którzy gryźli przeciwników, odgryzając im różne części ich pokracznych ciał. Sięgnęła ręką do kołczanu…

Strzała. To było ostatnie co zapamiętała, zanim poczuła ostry ból w miejscu, gdzie znajdowało się serce. Odpłynęła.

Nie potrafiła stwierdzić, jak długo była nieprzytomna. Do jej umysłu docierało coraz więcej bodźców, przekształcających się w myśli. Czuła zapach palonych zniczy oraz drzew, które rosły na cmentarzu. Słyszała też kapanie, a jeszcze wyraźniej docierał do niej dźwięk płynącej rzeki.

Otworzyła oczy, ale nie potrafiła stwierdzić, czy znajdowała się pod ziemią, czy z powrotem na powierzchni. Niebo, czymkolwiek mogłoby być, było po prostu czarne.

Doczołgała się do rzeki i spojrzała na swoje odbicie. Coś mocno uwierało ją w szczęce, więc otworzyła usta. Gdy ujrzała ostre kły, odskoczyła do tyły i chwyciła się za twarz.

Nie była sama. Podążyła wzrokiem do miejsca, które instynktownie wyczuła.

– Uratowałem ci życie – oznajmił Harry, zachowując kamienną twarz. – Ale był na to tylko jeden sposób. Stałaś się nieumarła.

– Nie chciałam zostać wampirem! – krzyknęła Alyson, podnosząc się gwałtownie.

– To i tak było twoim przeznaczeniem – podsumował wzruszeniem ramion. – Spójrz. – Kiwnął głową do przodu. Patrzył gdzieś ponad głową Alyson. – To moja armia wampirów, a teraz ty jesteś jedną z nich. – Dziewczyna starała się dostrzec to, o czym mówił. Nie musiała się nawet wysilać, jej wzrok był zdecydowanie lepiej wyostrzony niż zwykle. – Ja jestem ich lordem, a z racji tego, że mnie poślubiłaś, jesteś ich lady.

Zaparło jej dech w piersiach.

Nie, chwila.

Ona nie oddychała.

Nawet krew nie mogła odpłynąć jej z twarzy, gdy z przerażeniem zerknęła na swoją dłoń, na której połyskiwała złota obrączka.

– Nie zgadzam się na to! – zaprotestowała głośno, odwracając się do Harry’ego. – Chcę to odkręcić!

– Wypowiedziałaś przysięgę przy świadkach – oznajmił, uśmiechają się po swojemu. – Jak to ona brzmiała? A, tak: „nie opuszczę cię aż do śmierci”, a skoro już jesteśmy martwi… – Uśmiechnął się jeszcze szerzej. – To nie ma odwrotu.

Słysząc hałas za plecami, odwróciła się. Armia nie tyle wampirów, ile dziwnych stworzeń, rozpoczyna wymarsz na pałac, który wydawał jej się znajomy.

Skrzywiła się, gdy poczuła lekki ból z tyłu głowy, a po chwili także w ramieniu. Odwróciła się i spojrzała na ziemię. U jej stóp leżały dwa kamienie. Zmarszczyła brwi, a potem zerknęła w kierunku, skąd mogły nadlecieć. Rozglądając się dookoła, czy nikt nie zwracał na nią uwagi, udała się w stronę krzaków. Okazało się, że ktoś tam czekał.

Borys siedział cały w bandażach i jakoś szczególnie się nie ruszał. Z kolei Nina pociągnęła nosem, po czym mocno się najeżyła.

– Jesteś wampirem – warknęła. – Wynoś się stąd! Zdrajczyni!

Gdy wściekła Nina chciała rzucić się na Alyson, pomiędzy nie wpadł Borys.

– Ona jest mieszańcem, hybrydą – poinformował, patrząc najpierw na jedną, a potem na drugą. – Ugryzłem ją i w ten sposób sprzedałem mutagen. – Spojrzał błagalnie w oczy Alyson, czego ta zdecydowanie się nie spodziewała. – Dzięki temu nie stałaś się zła. I tylko ty jedyna możesz go powstrzymać. Musimy ocalić pałac!

– Nie mam na to czasu, chcę zerwać ślub! – burknęła, dotykając obrączki.

– Stanie się tak tylko, gdy prawdziwa miłość wyzna ci uczucia lub się za ciebie poświęci.

– Świetna perspektywa.

Wiedziała jednak, że nie mogła teraz o tym myśleć. Chcąc nie chcąc, musiała ratować pałac. Nie wiedziała dlaczego, po prostu musiała.

Ruszyła wraz z Borysem oraz niechętną Niną, na przeciwników. Mimo że atakowali wrogów od tyłu, udało im się przedrzeć przez pierwszą linię i w końcu wmaszerowali do środka.

Nie potrafiła stwierdzić, kto był panem tego miejsca, ale czuła się z nim dziwnie związana. Przez to jeszcze bardziej zapragnęła przegonić wrogów.

W jakiś niewytłumaczalny sposób szala się odwróciła. Gdy wygrana była po stronie Alyson i reszty, dziewczyna usłyszała skowyt. Była pewna, iż nie zapomni go do końca swojego życia. Albo i nieżycia.

Spojrzała na Borys przebitego sztyletem Harry’ego w momencie, gdy ten osunął się na ziemię, zostawiając krwawy ślad na murze. Chłopak ostatkami sił chciał coś powiedzieć, ale jedynie był w stanie pokazać na Ninę, zanim w jego oczach zgasł blask.

– Nieee! – krzyknęła dziewczyna, padając u jego boku. – Alyson, ugryź go! Uratuj go!

Alyson nie wiedziała, czy to możliwe. Raczej była w 100% przekonana, że to mu już nie pomoże, ale wykonała polecenie przyjaciółki. Wyglądało na to, że zrobiła coś źle, bo Borys jak był martwy, tak taki pozostał.

Śmiejący się Harry podszedł do nich. Pokazując, jak nisko cenił sobie wilkołaka, kopnął Borysa w żebra.

Ten gest rozpalił coś wewnątrz niej. Wściekłość rosła z każdą chwilą. W momencie, w którym rzuciła się w jego kierunku, przed oczami dostrzegła obraz kogoś innego. Uświadamiała sobie, że to wcale nie Borys leżał tam martwy, a…

Ze snu wybudził ją dźwięk telefonu. Otwierając leniwie oczy, spojrzała na wyświetlacz.

Była 8 rano.

Dzwonił Dylan.

– Tak? – powiedziała, odbierając i ziewając.

– Hej, za ile będziesz gotowa? – zapytał niepewnie.

Alyson w mig przypomniała sobie, o co chodziło. Uderzyła się otwartą dłonią w czoło na znak załamania.

– Daj mi pół godziny, szybko się ogarnę. – Wstała z łóżka i momentalnie się rozbudziła.

– Mhm. Przyjedziemy po ciebie z Dennym i moim kuzynem.

– Spoko – mruknęła, zanim się rozłączyła.

Zdecydowanie bardziej wolałaby spać, ale już jakiś czas temu obiecała, że pomoże w przygotowaniach do Bitwy. Było to dość spore wydarzenie, na które zjeżdżali się ludzie z różnych stron kraju. Każda drużyna liczyła siedmiu zawodników, a walki toczyły się między dwiema grupami. Głównym celem było powalenie przeciwnika na ziemię, przy wykorzystaniu różnej broni m.in. takiej jak: miecze, topory, tarcze itp. Wszyscy, oczywiście, mieli hełmy i zbroje oraz flagi rodowe, niczym prawdziwi rycerze.

Ona sama nie ubrała się w zbroję ani w długą szatę odzwierciadlająca strój kobiecy z dawnej epoki. Powodów było kilka. Pierwszy, musiała najpierw wszystko przyszykować. Drugi, potem musiała robić zdjęcia w czasie walki, a po trzecie, na sam koniec była impreza. Zamiast tego wybrała strój wygodny. Na czarną bluzkę na ramiączkach założyła czarno-szarą materiałową bejsbolówkę, do tego obcisłe, ciemnoniebieskie spodnie oraz czarne buty z białymi podeszwami.

