– No proszę, proszę. Kto tu w końcu pojawił się na zajęciach – powiedziała Annabelle, uśmiechając się przyjaźnie na widok mizernie prezentującej się znajomej.

– Oj, raz się nie pójdzie… – mruknęła Alyson, wykładając ręce na ławkę, przy której siedziała. Spojrzała do lustra tylko raz, ale to wystarczyło, żeby więcej tego nie zrobić.

„Spaaać…”

– Raaaz – odparła znaczącym tonem Annabelle, siadając naprzeciwko niej. – A teraz przyjechałaś aż na 8 rano, gratulacje. – Annabelle też wyglądała na całkiem wyczerpaną. – Nie mogłam usnąć i spałam zaledwie 3 godziny. Rysowałam i rysowałam…

– Ja z godzinę – żaliła się Alyson, opierając głowę na ramieniu. Mogłaby usnąć nawet w tej chwili, ale dzisiaj miała ważniejsze zajęcia, więc nie miała zbytniego wyboru: musiała na nie przyjść.

– Czemu tylko tyle spałaś?

Spojrzała na dziewczynę zmęczonym wzrokiem.

– Problemy ze snem – odparła, kładąc tym razem głowę czołem do dołu, chcąc jak najbardziej oddzielić się od tego kłamstwa.

– Słyszałam, że na sen są dobre tabletki z melatoniną – poinformowała. – Chyba sama też się w nie zaopatrzę, jak tak dalej pójdzie.

– Mhhmm, dobry pomysł – wymruczała w ławkę.

Sen to ona miała i mocny i długi. Coś innego nie pozwoliło jej spać tej nocy.

Aaron nie wyszedł sam z jej mieszkania. Razem udali się po Ninę i Borysa, a potem wraz z nimi wylądowali u Blake, z którą siedział już Tony. Kiedy byli już wszyscy, na polanie niedaleko domu rudej urządzili małe ćwiczenia wprowadzające.

Wojownik stanął przed pozostałymi.

– To może zaczniemy od pracy w grupie…

– Nie! – przerwała mu Blake. – Ja mogę pracować w parze. – Sięgnęła ramieniem i mocno przyciągnęła do siebie Alyson, na co ta syknęła pod nosem. – Z Alyson.

– Boli – mruknęła, nie mogą się wyswobodzić.

– A wiesz, że praca w parach to praktycznie to samo, co w grupie? – zapytał Tony.

– Nie! – Blake jeszcze mocniej przyciągnęła do siebie Alyson, na co ta ponownie wydała z siebie stęknięcie.

– Chcesz, żeby w ogóle z nikim nie pracowała? – burknęła Alyson, spoglądając krzywo na Tony’ego.

– No dobra, dobra…

– Blake. – Alyson wygięła do niej głowę. – Jeżeli zaraz mnie nie puścisz, to nie będę miała ręki i będziesz zmuszona pracować z Tonym.

Rudowłosa ustąpiła i uśmiechnęła się szeroko, jak niegrzeczne dziecko, które udaje, że wcale nie narozrabiało.

Uwolniona Alyson kaszlnęła i zaczęła pocierać ramię.

– Dlaczego nie chcesz pracować w grupie? – zapytał Aaron.

– Ja…

– Bo nie umie – mruknęła Alyson, jednocześnie odskakując jak najdalej od Blake, aby uniknąć kuksańca.

– To nie tak! – zaprzeczyła ruda. – Po prostu chcę być w parze z Alyson!

– Jak słodko – skomentował Borys, przewracając oczami.

– No to może zawody? – zaproponował Aaron, a nim ktokolwiek zdążył zaprzeczyć, wskazał ręką na coś po swojej prawej stronie. – Kto pierwszy dobiegnie do tamtego drzewa…

– Zmieniam drużynę! – zawołała szybko Blake.

– Zdajesz sobie sprawę, że ze mną masz chociaż szansę dobiec do właściwego drzewa? – mruknęła Alyson. – Zapomniałaś, że jesteś ślepa, zwłaszcza po zmroku?

– Nie zmieniam drużyny! – oznajmiła ruda.