Gdy przyszedł SMS od Dylana, że już na nią czeka, była gotowa. Chwyciła torbę z aparatem i, po zamknięciu drzwi na klucz, pognała na dół.

Schodząc, ujrzała Dylana stającego przy otwartych drzwiach samochodu. Kiedy wsiadła, zamknął je z nią. Założyła, że akurat przesiadał się do przodu, a nie, że chciał być uprzejmy.

– Cześć wszystkim – rzuciła na powitanie, zapinając pasy. Denny siedział z tyłu razem z nią, a kuzyn Dylana za kółkiem swojej wypasionej bryki marki KIA. – To najpierw wielka harówka, ale potem dobra impreza?

– Oczywiście, Alyson – odparł radośnie Dylan, odwracając głowę w jej kierunku. Odpowiedziała mu uśmiechem. Na razie była pozytywnie nastawiona do dzisiejszego dnia.

Budynek nie był daleko, więc szybko znaleźli się na miejscu. Z opowieści mamy jakiś czas temu dowiedziała się, że właśnie tutaj jej rodzice mieli swoje wesele. Westchnęła, rozglądając się dookoła. Kiedyś musiało to być piękne miejsce, ale teraz wyglądało na mało używany, zniszczony lokal.

– Podobno ktoś tutaj mieszkał, aż do czasu, gdy trzy lata temu parę osób powiesiło się na strychu – powiedział Denny, zniżając głos, aby zabrzmieć tajemniczo. Pochylił się i tuż przy uchu Alyson zapytał: – Rozumiem, że potem tam idziemy?

– Na raczej! – stwierdził Dylan, dołączając do nich.

Denny wyprostował się i spojrzał na przyjaciela.

– To…

– Idźcie, ale beze mnie – odparła Alyson, zakładając ręce na krzyż. Tylko tego jej teraz brakowało. Kolejnych spadających desek z dachu.

– A co? Masz pietra? – Denny wyglądał na rozbawionego.

– Po prostu nie będę mieć na to czasu. – Pokazała ręką na scenę, podłogę, parapety. – Patrz, ile tutaj kurzu! To miejsce ma być przygotowane na imprezę!

Na krętych schodach dało się usłyszeć kroki i po chwili pojawił się kuzyn Dylana.

– Tak ogólnie to chciałem poinformować, że nie ma ciepłej wody, a kran w kuchni nie działa, więc trzeba latać do łazienki albo używać wody z butelki – informował, pokazując na poszczególne rzeczy i pomieszczenia. – W sumie to nie ma też prądu, a impreza będzie w nocy, ale na szczęście zaopatrzyliśmy się w dużą liczbę świeczek.

– Ale tutaj jest strasznie zimno! – mruknęła Alyson. – Jak coś mówię, mój oddech zamienia się w białą kulkę dymu. – Zademonstrowała, o czym mówiła.

Kuzyn Dylana podrapał się po swojej ogolonej głowie. Odznaczał się on masywną budową ciała, a poza organizacją różnych imprez, był trenerem sztuk walki. Już samą swoją postawą powodował, że przeciwnik niewątpliwie się cofał.

– Mamy dmuchawę – zakomunikował. – Zapewniano mnie, że prąd w jednym gniazdku powinien być, więc może coś z tego będzie. – Obejrzał się za siebie. – A, no i na scenie też ponoć działa. Będzie na głośniki i muzykę z laptopa.

– Świetnie – burknęła Alyson pod nosem, czując, że jej optymizm właśnie zmalał. Że też zgodziła się na wolontariat w tym zimnym miejscu…

Nie znosiła zimna.

– Alyson, nie wybrzydzaj – upomniał ją kuzyn Dylana. – Chodź, zaprowadzę cię do kuchni.

Uniosła jedną brew do góry.

– A ty wiesz, że ja nie potrafię gotować, co nie?

– Spokojnie, wszystko się ogarnie – odpowiedział, ruszając do przodu.

Nie pozostało jej nic innego, jak udać się za nim. Pod ich stopami podłoga skrzypiała. Przechodząc obok schodów pokrytych pajęczynami, mimowolnie się wzdrygnęła.

Stanęła w progu i zamrugała kilka razy.

– Ojejku… To znaczy, nie sądziłam, że będzie tutaj aż tak brudno.

Pomieszczenie było małe, ale wykorzystane w maksymalny sposób. Przy ścianie po lewej znajdowały się piece, a cała reszta była zajęta przez blaty. Największy z nich znajdował się na środku. Wszędzie walały się różnego rodzaju naczynia. Tylko ich stan można było określić jako zaśniedziały i niezachęcający do jakiegokolwiek użytkowania. Białe kafelki na ziemi już dawno straciły swój kolor i teraz spokojnie można by nazwać je pożółkłymi…

– Twoje zadanie właśnie się zaczęło – oznajmił mistrz sztuk walki. – Trzeba pochować wszystkie te naczynia do szuflad, a stoły należy wymyć tak, żeby błyszczały. – Poklepał ją po plecach. – Zaczynaj.

– Kobieta zameldowana w kuchni. – Przewróciła oczami. – I mam tylko lodowatą wodę?

– Wiesz, ta z butelek jest o parę stopni cieplejsza – powiedział, pokazując na kilka z nich. Po chwili wcisnął jej do ręki coś jeszcze, tak że aż musiała to do siebie przytulić, żeby jej nie wypadło. – Gąbki, płyn. Powodzenia!

– A ty gdzie? – zapytała, odstawiając rzeczy na stół i robiąc przy tym zniesmaczoną minę.

– Jadę z Dylanem po ławki i krzesła do sali, no i po jedzenie. – Zerknął za drzwi i zawołał drugiego z chłopaków. – Denny ma ci pomóc – oznajmił, zanim ten przyszedł. – Po prostu każ mu umyć podłogę i przynosić wodę. – Nachylił się do niej i zaczął mówić konspiracyjnym szeptem. – Jakby ciebie wkurzał, każ mu robić coś bardziej kreatywnego.

Alyson uśmiechnęła się na myśl o tym, że przynajmniej dostała podwładnego. Chociaż szkoda, że to nie Dylan miał zostać…

Wraz z Dennym wzięła się za upychanie naczyń po szafkach, chuchając przy tym na dłonie. Gdy w końcu udało im się z tym uporać, podwinęła rękawy bluzy i związała swoje długie, brązowe włosy. Wzięła się za pozbywanie brudu z powierzchni blatów, a Denny’emu przypadło zamiatanie. Potem przyszła kolej na wyszorowanie górnej części mebli, a na koniec ich spłukanie. Na szczęście, chociaż mogła odsączać gąbkę w zlewie, który był obok, co ułatwiło pozbywanie się pozostającej wody. Jej kompan do końca zajął się podłogą, która w rezultacie odzyskała barwę czegoś, co przypominało biel.

W momencie, gdy skończyli, dołączyły do nich inne osoby. Dwie dziewczyny zajęły się myciem wielkich garnków, oni zaś mieli czas na chwilę wytchnienia.

– Nie złapiesz mnie! – krzyknął Denny, trącając przy tym ramię Alyson i uciekając do korytarza przy schodach.

Alyson się zaśmiała.

– Jesteś tego pewien? – krzyknęła za nim i zerwała się do biegu, aby chociaż spróbować go dogonić.

Ganiali się po korytarzach i dużej sali, na której pojawiły się, na razie, tylko trzy ławki. Alyson udawała, że stoi w pozycji bojowej, jak zawodowi bokserzy na ringu, zaciskając przy tym palce w pięści oraz przystępując do ataku. Denny umknął jej, obszedł ją i złapał od tyłu, po czym podniósł i razem z nią zakręcił się dookoła, na co dziewczyna zaczęła się śmiać na całego.

Kiedy chwilę później Alyson wskakiwała chłopakowi na barana, kątem oka dostrzegła, że na salę wszedł Dylan. Widząc ich, przystanął i oparł się o framugę drzwi.

– Przyłączysz się do zabawy? – zapytała, gdy tak przyglądał im się z rozbawieniem.

– Wystarczy mi jak na was patrzę. Kto wygrywa?