Nina przyłożyła sobie rękę do czoła i pokręciła głową.

– Dwoje to już drużyna? – wtrącił Tony.

Aaron pokręcił głową, opuszczając rękę.

– Po prostu biegnijcie przed siebie – odparł, masując sobie czoło.

Tak więc ruszyli.

– Biegnij, biegnij, Alyson! – co chwilę pokrzykiwała Blake, będąc jedynie parę kroków przed przyjaciółką. Alyson była świadoma tego, że ta specjalnie zwalniała, aby być obok niej. Nie ze względu na dopingowanie Alyson, ale po to, by ta ostrzegała ją przed najbliższymi przeszkodami. – No dajesz!

– Już nie mogę! – odkrzyknęła, łapiąc oddech.

Nienawidziła biegać, nie potrafiła biegać.

– Możesz, możesz! – wołał przyglądający im się Aaron, chcąc w ten sposób ją zachęcić. Co zadziałała w drugą stronę, bo tylko ją rozzłościło.

– No mówię ci, że kurna nie mogę – odparła, zatrzymując się.

Odnosiła wrażenie, jakby zaraz miała wypluć płuca. Nie dość, że jest zimno, a oni biegają po lasach i polanach jak debile, to ten kazał jej to robić coraz szybciej.

– Twoje ciało jest teraz ciałem wojownika, dasz radę!

– Nie! – odkrzyknęła, kaszląc dodatkowo. Chyba naprawdę się przeziębiła.

Co z nią było, do cholery, nie tak?! Nina i Blake wydawały się, i owszem, wyczerpane, ale nie tak jak ona.

– To może… Poćwiczymy na miecze? – zaproponował Tony, chcąc jakoś poratować Alyson z opresji. On sam też nie wyglądał na miłośnika biegania.

Blake podbiegła do nich.

– To ty umiesz się nimi posługiwać? – zakpiła.

– Lepiej od ciebie – rzucił czarodziej, patrząc przy tym na Aarona. Chłopcy przybili sobie porozumiewawczą piątkę.

– Ha-ha, bardzo zabawne – odparła ruda, chwytając oburącz swoją katanę. – To co, kotku, zmierzymy się?

– Mam nadzieję, że nie mówiłaś do mnie – rzuciła Alyson, powoli schylając się po swój sprzęt. Ona jako jedyna była najbliższą nazwą do „kotka”…

Była odwrócona do rudej tyłem, kiedy ta rzuciła się z okrzykiem bojowym w jej stronę. Zdążyła jedynie odwrócić głowę, aby zorientować się, co się święci. Uniosła instynktownie miecz, blokując cios rudej, na sekundę przed tym, jak ta rozcięłaby jej twarz.

Czuła jak jej prawą ręką drży pod naporem ciężkiej broni Blake. Nogi także zaczęły się pod nią uginać. Mocniejszym pchnięciem odepchnęła na trochę rudą i odskoczyła kawałek, przyjmując pewniejszą pozycję.

– ODBIŁO CI DO RESZTY?! – krzyknęła, trzymając wysoko miecz. – ZABIĆ MNIE CHCIAŁAŚ?!

Blake uśmiechnęła się chytrze.

– Skądże znowu. Wiedziałam, że się obronisz – odparła, poprawiając katanę w dłoniach.

– Tak? Tak? TAK?! – Alyson się nakręcała. – A to też przewidziałaś?! – Gdy to powiedziała, rzuciła się do przodu, ciachając mieczem na lewo i prawo, atakując Blake bez ładu i składu. Coraz szybciej i szybciej, i szybciej…

Na początku Blake z dokładną precyzją odpierała ciosy, ale Alyson ogarniała coraz większa furia, zamiast z niej wyparowywać, wstępowała w nią nowa siła. Wtedy ruda musiała zrozumieć, że miała poważne kłopoty.

Pomimo szału do Alyson dolatały informacje z zewnątrz. Ona jedynie nie potrafiła się zatrzymać, gdy już złapała ten dziwny rytm.

– Ej, może to przerwiecie? – rzuciła Nina, ważąc swój miecz w dłoniach. – Jeszcze sobie coś zrobią. – Spojrzała na chłopców. – EJ! Nie róbcie zakładów!

Aaron z Tonym od razu się speszyli.

– No tego… – odparł Tony, podnosząc lekko ramiona do góry w geście, że nic nie mógł na to poradzić.

– Au! – krzyknęła Blake, gdy Alyson nacięła jej lewe ramie. – Tak chcesz się bawić?! Tak?! – uderzyła tak mocno kataną o miecz Alyson, że ten wypadł jej z dłoni i wylądował płasko kawałek dalej. Rzuciła się w jego kierunku, ale Blake była szybsza. Kopnęła ją tak mocno w plecy, że Alyson wylądowała twarzą na drzewie, zdzierając sobie policzek oraz kalecząc go od wewnątrz.

Stanęła na nogi, opierając się na drzewie. Wypluła krew i niedbale otarła rękawem usta.

– Przesadziłaś – rzuciła wściekle.

Coś się w niej złamało. Świat się złamał. Widziała go inaczej. Nie tylko przez pryzmat swojego czerwonego spojrzenia. Alyson odniosła wrażenie, że świat płonął. I to dosłownie.

Czuła, jakby miała zaraz wybuchnąć. Kątem oka widziała, że jej skóra zrobiła się zarazem jaśniejsza i ciemniejsza, jakby coś w jej żyłach płynęło…

– Ej, Alyson, daj spokój – odparła Blake, której nagle zrzedła mina.

– I po co ją kopałaś?! – krzyknęła Nina, podbiegając do Alyson. – Hej, Al! Wdech, wydech, wdech, wydech… Powtarzaj za mną.

Borys odepchnął Ninę, nim Alyson zdążyła w jakikolwiek sposób ją zaatakować.

– Hej, Alyson, spokojnie! – krzyknął Aaron, rzucając się w jej stronę. – Alyson! – Chwycił ją za ramiona i energicznie nią potrząsnął. Czuła, że jej ciało jest gorące, że parzy jego dłonie. Zdawał się nie zwracać na to uwagi. – Ally, proszę cię, przestań!

Chciała się wyrwać z jego uścisku, ale wtedy jej silna wolna zaczęła słabnąć. Czy on nazwał ją…

– Ally. – Głos Aarona był już cichszy. – Jesteś tu z powrotem?

Ally.

Jak ona dawno nie słyszała tego zdrobnienia. Od ponad 10 lat nikt jej tak nie nazwał. Nie od śmierci ojca. Tylko on ją tak nazywał.

Podniosła wzrok i spojrzała prosto w jego niebieskie oczy. Spowodowało to, że jej własne wróciły do normalne koloru.

Momentalnie ochłonęła.

– Robisz mi siniaka – odparła, pokazując głową na jego ręce.

Automatycznie ją puścił.

– Eee… Wszystko gra? – Za pleców Aarona wyłoniła się Blake z winą wypisaną na twarzy.

– No… Tak. – Dotknęła swojego policzka. – Kiedyś ci za to oddam.

Blake pokazała na swoje rozcięte ramie i dziurę w bluzie.

– Już mi oddałaś.

– Masz. Wypij – powiedział Tony, wyłaniający się z drugiej strony.

Alyson wzięła buteleczkę i otworzyła. Powąchała jego zawartość i się skrzywiła.

– A fuuu! Dzięki Bogu, że nie dostałam tego rozwiniętego zmysłu smaku – rzuciła i wypiła miksturę.

Czuła, że jej policzek ładnie się zagoił, ale jej znajomi dalej jej się przyglądali.

– No co? – zapytała, oddając buteleczkę czarodziejowi. Skierowała się po swój miecz. – Coś zrobiłam? – Starała się przypomnieć, co też mogła zrobić, ale jakoś nic nie przychodziło jej do głowy.

– No niby nie – odparła Nina.

– No, no to niby wszystko gra. – Alyson uśmiechnęła się, choć naprawdę czuła tylko jeszcze większą obawę. W tamtej chwili czuła się naprawdę wytrącona z równowagi, ale co mogła im zrobić? Była tylko mizernym wojownikiem.

Borys odchrząknął.