– Oczywiście, że ja! – powiedzieli równocześnie. Popatrzyli po sobie i wybuchli śmiechem, po czym Alyson zeskoczyła z ramion chłopaka.

– Jestem ciekaw waszej pracy, dzieciaki – powiedział kuzyn Dylana, który nagle znalazł się w sali, niosąc w rękach worki pełne jedzenia. – Dylan, idź po resztę żarcia. Zanieś je do korytarza przy kuchni. Będziemy brać po kolei i przyrządzać potrawy.

Alyson już chciała zapytać, jak chcą to zrobić bez prądu, ale ugryzła się w język i zaczęła iść w kierunku kuchni. Wtedy Dylan zaszedł ją od tyłu i przytulił mocno, wywołując tym gestem na twarzy Alyson delikatny uśmiech. Następnie odwrócił się i poszedł na dół, wykonać polecenie kuzyna.

– Wow! – Kuzyn Dylana zatrzymał się w progu. – Jak mówiłem, że blaty mają lśnić, nie sądziłem, że weźmiesz to aż tak dosłownie! – Omiótł spojrzeniem pomieszczenie, które teraz wyglądało na zupełnie odmienione.

Co fakt to fakt, w jednym blacie nawet było widać własne odbicie. Alyson napotkała wzrok Denny’ego, po czym uśmiechnęli się porozumiewawczo.

– Świetnie wykonana praca! – pochwalił mistrz. – A, Denny, idź na górę i rozpal w kominku – zarządził, patrząc na towarzysza Alyson. – Zaraz zejdą się ludzie, aby pomóc przy krojeniu i tak dalej…

– To tutaj jest DZIAŁAJĄCY kominek? – Alyson opuściła bezradnie ręce wzdłuż ciała. – I dopiero teraz o tym mówisz? Miałam przez cały czas skostniałe ręce!

– Dopiero sobie przypomniałem. – Machnął ręką od niechcenia. – Idź, pomóż mu – polecił.

Alyson się skrzywiła. Musieli iść na górę.

– Strych! – ucieszył się Denny, a jego niebieskie oczy aż się rozjaśniły. Dziewczyna przewróciła swoimi i udała się za nim.

Okazało się, że strych znajdował się jeszcze wyżej, dosłownie kilka schodków, niż pomieszczenie, w którym znajdował się kominek, co Alyson przyjęła z ulgą. Rozglądając się po pokoju, w którym Denny wziął się za rozpałkę, zauważyła zniszczone fotele, obrazy i stare dokumenty.

– Fee, odrażająco tu.

– Co ty gadasz, tu jest świetnie! – powiedział Dylan, wyłaniając się zza jej pleców. Zaskoczona dziewczyna lekko podskoczyła. Nie było go nawet słychać, gdy wchodził na górę.

– Myślałam, że przynosisz jedzenie.

– Trochę już przyniosłem, poza tym doszli ludzie i mi pomogli. – Kiwnął głową w dół. – Mamy zejść, aby dalej działać.

– Może jednak najpierw zajmijmy się tym kominkiem. – Wskazała go ręką. – Strasznie tutaj zimno. – Zaczęła energicznie pocierać ramiona. Rozgrzała się trochę przez bieganie z Dennym, ale teraz znowu poczuła chłód.

Chłopcy zabrali się do roboty, debatujący przy tym na jakiś temat, przy którym Alyson się wyłączyła. Niby słuchała, ale tak naprawdę nie zapamiętywała, o czym mówili. Przechodziła z pokoju do pokoju, przyglądając się rzeczom, które znajdywała.

Gdy usłyszała swoje imię, w pierwszej chwili pomyślała, że to któryś z nich ją zawoła, ale kiedy spojrzała w ich kierunku, okazało się, że dalej byli pochłonięci w rozmowie.

– Chodź tutaj, Alyson. – Usłyszała wyraźniej i tym razem już potrafiła stwierdzić, czyj był to głos.

Westchnęła ciężko, gdy zdała sobie sprawę, skąd dobiegał. Ruszała w kierunku strychu. Wspięła się po tych kilku stopniach, z których zostały zerwane płyty, odsunęła szmatkę robiącą za drzwi i weszła do środka.

W pomieszczeniu było jeszcze zimniej, niż w innych częściach tego budynku, co niewątpliwie wynikało z faktu, że dach był dziurawy. Rozejrzała się. Wśród różnych śmierci rzuciły jej się w oczy takie rzeczy jak: pętla, liny oraz stare miski. Nie chciała wiedzieć, do czego się kiedyś przysłużyły.

Wystawiła język w geście zniesmaczenia. To miejsce nie było zbyt przyjazne, ale szła dalej, bo przy oknie, albo raczej przy czymś, co kiedyś było oknem, stała osoba, która ją wołała.

– Ładnie wyczyściłaś te blaty – pochwalił. – Naprawdę się błyszczały.

Czekała, aż przeniesie swój wzrok z widoku za oknem, na nią.

– Aaron, co tu robisz? – zapytała, gdy ich spojrzenia się spotkały. – Dzisiejszy dzień chcę spędzić normalnie.

Zmarszczył brwi.

– Normalnie…?

– No wiesz… Zero ognia. Zero stodoły. Zero magii.

– Dopiero co się dowiedziałaś, że ona naprawdę istnieje. – Skrzyżował ręce. – I już masz jej dość?

Wzruszyła ramionami.

– Nie martw się. – Znowu spojrzał na widok za oknem. – Ja tylko cię pilnuję. Nawet mnie nie będziesz widzieć.

– Nie jestem dzieckiem.

– Ale jesteś w niebezpieczeństwie – przypomniał jej.

Podeszła bliżej.

– Wiesz, że ciężko walczy się z wrogiem, o którym nie masz najmniejszego pojęcia? – zapytała łagodnym tonem.

Patrzyła, jak jego ciemnobrązowe włosy powiewają na wietrze, który dostawał się na strych przez zniszczenia w ścianach. Miał na sobie bluzkę w kolorze czekolady z dekoltem w serek, a na to narzuconą skórzaną kurtkę. Nie był jednak idealny. Jego czarne spodnie ubrudzone były białym tynkiem w kilku miejscach – na łydkach i kolanach.

Uśmiechnęła się na to odkrycie.

– Dlatego trzeba się dowiedzieć, z kim mamy do czynienia. – Jego głos był tym razem stanowczy, ale ona i tak wyczuła w tym nutkę czegoś innego.

– Jest coś, czego mi nie mówisz?

– Wiele jeszcze nie wiesz – odparł wymijająco. – Nie minęła nawet doba, odkąd się dowiedziałaś.

– Tak, racja, ale jedno wiem na pewno. Nie zaatakuje mnie, dopóki będę wśród ludzi. – Ręką zakreśliła budynek. – Tutaj, dzisiaj, będzie ogromna liczba ludzi. Zajmij się Niną lub Blake.

– Wstydzisz się mnie? – przeniósł wzrok na jej oczy i uśmiechnął się figlarnie.

Rozbawiona, przewróciła oczami.

– Nie mam ochoty wymyślać historyjki, kim jesteś, skąd jesteś, jak się tu znalazłeś…

– Alyson!

Słysząc swoje imię gdzieś za sobą, urwała i się odwróciła. Po chwili szmatkę przy drzwiach została odsunięta i osoba weszła do pomieszczenia. Dziewczyna szybko odwróciła się w stronę okna, ale nikogo już tam nie było. Niby wiedziała, że go tam nie będzie, ale poczuła się dziwnie… Opuszczona.

– Tutaj jesteś – powiedział Dylan, zbliżając się. – Rozmawiałaś z kimś? – Zaczął się rozglądać. – Mógłbym przysiąc, że słyszałem jakieś głosy.

– Z kim ja mogłabym tutaj rozmawiać? – zapytała, uśmiechając się. – Z duchami?

Gdy usłyszała trzask za sobą, podskoczyła.

– O, sorki. – Denny zrobił przepraszającą minę. – Przeszkodziłem w czymś?