– Nina, może teraz ty spróbujesz? – zapytał, patrząc na dziewczynę, która z kolei spojrzała na swój miecz.

– Lepiej do mnie nie podchodź – rzuciła krzywo. – Mam nieco problemy z wyważeniem odpowiedniej siły – dodała wyjaśniająco. – Dzisiaj, na przykład, urwałam klamkę w drzwiach, które również wyrwałam z zawiasów…

Nie skończyła, bo Borys rzucił się w jej stronę.

– Nie podchodź! – Tym razem nie mówiła tego spokojnie, a krzyczała. – Zrobię ci krzywdę!

Posłał jej spojrzenie pełne niedowierzania.

– Nino, naprawdę sądzisz, że możesz mnie skrzywdzić? – Wysunął dłonie przed siebie i pokazał, aby na niego natarła. – No, na co czekasz? Walcz!

Kiedy rzucił ostatnie słowo, przemienił się w białego wilka, po czym sam ruszył na Ninę.

Chwilę później odbił się od drzewa i opadł z jękiem na ziemię.

– Ups – skomentowała Alyson, przyglądając się temu.

– Nie chciałam! Borys, ja naprawdę nie chciałam! – lamentowała Nina.

– Boże – burknęła z irytacją Blake. – Może ktoś by… – Urwała, zasłaniają sobie uszy. – Co to jest?!

Tony uśmiechnął się.

– Sprawdzam, jak bardzo jesteś wrażliwa na…

Nie dokończył.

Blake z krzykiem rzuciła się na niego, a po chwili zwaliła go z nóg.

– Złe słowo – warknęła, trzymają swoją twarz tuż przy jego.

Tony przełknął ślinę.

– Chodziło mi o twój wyostrzony słuch – wyjaśnił. – Chciałem sprawdzić, ile wytrzymasz…

Ta noc była naprawdę długa. Alyson udało się przespać godzinę tak naprawdę tylko dzięki Aaronowi, który siedział na krześle, gdy ona zrobiła sobie drzemkę, a potem przeniósł ją portalem na uczelnię. Gdyby musiała jechać autobusem, nie spałaby nawet sekundy.

– Ej, wstawaj – powiedziała Annabelle, sprowadzając ją na ziemię. Alyson nie zorientowała się, kiedy ta wstała i stanęła obok niej. – Bo się spóźnimy – podała jej dłoń, aby pomóc jej się zewlec z krzesła.

Alyson pogadała sobie pod nosem, marudząc, a potem chwyciła wyciągniętą dłoń. Wtedy coś w wyrazie oczu Annabelle się zmieniło. Nie były już tak czysto niebieskie. Zawitał w nich… Srebrny odcień.

„Te oczy. Widziałam już gdzieś ten magiczny błysk.”

Zamrugała ze zdziwienia. Była pewna, że nikt by tego nie dostrzegł, ale z racji tego, że jej zmysł wzrok się polepszył, ona potrafiła teraz widzieć znacznie więcej. A może tak naprawdę już wcześniej zdarzało się jej widzieć więcej, niż innym?

Zauważyła jeszcze, że nie tylko oczy Annabelle się zmieniły. Cała jej postawa wyglądała jakoś inaczej.

– Spotkasz swojego ojca wcześniej, niż myślisz – oznajmiła dziwnym, odległym głosem.

Alyson poczuła, jak krew odpływa z jej twarzy. Rozbudziła się całkowicie i wyrwała rękę z dłoni znajomej.

– ANNABELLE! Coś ty powiedziała?! – chciała krzyczeć, ale tak naprawdę powiedziała to twardym szeptem.

Normalne, niebieskie oczy spojrzały na nią ze zdziwieniem.

– Że yyy… się spóźnimy? – Teraz jej głos był taki jak na co dzień.

Alyson zamrugała. Musiało jej się wydawać. Na pewno. Może się jej to… Przyśniło na jawie? Przecież… Przecież to tylko Annabelle.

Za mało spała. To nie było prawdziwe.