– Nie, właśnie schodzimy – odpowiedziała Alyson, kierując się w stronę wyjścia, ale jeszcze zanim się stąd ulotniła, odwróciła się za siebie, aby spojrzeć w kierunku zniszczonego okna.

– No to do roboty – powiedział Denny gdzieś przed nią, schodząc po schodach.

~*~

 

– Co ty robisz w moim pokoju?! – krzyknęła Blake, wchodząc do pomieszczania prosto z łazienki, z jednym ręcznikiem na głowie oraz drugim owiniętym wokół ciała. Zaczęła na oślep zakrywać twarz, żeby nieproszony gość nie mógł jej dostrzec. – Ja nie mam makijażu!

Chłopak wzruszył ramionami, kręcąc się lekko na krześle. Dziewczyna, widząc przez palce, że Aaron zajęty był rozglądaniem się po pomieszczeniu, opuściła dłonie. Wydawało jej się, że prychnął, gdy tak przyglądał się zawieszonym plakatom z gier.

– Ochraniam cię – odparł po chwili, gdy Blake w końcu ruszyła się z miejsca.

– Nie potrzebuje niańki – oznajmiła niezadowolona.

– Kolejna samowystarczalna. – Aaron uniósł ręce do góry w geście załamania.

– Idź, ratuj Ninę – skwitowała, domyślając się, że jego uwaga tyczyła się Alyson.

Ona sama przyjęła do wiadomości to, co się wydarzyło ubiegłej nocy, ale… To by było na tyle w tej kwestii. Owszem, myślała o tym, co usłyszała, lecz w obecnej chwili mało ją to obchodziło. Miała na głowie parę ważniejszych spraw, jak chociażby najbliższy meczów piłki nożnej, które odbędzie się za trzy godziny. Inne sprawy pozostawiła same sobie, aby rozwiązały się z biegiem czasu. W końcu i tak nie mogła nic z tym zrobić, prawda?

– Nina ma swojego psiego Anioła Stróża, bla, bla, bla – odparł. – Grunt, że ją ochrania. Mniej roboty dla nas. – Zastanowił się nad czymś. – Alyson nie chciała mojej pomocy dzisiaj. Uważa, że skoro jest razem z innymi ludźmi, to nic jej się nie stanie. Wróg nie zaatakuje i się nie zdemaskuje.

– I ma rację?

– Może. – Wzruszył ramionami. – I tak Darren ma ją teraz na oku.

– Błagam, nie mów mi, że teraz jestem skazana na ciebie? – Załamała ręce.

– Na to wychodzi. – Uśmiechnął się lekko, ale wyraźnie powstrzymywał się przed patrzeniem na nią, co przyjęła z ulgą. – Do czasu Zebrania, musimy się wami zająć.

Skrzywiła się. Nie chciała słuchać o żadnym Zebraniu, bo czas gonił, a ona miała przed meczem zaplanowane coś równie ważnego.

– To będziesz patrzył, jak gram w LOL-a – stwierdziła. – Nie zamierzam rezygnować z gry z twojego powodu. Muszę wypróbować nową skórkę Syndry. Poprzednim razem miałam nią pentakill.

Podniósł brwi, przestając się kręcić na krześle.

– Jakbym wiedział, co to jest.

Pokręciła głową, poprawiając ręcznik przy boku.

– Zabijasz pięciu przeciwników na raz, czyli całą przeciwną drużynę.

Aaron był na tyle blisko, że potrafiła dostrzec, jak w jego oczach coś rozbłysnęło.

– Dobre – pochwalił. – Przydałoby się w życiu.

Blake spojrzała na niego, znowu kręcąc głową.

– A pozwolisz mi się chociaż ubrać?

Podniósł ręce w geście niewinności.

– Do łazienki za tobą nie wejdę.

Zrobiła chytrą minę, choć on dalej na nią nie patrzył.

– A jak mnie coś tam zaatakuje?

– Nie powinno – zapewnił. – Poza tym, jestem szybki w razie czego.

– Od razu mi ulżyło – burknęła ironicznie, kierując się do szafy.

– Jest ktoś w domu? Jest taki duży, że mogłem kogoś przeoczyć.

– Nie, nie ma.

– Pozwolisz, że zrobię sobie chociaż coś do picia? – podniósł się z krzesła, a Blake w tym czasie zagarnęła czyste ubrania.

– A idź, proszę bardzo. Nie zgub się. – W jej głosie nie dało się wyczuć żadnej troski. Wręcz przeciwnie. Była tego świadoma, bo to był jej celowy zabieg.

– Raczej potrafię to ogarnąć. – Ale zamiast ruszyć, zmarszczył brwi. Potem wskazał na słuchawki leżące przy biurku. – Nie mów swoim znajomym, że tu jestem.

– Jak tam chcesz – odparła, wzruszając ramionami. Ręcznik na głowie zaczął jej się przekrzywiać.

– Jeszcze będą chcieli wiedzieć, jak wyglądam, i potem będą zazdrośni. – Odwrócił się lekko i puścił do niej oczko. Znaczy, tak jej się wydawało, że to zrobił, bo szybko wyciągnęła rękę przed siebie, aby zasłonić twarz.

– Twoja pewność siebie zniewala – odparła, idąc za nim. – Bo wiesz, czasami twoje przypuszczenia mogą być błędne – zauważyła, mierząc go od tyłu wzrokiem.

Wzruszył ramionami i zniknął w korytarzu. Blake zatrzymała się przed drzwiami łazienki i nasłuchiwała. Kiedy do jej uszu dobiegł znany jej dobrze dźwięk, jakim jest uderzenie czołem w niewidoczną szybę przed kuchnią, złożyła ręce w rulon i krzyknęła:

– Uważaj na szybę! – Po czym z szerokim uśmiechem pod nosem weszła do pomieszczenia i zamknęła za sobą drzwi.

~*~

 

– Moje oczy! – Płakała Alyson. – Auć, auć!

– Ze mną też nie jest najlepiej – poskarżył się Denny, wycierając rąbkiem bluzy łzy płynące z oczu. – A Dylan, cwaniak, poszedł wnosić stoły i krzesła. – Z tonu, jaki to powiedział, można było wywnioskować, że z chęcią by się zamienił.

Nie on jeden.

– Ty przynajmniej kroisz paprykę! Ja mam 15 kg tego cholerstwa. – Alyson pociągnęła nosem i zabrała się do krojenia kolejnej cebuli.

– Co z tego, jak stoję obok ciebie i te opary, czy czymkolwiek to jest, powoduje, że mnie też oczy pieką – marudził, zbierając kawałki papryki i wrzucając je do miski.

– Dobrze, że już kończymy – mruknęła, mrużąc oczy, co wcale nie pomagało, a wręcz bolało jeszcze bardziej.

– Cieszę się, mogąc to słyszeć – powiedział kuzyn Dylana, wchodząc zamaszystym ruchem do kuchni. Oparł się o kuchenkę gazową, którą przyniósł wcześniej. – Wszyscy już nakroiliście to, co mieliście nakroić? Mięso, kapustę i inne?

– Tak! – odpowiedział zgodnie chórek osób zebranych w tej małej kuchni.

Uśmiechnął się, po czym zabrał się za gotowanie, które z kolei było w jego interesie. Reszta miała chwilę wytchnienia.

Alyson z westchnieniem powędrowała przez korytarzy przy schodach, potem przez parkiet, aż w końcu trafiła do łazienki. Umyła ręce w tak lodowatej wodzie, że aż ją zapiekły. Denny poszedł w jej ślady, po czym się skrzywił.

– Na stole są jakieś energetyki. – Wskazał głową na ławkę. – Pijemy? – Uśmiechnął się szeroko.

– Po to tu są – odparła, sięgając po jeden z nich. Wypiła duszkiem pół puszki. – To chyba mój trzeci – mruknęła. – Zabawne. Cały dzień w kuchni, a nic od rana nie zjadłam.

Wskazał na jej ręce.

– Czy mi się wydaje, czy tobą telepie?

– Pewnie z zimna – odparła, zaciągając rękawy bejsbolówki na dłonie. Następnie zbliżyła je do twarzy i zaczęła w nie dmuchać.

Już chciała się odwrócić i wgramolić tyłem na ławkę, kiedy jej wzrok padł na drzwi wejściowe. Brązowe tęczówki Morgana przyglądały jej się twardo. Przed jej oczami pojawiły się sceny ze snu, o którym zdążyła już zapomnieć. Przeszedł ją dreszcz.

Denny stał tyłem do drzwi, ale widząc znieruchomienie dziewczyny, odwrócił się.

– Hej, Harry.

– Już po szkole? – zapytała Alyson, unosząc jedną brew do góry. Było jeszcze wcześnie.

– Hej, skarbie. Wiesz, jak to jest, miałem nudny przedmiot – powiedział. Uśmiechając się zalotnie, wszedł do środka.

– O ile pamiętam, to dla ciebie każdy przedmiot był nudny.

– Nic dziwnego, że to pamiętasz. Często u ciebie wagarowałem.

Alyson uśmiechnęła się w odpowiedzi i sięgnęła po swojego energetyka, aby zając czymś ręce. Po chwili wypiła go do końca i zgniotła puszkę. Harry w tym czasie nosił oraz ustawiał stoły, a kolejna osoba układała na nich świeczki, wódkę, plastikowe kubeczki, różne napoje oraz duże bochenki chleba na plastikowych talerzach.

Dziewczyna złapała się na tym, że przygląda się Harry’emu. Odniosła wrażenie, że wszystko było dla niego lekkie niczym piórko.

„Niesamowite.”

– Przypakowałeś ostatnio? – zapytała zaciekawiona takim stanem rzeczy.

– A owszem, ćwiczyłem. – Spojrzał w jej oczy, a ona śmiało stwierdziła, że gdyby nie dygotanie z powodu zimna, teraz by się zatrzęsła pod ciężarem tego wzroku. – Teraz bardziej ci się podobam?

– Ja…

– Raczej wcale jej się nie podobasz, Morgan – odezwał się Dylan, który wyrósł nagle obok niej, jakby spod ziemi. Tak naprawdę musiał tutaj stać z jakieś kilka minut, ale ona nawet go nie zauważyła.

Zacisnęła wargi zdegustowana tą całą sytuacją. I samą sobą.

Przeniosła wzrok na chłopaka obok.

– Kiedy jedziemy na salę, na której będzie Bitwa, Dylan? – zapytała, akcentując jego imię.

Chłopak poprawił kurtkę, dalej patrząc na Harry’ego, który także nie spuszczał z niego wzroku. Toczyła się między nimi bitwa, której Alyson nie potrafiła zrozumieć.

– Możemy nawet w tej chwili, jeśli chcesz – odparł w końcu.

– To chodź. – Pociągnęła go za kurtkę, powodując, że w końcu na nią spojrzał. Wtedy ona odnalazła wzrokiem Denny’ego, który milczał już jakiś czas. – Jedziesz z nami – powiedziała to takim tonem, że nie podlegało to dalszej dyskusji.

– Dooobra, już, jasne.

We trójkę ruszyli w kierunku drzwi. Przed wyjściem Alyson spojrzała na Harry’ego, który przyglądał jej się z lekkim uśmiechem i lekko przekręconą głową.

 

~*~

 

– Na ładnie, wysiadło zasilanie. – Nina westchnęła, gdy w pizzerii zgasło światło. – Co my teraz zrobimy? – zapytała szefa, który przyjechał chwilę wcześniej.

– Wydaje mi się, że należy… – W tym też momencie światło wróciło. – Tak właśnie, sprawa z głowy. – Uśmiechnął się. – Wracaj do roboty.

– Tak jest, szefie.

Sprzątała, zbierała zamówienia, biegała od stolika do stolika, zmywała naczynia. Pocieszała ją tylko myśl, że dzisiaj pracuje krócej. Choć z drugiej strony, to właśnie dzięki pracy nie musiała zastanawiać się nad tym wszystkim, co tak bardzo zaprzątało jej myśli i dekoncentrowało.

Kiedy zbierała się do wyjścia, przypomniała sobie, że dzisiaj miała spać w mieszkaniu dziadków, które obecnie stało puste. Robiła tak od czasu do czasu, gdy chciała odpocząć od kłótni z matką. W ostatnich miesiącach nie mogła się z nią dogadać.

Narzuciła kurtkę, schowała telefon do torby, po czym skierowała się we właściwą stronę, idąc pustą ulicą.

To, że było zimno, to raz. Dwa, że wkoło niej zaczęła zbierać się dziwna, mglista zasłona. Zaniepokojona, rozejrzała się. Ze zdziwieniem stwierdziła, że nie widziała żywej duszy, a po chwili też nie potrafiła dostrzec najbliższego budynku.

Wtedy usłyszała nieznany jej dotąd głos.

– Nie ma się czego bać.

– Kto tutaj jest? – Zatrzymała się i rozejrzała się jeszcze raz, ale w dalszym ciągu nic nie widziała.

Odpowiedziała jej cisza.

Potrząsnęła głową.

– Popadam w paranoję – mruknęła, ruszając przed siebie, jednocześnie poprawiając kaptur przy szyi. – Tu nikogo nie ma.

Śmiech rozbrzmiał w jej głowie.

– Oh, zapewniam cię, że ja tutaj jestem. – Po sposobie, w jakim to powiedział, Nina była przekonana, że się uśmiecha.

Potem usłyszała trzepot skrzydeł.

– Nie!

 

~*~

 

Alyson wodziła wzrokiem po całym pomieszczeniu.

– Ta Bitwa to całkiem niezłe widowisko.

– Wiadomo – odparł Dylan, trzymając rękę na jej talii. – Będzie ciekawie, jest sporo tych drużyn.

– Oby, bo chcę zrobić interesujące zdjęcia.

Zaśmiał się krótko, po czym zdjął swoją czapkę z daszkiem. Założył jej na głowę i naciągnął na oczy.

– Poczekaj tu na mnie, idę poszukać Denny’ego – rzucił, zanim się oddalił.

Zdjęła nakrycie głowy, aby poprawić włosy. Gdy to zrobiła, narzuciła ją z powrotem, ale odwracając daszkiem do tyłu, aby jej teraz nie przeszkadzał.

Bitwa rozgrywała się na hali sportowej. Nikt nie zaprzątnął sobie głowy tym, aby odpowiednio przystroić wnętrze budynku czy chociażby główną salę, na której toczyły się walki. Jednakże w niczym to nie przeszkadzało – nadrabiali to uczestnicy wydarzenia. Od pozostałych ludzi zebranych w pomieszczeniu wyróżniali się swoimi przebraniami za rycerzy. Do tego ostrza, które przy sobie mieli, wyglądały na autentyczne i naprawdę… no cóż, ostre.

Była pewna, że oczy błyszczały jej z podekscytowania, które to w pełni ją ogarnęło. Od najmłodszych lat zachwycała się historiami o rycerzach, a w szczególności uwielbiała legendę o królu Arthurze, Camelocie oraz Exca…

– Jesteś pewna, że nie chcesz wziąć udziału w turnieju? – Usłyszała za swoimi plecami.

Odwróciła się.

– W tym dla amatorów, gdzie wszystko jest plastikowe? – Uśmiechnęła się lekko. – Z chęcią, ale uważam, że nie jestem wystarczająco silna, aby przywalić komuś z ciekawym efektem.

Na ustach Harry’ego pojawił się nad wyraz tajemniczy uśmiech.

– Mogę ci pomóc, abyś stała się silniejsza.

Nawet nie zauważyła, kiedy znalazła się tak blisko niego. W lewej dłoni trzymał atrapę miecza, którą opierał końcem o ziemie, a wolną prawą rękę wsunął pod rozpiętą bluzę Alyson, zatrzymując dłoń na talii. Spojrzał jej w oczy, a jego uśmiech się zmienił, był bardziej… jego. Flirtujący. Gdy o tym pomyślała, usta Harry’ego rozciągnęły się, a on pokazał zęby. Tylko przez sekundę zastanawiała się, czy jego kły, aby przypadkiem nie były dłuższe, niż je zapamiętała, bo zaraz upomniała się w myślach, że to przecież niemożliwe.