Westchnęła. Następnie poprawiła golf przy szyi. Ubrała go tylko dlatego, żeby zasłonić tatuaż, ale wydawało jej się, że nikt go nie dostrzegał. Może był nałożony na niego jakiś maskujący czar? Możliwe, że wspominali coś o tym zaraz po wręczeniu mieczy, ale ona w dalszym ciągu nie przypomniała sobie wszystkiego z tamtej nocy.

– Chodźmy – mruknęła, pokazując głową na wyjście z bufetu.

 

~*~

 

Alyson położyła się spać, jak tylko wróciła do domu, ale przespała raptem dwie godziny, bo obudził ją dźwięk powiadomienia SMS. Nadawcą był Dylan. Na wpół otwartym jednym okiem, przeczytała jego treść. Marudząc pod nosem, opadła na poduszkę. Chwilę później westchnęła przeciągle i podniosła się z łóżka.

– „Chcę się spotkać” – mamrotała pod nosem, idąc w kierunku łazienki. – „Musimy pogadać. Możesz do mnie przyjść?”, dobre sobie! Mam iść na piechotę aż do niego? Po ciemku? A tak w ogóle, to od kiedy on pisze tak składnie?

Spojrzała w lustro, a wtedy dostrzegła rozmazane prawe oko. Westchnęła po raz kolejny, sięgając po mleczko do demakijażu.

– I po co ja to robię – burknęła, zmywając makijaż, aby nałożyć nowy. – I tak nigdy tego nie dostrzega. – Wyrzuciła wacik i sięgnęła po krem. – Ale tak, właściwe zakończenie tej relacji jest dobrym pomysłem.

Pół godziny później żwawym krokiem zmierzała w kierunku przejścia kolejowego. Wybrała najkrótszą trasę, co niestety nie było równoznaczne z najbardziej oświetloną. Jednakże mając na uwadze swój rozwinięty dar wzroku oraz zminimalizowany miecz w kieszeni, nie brzmiało to już tak niebezpiecznie.

Po drodze do Dylana zrobiła krótki przystanek, aby zapalić znicza na grobie ojca. Wychodząc z cmentarza, miała już niewielki odcinek drogi do pokonania, aby trafić do początkowo obranego celu.

– Nie wiem, czy to takie bezpieczne spacerować o tej porze – usłyszała tuż obok siebie.

Uśmiechnęła się pod nosem, bezbłędnie rozpoznając barwę głosu Aarona.

– Bo zawsze może się gdzieś kryć… Np. taki ty? – zapytała, zerkając już na niego.

– Ja to raczej pozytywne dodatek – mrugnął do niej.

Dziewczyna naraz lekko spochmurniała.

– Wolę, żeby Dylan ciebie nie widział – wyznała.

– A, to do niego idziesz. – Zamyślił się. – A myślałem, że pomyliłaś kierunek i trzeba ciebie nawrócić.

To jednak ją obserwował. No tak, jak zwykle.

– Jeżeli obawiasz się tych pól dookoła, parków i nożowników… – Poklepała go po plecach. – Nie martw się, obronię cię.

– Raczej ja ciebie – zauważył.

– Nie wydaje mi się – odparła wręcz wesoło.

On jednak nie odebrał tego jako żart.

– Alyson, słuchaj. – Przystanął i chwycił dziewczynę za ramiona, aby także stanęła. Odwrócił ją przodem do siebie. – Robię wszystko dla twojego dobra. Nie chcę, by stała ci się jakaś krzywda… – Urwał, jakby chciał powiedzieć coś więcej, ale zmienił zdanie w ostatniej chwili.

W jego oczkach było widać coś na kształt żalu.

– Możesz darować sobie kazanie, jestem tego świadoma – odparła, krzywiąc się i wyrywając ramiona z jego rąk.

Aaron opuścił głowę, a Alyson poczuła, że jej własne serce łamie się na ten widok. Spokorniała.

– Przepraszam. Dziękuję – powiedziała, stając na palcach i dając mu lekkiego cmoka w policzek. – Za wszystko.

Jego wzrok spoczął najpierw na jej ustach, ale bardzo szybko podniósł go do jej oczu.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł cicho.

Alyson wskazała dom za ich plecami.

– Jesteśmy na miejscu.

Aaron pokiwał głową, jakby się nad czymś zastanawiał.