Akurat w chwili, kiedy na dobre zaczęła ją rozpraszać jego ręka, uniósł ją, aby delikatnie przejechać palcem po kościach jej szczęki, aż do brody, gdzie się zatrzymał. Podążała wzrokiem za tym gestem. Podniósł jej głowę tak, aby oczy miała skierowane wprost na jego brązowe tęczówki. Widziała, że dostrzegł jej podkrążone oczy, bo nieco opuścił wzrok i przechylił głowę.

– To z niewyspania się?

– Tak, a z czego innego? – Uśmiechnęła się słabo, zastanawiając się, czy on zawsze musi zadawać jakieś nieistotne pytania.

Nagle przytulił ją, a wtedy Alyson odniosła wrażenie, jakby ściskała się z bryłką lodu, a oddech uwiązł jej w gardle. Tylko że już po krótkiej chwili po jej ciele rozlało się przyjemne ciepło, kiedy to Harry zdjął czapkę i pocałował ją w czubek głowy.

Powoli odsunął się i wręczył jej to, co przed chwilą zabrał. Następnie wyminął Alyson i ruszył w kierunku środka sali. Dopiero wtedy zorientowała się, że od kilku minut Harry był wywoływany na arenę.

– Powodzenia! – krzyknęła, odwróciwszy się do niego.

Przystanął, przekręcił głowę o 90 stopni w lewą stronę, aby kątem oka spojrzeć na Alyson, po czym uśmiechnął się wymownie. Chwilę później był już gotowy do walki.

Tymczasem do Alyson wrócił Dylan, i to z niezadowoloną miną. Przystanął obok niej i nic nie powiedział, gdy oddała mu czapkę. Nie było przy nim Denny’ego, po którego rzekomo poszedł.

Przeszło jej przez myśl czy Dylan poczuł się jak zapasowa opcja, jednakże szybko odtrąciła od siebie takie spostrzeżenie.

Sięgnęła po aparat. Wprawnym ruchem zmieniła ustawienia na właściwe i skierowała obiektyw na środek sali. Bramki bezpieczeństwa trochę jej przeszkadzały, bo musiała stawać na palcach, aby je ominąć, ale nie było tragedii.

– Hej, czy on właśnie z nadludzką szybkością wykonał obrót? – zdziwiła się, opuszczając aparat.

– Hmm? O czym ty mówisz? – mruknął Dylan, nie zaszczycając jej wzrokiem. – Jaki obrót?

Alyson spojrzała na niego z niedowierzaniem.

„Jak mógł tego nie widzieć?”

– Nieważne – odparła, marszcząc brwi.

Morgan uderzał z furią w tarczę przeciwnika i to tak mocno, że aż przełamała się na pół. Ludzie zaczęli wiwatować, ale Alyson się wzdrygnęła.

Miała dziwne wrażenie, że coś tutaj nie gra.

Gdy przeciwnik Harry’ego dostawał nową tarczę, zauważyła, jak bardzo jest on zmęczony walką z jej znajomym, podczas gdzie on sam wygląda jakby… Nie oddychał.

Rozejrzała się dookoła. Ludzie dalej skandowali jego imię, zadowoleni z takiej brutalnej potyczki, zagrzewając go do robienia coraz to większego widowiska. Czy wszyscy naprawdę byli aż tak ślepi, że nie dostrzegali tego, co ona?

Przyciągnęła aparat. Już patrząc przez wizjer, wykonała maksymalne przybliżenie i czekała. W momencie, gdy Harry skoczył na przeciwnika, obnażając przy tym zęby, cyknęła serię zdjęć.

To, co zobaczyła, przekroczyło jej najśmielsze oczekiwania, a raczej, obawy.

 

~*~

 

 

Nina spodziewała się bólu. Czegokolwiek.

Nic nie nadchodziło.

Była zdezorientowana. Wrażenie pogłębiło się, gdy do jej nozdrzy doleciał pewien zapach. Pewien bardzo dobrze znany zapach, którego miała już nigdy więcej nie poczuć.

Otworzyła oczy. Ku jej własnemu zdziwieniu zauważyła, że nie było wkoło niej żadnej mgły. Byłaby nawet w stanie uwierzyć, że ją sobie wyobraziła, ale wtedy przed jej oczami przemknęło coś dużego i białego.

Wciągnęła gwałtownie powietrze, prostując się. Jasny kształt przestał się poruszać, a wtedy ona mogła przyjrzeć się temu, co tak naprawdę znajdowało się naprzeciwko niej.

– Nie zbliżaj się do mnie! – krzyknęła, wysuwając przed siebie rękę w geście pokazującym, aby stwór został tam, gdzie był.

Biały wilk usiadł przed nią i przekrzywił głowę w prawo. Wpatrywał się w nią niebieskimi oczami, a jasne futro na czubku głowy przypominało ludzki blond. Cały taki zestaw wyglądał dokładnie jak…

Zamarła.

– Borys?

Zwierzę zdawało się lekko skołowane. Na jego piersi widniały czerwone pasma, z których powoli sączyła się krew.

Nina starała się coś sobie przypomnieć, ale miała z tym problem. Chwilę później wilk zaczął się zmieniać, prostować, wydłużać, aby ostatecznie przybrać ludzkie kształty. Mogła uwierzyć lub nie, ale tuż przed nią stał nie kto inny, jak Borys Carter.

Dziewczyna otworzyła szeroko usta, a następnie zakryła je dłonią. Dopiero wtedy poczuła, że jej ręka jest dziwnie lepka. Przeniosła spojrzenie niżej i dostrzegła krew także u siebie.

– Jak mnie rozpoznałaś? – zapytał chłopak. Miał na sobie kamizelkę, którą Nina doskonale pamiętała, ale teraz była rozerwana i poplamiona, czym on najwyraźniej nie zawracał sobie głowy.

Dziewczyna szybko połapała się, skąd miała krew na rękach. Automatycznie pobladła.

Czy była w stanie zrobić coś takiego?

I co najważniejsze: nie pamiętać tego?

– Ty… Ty… Ty krwawisz… – wydukała w końcu, starając się zmusić język do posłuszeństwa. Chwilę wcześniej czuła się całkowicie sparaliżowana nowym odkryciem.

– Zaraz przestanę, moje ciało szybko się regeneruje. – Wzruszył ramionami.

– Ty, ty… Ty jesteś…

– Wilkołakiem – powiedział spokojnym tonem, jakby była to najzwyczajniejsza rzecz pod słońce. Cóż, może w tym wypadku: pod księżycem. – Tak, dokładnie. No, to skąd wiedziałaś, że to ja?

Nie chciał dać za wygraną.

– Twoje perfumy – burknęła mało wyraźnie. Odchrząknęła. – Czułam twoje perfumy – powiedziała już pewniej. – No i te oczy, czupryna…

– Nie wiedziałem, że aż tak dobrze zapadłem ci w pamięć – rzucił, uśmiechając się.

– Dlaczego mnie ochroniłeś? – wyrzuciła szybko, nie będąc pewna, czy jeśli zacznie się nad tym zastanawiać, uda jej się o to zapytać.

– Chodzi ci o to w stodole? To chyba oczywiste, inaczej byś spłonęła.

Zaczął się do niej zbliżać. Może gdyby nogi ją posłuchały, potrafiłaby się cofnąć, ale teraz była jedynie w stanie wodzić za nim wzrokiem.

– Pamiętasz może, że ludzi dziele na trzy kategorie.

Pewnie, że pamiętała, jak mogłaby o tym zapomnieć?

– Tych, których trawię… Znaczy, nawet lubię, nie że ich jem. – Puścił do niej oczko, ale ona czuła, jak zbiera się jej na wymioty, gdy przed jej oczami ukazał się obraz Borysa pożerającego ludzkie mięso. – Tych, których nienawidzę… Oraz tych, którzy są wyjątkowi. – Pokazał na nią palcem, a że znalazł się naprawdę blisko, dzieliła ich teraz mała odległość. – Ta ostatnia grupa jest na wymarciu, więc musiałem cię uratować.