– Idź. Poczekam, aż wejdziesz do środka. – Widząc jej spojrzenie, dodał szybko: – Obiecuję, on mnie nawet nie zobaczy. – Na jego ustach pojawił się gorzki uśmiech. – Ani też nie będę was podglądał.

– Spróbowałbyś tylko! – odpowiedziała, szturchając go lekko w ramie, po czym oddaliła się w kierunku drzwi. Sama jednak nie wiedziała, czego powinna się spodziewać po dzisiejszym spotkaniu z Dylanem. Skąd nagle taka chęć porozmawiania?

Zapukała, ale przez jakiś czas odpowiadała jej wyłącznie cisza. Zmarszczyła brwi.

Coś było nie tak. Wyczuła to dopiero teraz. Było zdecydowanie za cicho.

– Haaalo, jest tam kto? Pani Browne? Dylan? – krzyknęła, ale znowu dostała brak odpowiedzi.

– Coś się stało? – zapytał Aaron, nie podchodząc.

– Właśnie nie wiem – odparła, czując, że narasta w niej niepokój. Nadusiła na klamkę i stwierdziła, że drzwi są otwarte. Odwróciła się do Aarona. – Zostań tutaj. – Pchnęła drzwi i weszła do środka.

Pomimo że nie miała tak dobrze rozwiniętego zmysłu węchu, od razu do jej nozdrzy doleciał znaczący zapach.

Metaliczny.

– Haaalo, jest tu kto?

Jedyne, co usłyszała, to brzęczenie lodówki i innych sprzętów elektronicznych.

– Dom cały pusty – oznajmił Aaron.

– Ej, miałeś zostać na zewnątrz!

– Pokusa była silniejsza. – Podniósł ramiona w geście niemocy zatrzymania się na dworze, a ona dostrzegła to mimo panującego mroku. – Wybacz.

Pokręciła głową w odpowiedzi, choć wiedziała, że on nie będzie w stanie tego zobaczyć. Następnie zaczęła kierować się w miejsce, z którego najintensywniej można było wyczuć zapach, którego nie powinno tutaj być.

Z coraz większym przerażeniem zmierzała w kierunku drzwi od pokoju Dylana. Powoli uchyliła je, dłonią wymacała kontakt, po czym zapaliła światło.

Zacisnęła dłonie w pięści, gdy ujrzała pokój.

Żółte ściany, łóżko, telewizor, fotele, dywan… Wszystko, co znajdywało się w tym pokoju, poplamione było krwią. W niektórych miejscach była ona bardziej intensywna, w innych trochę mniej, ale nie zmieniło to faktu, że cały pokój przypominał jedną wielką kałużę czerwonej, już brązowawej, cieczy. Dodatkowo szklano-drewniany stół na środku pokoju był roztrzaskany w drobny mak, a jego odłamki rozrzucone zostały po całej podłodze.

Aaron wszedł do pokoju tuż za nią, ale w przeciwieństwie do niej nie znieruchomiał na ten widok. Od razu zauważył coś, co wyróżniało się od reszty i udał się tam. Po chwili trzymał w dłoni świstek papieru. Przeczytał treść, po czym odwrócił się do dziewczyny.

– Do ciebie – poinformował, podając jej ubrudzoną krwią kartkę.

Dziewczyna wahała się przez chwilę, a potem drżącą dłonią wzięła notatkę od Aarona. Przeleciała wzrokiem tekst, ale świadomość tego, o czym się dowiedziała, nie chciała dojść do jej rozumu. A przecież przeczuwała to od momentu, kiedy znalazła się w tym domu.

 

Twój przyjaciel tylko przeszkadzał. Nie musisz mi dziękować. Nie kombinuj, nie szukaj go, bo sama przy tym zginiesz. Odpuść.

 

Alyson czuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa, ale jakimś cudem nie osunęła się na ziemie. Spojrzała za to twardo w oczy Aarona.

– Muszę go znaleźć. I zabić tego, kto to zrobił.

– Wiem, że i tak to zrobisz, nawet jeśli ci odradzę. – Wskazał głową na korytarz. – Chodź, musimy powiadomić innych.