Miała wrażenie, że Borys czeka, aż ona coś powie. Jednak co mogła dodać? Wiedziała, że znajdowała się w tej trzeciej kategorii. Swego czasu naprawdę miało to dla niej znaczenie.

Być może dalej ma.

– Chodziło mi o to teraz.

– Teraz to ty sama się uratowałaś.

– Jak to?

Borys wyglądał na zdziwionego.

– Nie pamiętasz? Wielki kruk frunął prosto na ciebie, a wtedy coś się w tobie przełamało. – Powędrował wzrokiem na jej szyję, a potem wskazał w tamto miejsce palcem. – Twój tatuaż się zaktualizował, ujawniając twoją wojowniczą moc. – Westchnął z wyraźnym zachwytem. – To było coś wspaniałego! Taka siła, taka… Nieobliczalność. Kiedy chciałem ci pomóc, odepchnęłaś mnie tak mocno, że nawet zostawiłaś mi pamiątkę. – Pokazał na swoją klatkę piersiową, która faktycznie wyglądała już lepiej. Wcale nie wyglądał na złego z tego powodu, był wręcz… Zafascynowany.

– To niemożliwe…

– Ależ możliwe. Spójrz na swoje znamię. – Zasugerował, wskazując lewą stronę szyi u siebie samego.

Nina zastanawiała się nad tym przez chwilę, po czym ciekawość zwyciężyła. Może i wczoraj była świadkiem czegoś niespotykanego, wbiegała do portalu, przenosiła się w różne miejsca, ale żeby faktycznie coś takiego dotknęło właśnie ją…

Chwyciła leżącą niedaleko torebkę i wygrzebała z niej małe lusterko. Następnie rozpięła płaszcz i opuściła go nieco z lewej strony. Przełykając głośniej ślinę, uniosła lusterko w taki sposób, aby zobaczyć w nim swoje odbicie. Przekonała się wtedy, że na jej ciele pojawiło się coś atramentowego, delikatnie połyskującego blaskiem, który z sekundy na sekundę bladł.

Ninie zabrakło słów. Borys w tym czasie szybko rzucił spojrzeniem na jej wojownicze znamię, po czym uśmiechnął się na znak, że miał rację.

Gdy zawiał wiatr, poczuła zapach jego ciała. Wyczuła nową nutę, która wcześniej nie znała. Przywodziła na myśl poranną rosę. A także i ziemię.

To jej trochę pomogło się otrząsnąć. Schowała lusterko do torby, a potem zaczęła zapinać płaszcz.

– Jak to się stało, że jesteś wilkołakiem? – zapytała, patrząc w ziemie.

– Genetycznie. Moi rodzice tacy są. Pewnie, jak zdążyłaś zauważyć, należymy do tych dobrych wilkołaków, a nie złych…

Mimo wszystko nie potrafiła go słuchać.

– To nie dzieje się naprawdę – powiedziała cicho, po czym odwróciła się i szybkim biegiem ruszyła w kierunku domu swoich dziadków.

Czuła się jednocześnie silniej fizycznie, ale i słabiej psychicznie.

Obserwował to. Wiedziała to. Tak samo, jak to, że zapewne mógł ją dogonić w kilka sekund, gdyby tylko zechciał. Nie zrobił tego.

 

~*~

 

Harry wygrał pojedynek.

Chyba nikogo to nie zdziwiło.

Gdy przebijał się przez tłum w kierunku Alyson, z szerokim uśmiechem na twarzy i brakiem jakiegokolwiek zmęczenia czy spocenia się gdziekolwiek, ona wpadła na pewien pomysł.

Wiedziała, że to szaleństwo.

Wiedziała, że to niemożliwe.

Wiedziała, że to nie ma prawa się potwierdzić, bo wtedy okazałoby się, że… że…

Pośpiesznie zdjęła kolczyk z uszu i ostrym końcem ukuła się w palec. Skrzywiła się lekko, czując ból, ale szybko ubrała biżuterie z powrotem. Gdy chwilę później pojawił się koło niej Harry, zauważyła, jak jego uśmiech znika, a twarz staje się bledsza, niż ją zapamiętała. Ściślej mówiąc, nawet biała ściana wyglądała zdrowiej, niż on w tym momencie.

– Czy… Czy wszystko w porządku? – zapytał ją, a ona zauważyła…

„O zgrozo! On przełyka nerwowo ślinę!”

– Upadłaś gdzieś czy coś?

– Co? A, ten, wiesz, pewnie zahaczyłam się o barierkę… – Mówiąc to, podniosła rękę i spojrzała na kroplę krwi spływającą po palcu.

Przeniosła wzrok na chłopaka. A raczej…

Na jego brak. Ulotnił się.

– Ja zwariowałam, że w to wierzę – powiedziała do siebie, ale przecież już przekonała się na własnej skórze, że jej ukochany świat fantastyki… istnieje.

I wcale nie był tak wspaniały, jak chciałaby, żeby był. Czuła, że zaraz się o tym przekona kolejny raz, w ciągu zaledwie dwóch dni.

Wybiegła na korytarz, a potem udała się szybko na tyły budynku, pchana instynktownie w tamto miejsce. Tam, trochę dalej od drzwi, znalazła opartego o ścianę Harry’ego. Minę miał niewyraźną. Lęk, jaki w sobie poczuła, zalecający wtopienie się w otoczenie i szybki powrót na salę, po prostu zignorowała.

– Wyjaśnisz mi to?! – zapytała twardym tonem, zbliżając się do niego.

– Nie rozumiem, o co ci chodzi – odparł powoli. – Chciałem zaczerpnąć świeżego i orzeźwiającego powietrza po wysiłku, jakim był…

– Co to, to nie. Mnie nie wkręcisz kitu! – Stanęła, krzyżując ręce na piersi. – Gdy do mnie przychodziłeś, nie miałeś nadludzkiej szybkości, ani nie krzywiłeś się, gdy poczułeś krew…

– Jestem wampirem – oznajmił, przerywając jej, prostując się i patrząc prosto na nią.

Tak po prostu to powiedział.

Nie sądziła, że tak szybko to pójdzie.

– To chciałaś usłyszeć? – zapytał, gdy nic nie odpowiedziała, a nie zrobiła tego, ponieważ zdała sobie sprawę, że w momencie, gdy się do tego przyznał, to już nie był jej domysł.

To była prawda.

Ręce opadły jej wzdłuż ciała, jakby nie miała sił już ich trzymać w górze. Poczuła się naraz… Tak jakoś dziwnie.

– Jak? – zapytała cicho, nie martwiąc się o to, że jej nie usłyszał. Czytała różne książki o wampirach i może żadna nie była związana z prawdziwym życiem, to jednak jakieś ziarno prawdy musiały w sobie mieć. A więc skoro nie zawsze taki był, to w jaki sposób…

– Raczej zastanawiam się, jak to możliwe, że ty to wszystko widzisz? – Skrzywił się. – Moją szybkość i inne takie. Próbowałem dzisiaj wejść do twojego umysły, by zmusić cię do… – Uśmiechnął się, nie kończąc zdania. – Ale okazało się to niemożliwe. Dlaczego?

Alyson otworzyła buzię ze zdziwienia.

– Wlazłeś mi do głowy?! – zapytała podniesionym głosem, odhaczając jednocześnie w myślach, że to z historii, które znała, okazało się prawdą o wampirach. Potrafiły kontrolować ludzi.

„Czy zadziała na nich w takim razie werbena? Albo czosnek? Woda święcona…”

Przypomniała sobie drugą część, o której wspomniał.

– Dlaczego?! Do czego chciałeś mnie zmusić?!

Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.

– Chciałem, abyś mnie pocałowała i przestała spotykać się z Dylanem. – Widocznie stwierdził, że może powiedzieć prawdę, chyba że użył tego jako sprytne kłamstwo. Nie umiała ocenić, czy powinna mu wierzyć. Nie po tym, co się właśnie dowiedziała. – Ale twój mózg ma jakąś blokadę. – Zmierzył ją wzrokiem, mrużąc oczy. – Kim ty jesteś, Alyson Lynx?

Sekundę trwało, nim się ocknęła.

– Chciałeś mnie zmusić, żebym cię pocałowała?! – Teraz to już krzyknęła. – Jak mogłeś chcieć mnie ZAHIPNOTYZOWAĆ?!

Dość szybko uporała się z tym, że on jest wampirem, i teraz coś innego zaprzątało jej myśli.

Dlaczego mu się nie udało?

Czując w sobie nakłady frustracji, połączonej z poirytowaniem faktem, że dzień wcześniej chciał ją ktoś zabić, wymierzyła mu cios otwartą dłonią, prosto w policzek.

Był szybszy od niej. Zatrzymał jej rękę w locie.

– Nawet nie waż się mnie uderzyć. – Wyglądał na wkurzonego. – Wiesz, że nigdy nie skrzywdzę dziewczyny, ale nie próbuj się na mnie wyżywać.

Alyson wyrwała rękę z jego uścisku.

– Skoro jesteś wampirem, to czemu funkcjonujesz w dzień? – zapytała, próbując wyrównać swój oddech. – To stworzenia nocy! Nie powinieneś… A bo ja wiem… Błyszczeć się albo spalić, albo mieć jakieś wysypki… Nie masz nawet pierścienia… – Starała się połączyć wszystkie znane legendy w jedno.

Harry zaśmiał się z jej prób odkrycia.

– Za dużo filmów.

– To mi wytłumacz jak to możliwe?

– Eliksir – odpowiedział.

Znowu, tak po prostu.

– Eliksir? Jaki eliksir? – Tego nie było w książkach.

– Taki specjalny, stworzony przez czarodzieja.

– Ale… eliksir?

Przewrócił oczami.

– Wiesz, to taka mikstura, połączenie różnych ziół, olejków i innych głupich…

– Wiem, co to eliksir.

– Ten, który ja wypiłem, pozwala chodzić w dzień. – Skrzywił się, jakby rozpamiętywał niemiłe zdarzenie. – Nie wszystko było takie łatwe na początku.

„Aaa, to stąd ta jego mina…”

– Musiałem przywyknąć do tego, że słońce mnie już nie ogrzewa, a oczy pieką mnie w dzień oraz że nie mogę się opalić, ani też nie oddycham czy nie męczę się zbyt szybko… Musiałem trenować, aby nauczyć się panować nad swoją siłą i pragnieniem.

W jej głowie wszystko zaczęło się układać.

– Dlatego ciebie nie widziałam przez ostatnie kilka miesięcy. – Zmarszczyła brwi. – Ale Dylan tak. Jak to możliwe?

– Obserwował mnie, gdy trenowałem boks w klubie. Przychodził do swojego kuzyna, ale i tak miałem wrażenie, że coś podejrzewa. Tylko chyba nie mógł być pewny, co takiego. – Uśmiechnął się i to dość dumnie. – Chyba boi się, że mu ciebie odbiję.

– Nie jestem rzeczą, którą można mieć – odparła, poirytowana jego zachowaniem.

Przypomniała sobie, dlaczego się od siebie oddalili. Nigdy nie widział w niej osoby. Zabawka… Tak, to było dobre określenie. Wręcz idealnie odzwierciedla to, kim dla niego była. I kim zawsze będzie.

Odwróciła się na pięcie, ale on szybko pojawił się tuż przed nią. Cofnęła się niepewnie. Coś jej mówiło, że lepiej byłoby, gdyby tutaj za nim nie poszła.

– Nie bój się – powiedział łagodnie, widząc jej minę. – Nigdy bym cię nie skrzywdził, wiesz o tym.

– Kwestia sporna – rzuciła lekko, choć tak naprawdę zaczynała się denerwować.

– Już nie chcesz się dowiedzieć, jak to się stało, że taki jestem?

Jedna jedyna rzecz zawsze powtarzała się w legendach. Jedna jedyna, którą trzeba spełnić, aby stać się tym, kim on teraz jest.

Zmarkotniała. Domyśliła się, że jej twarz przestała wyrażać cokolwiek, poza smutkiem, ale nie miała sił grać.

– Ostatnio nauczyłam się, że lepiej nie zadawać pytań, na które nie chce się znać odpowiedzi.

Chłopak uśmiechnął się słabo, wzdychając. A raczej próbując to naśladować, widocznie z przyzwyczajenia.

„Może jednak coś zostało w nim z człowieka?”

– Dlaczego? – zapytała po chwili.

Wzruszył ramionami.

– Chyba z nudów. Nic się nie działo ostatnio ciekawego w moim życiu.

I do tego nie kierowało nim nic, co byłoby warte takiej zmiany… Chyba odpowiedź, że chciałby żyć wiecznie, byłaby dla niej lepszą odpowiedzią, niż to, co usłyszała. Słowo się jednak rzekło.

Zapytała, dostała odpowiedź.

– Kto? – zaryzykowała spytać o kolejną rzecz.

– Mój Mistrz. – Dumnie wypiął pierś do przodu, gdy o nim wspomniał. – Może kiedyś go poznasz – dodał z dziwną nadzieją w swoim głosie, ale zaraz jakby się otrząsnął i ciągnął dalej. – Żeby stać się wampirem, trzeba mieć jego krew w organizmie. Ugryzienie czy ślina nie są koniecznie, istotna jest tylko krew, gdy się umiera…

– Jak umarłeś? – zapytała, przerywając mu. To było silniejsze od niej. Musiała to wiedzieć, a jednocześnie nie chciała poznać prawdy.

– Gdy w końcu mój Mistrz stwierdził, że jestem gotowy, dał mi swoja krew, a potem po prostu skręcił mi kark. – Alyson machinalnie wyobraziła to sobie, wraz z dźwiękiem, jaki musiał być przy tym wydany. Wzdrygnęła się, lecz on mówił dalej. – Nawet nie bolało tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. A gdy się ocknąłem, wszystko czułem wyraźniej, sam byłem silniejszy… Najgorsze z tego wszystkiego było tylko jedno. Żądza krwi. – Uśmiechnął się przepraszająco. – Pożywiłem się na kimś przypadkowym, ale byłem tak zamroczony, że nawet nie jestem pewien, kto to był – oznajmił, po czym dodał szybko: – Teraz potrafię nad sobą zapanować.

– Nie byłabym tego taka pewna – mruknęła, zerkając na palec, z którego wcześniej zlizała krew. Teraz ranka była praktycznie niezauważalna.

– Potrafię opanować się przy każdym – zapewnił. – Jak inaczej mógłbym przebywać tutaj, wśród tylu ludzi, do tego rannych, hę? – Pokazał na jej palec. – Tylko przy zapachu twojej krwi, kły zaczynają wysuwać się mimo mojej woli. – Skrzywił się, gdy to powiedział, bo brzmiało to tak, jakby wyjawił jej swoją słabość.

I po części tak właśnie było.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Może, gdy się coś do kogoś czuje, żądza, aby go zasmakować, jest większa. – Uśmiechnął się zalotnie, odsłaniając kły.

Alyson prychnęła pogardliwie.

– Nic między nami nie ma – zapewniła. – A teraz wybacz, muszę wracać do pracy. Mam materiał do zebrania. – Po tych słowach wyminęła go, po czym skierowała się do wejścia.

Tym razem nie zagrodził jej drogi.

– Mam tylko nadzieję, że nie rozgłosisz tego całemu światu – powiedział do jej pleców. – Wiesz, tak w ramach dawnych czasów.

Alyson przystanęła. Patrząc na drzwi, zdała sobie sprawę, że nie są zbyt wyraźne. Chwilę później poczuła na swoim policzku ciężką, gorącą łzę.

– I tak nikt by mi nie uwierzył. Wampiry nie istnieją. – Gdy to mówiła, jej głos nie zadrżał, choć cała się trzęsła.

Ruszyła przed siebie, chcąc jak najszybciej zapomnieć o tym, czego się dowiedziała. A przecież tak naprawdę wiedziała o tym już od rana. Czuła, że w jakiś sposób sen ukazał jej prawdę.