 

~*~

 

Wszyscy zgromadzili się przed pałacem Forresterów.

– Dobra, o co chodzi? – zapytała Blake. – Musiałam przerwać rozmowę z Carlem i …

– Dylan został porwany. – Alyson powiedziała prosto z mostu.

Na to oświadczenie Nina wytrzeszczyła oczy.

– Jak to? Przez kogo? Żyje? – zaczęła dopytywać.

Alyson pokręciła głową przecząco.

– Nie wiem…

– Spokojnie, odnajdziemy go. – Judy położyła jej dłoń na ramieniu. Przed chwilą Alyson krótko streściła jej, kim był ten chłopak. Kim był dla niej. Albo kim nie był. – Na pewno.

Darren wskazał na pierścień.

– Nie możemy się teleportować. Nie znamy jego położenia.

– Ale znamy kogoś, kto może nam w tym pomóc – zauważył Tony.

– To na co jeszcze czekamy? Ruszajmy! – rzuciła Alyson, patrząc na zebranych.

– Tylko może być pewien problem… – dodał Aaron.

– Jaki? – wtrąciła się Blake.

– Zapewne chodzi wam o czarownicę Dianę? – zgadywał Borys.

Aaron skinął na znak, że potwierdza jego podejrzenia.

– Dobrze poinformowany jesteś – zauważył.

– Ciekawość – odparł, wzruszając ramionami.

– Czy to aby na pewno bezpieczne? – dopytała Nina.

Borys prychnął.

– Zdecydowanie nie – odparł.

Alyson ciężko westchnęła. Tracili czas na te bezsensowne pogaduszki. A liczyła się każda chwila.

– Dobra, chodźmy już. Gdzie ona mieszka?

Darren spojrzał na Aarona w tym samym czasie, co brat powędrował wzrokiem do niego.

– Aż tak źle? – mruknęła Blake.

– Mieszka na Apris – odparł Tony zamiast braci. – I nie jest specjalnie gościna.

 

~*~

 

Dla państwa Apris charakterystyczne było fioletowe niebo. Jego odcień był wręcz jednolity, z gdzieniegdzie białymi chmurkami, mimo panującej nocy. Z opowieści Judy Alyson dowiedziała się, że tutaj nigdy nie jest wystarczająco ciemno. Teraz otaczało ich ciemnofioletowe sklepienie, ale w dzień jest lawendowe, bardzo delikatne.

Okazało się, że czarownica Diana nie jest łatwa w odnalezieniu. Najpierw musieli przeszukać las, aby odnaleźć sekretne przejście w drzewie (przy którym odszukaniu bardzo pomogła Nina, instruowana przez Borysa, jak powinna wykorzystać swój zmysł węchu), a potem dopiero udać się podziemnym korytarzem do jej kryjówki.

– Zimno tutaj – powiedziała Alyson, a z jej ust wydobyło się kłębek pary. – Nienawidzę zimna – skrzywiła się. – Jak można tutaj żyć? – zerknęła na idącego po jej prawej stronie brązowookiego.

– Tak naprawdę to tylko takie przejście – wyjaśniał Darren. – Z możliwymi pułapkami. Ona mieszka na powierzchni.

Spojrzenie, jakie Alyson posłała Darrenowi, spokojnie mogłoby go powalić, gdyby tylko miało moc.

– Dzięki, że dopiero teraz o tym mówisz – mruknęła.

Spojrzała w lewo, na drugiego z braci.

– Myślisz, że może nas coś tutaj spotkać?

Aaron wyglądał na zamyślonego.

– Kiedyś byłem u Diany. Nie pamiętam żadnych przeszkód.

– To były inne czasy – dodał Darren. – Teraz stała się trochę, hmm, paranoiczna.

– Aha, spoko. I taka osoba ma nam pomóc?

– Jeżeli będzie jej się chciało… – powiedział Tony, idący z Blake i Judy tuż za nimi.

– A co, jeśli nie? – zapytała Nina, zamykająca ich pochód wraz z Borysem przy boku.

– Wtedy będziemy musieli znaleźć inny sposób – odparł Aaron.

Droga ciągnęła się przez korytarze, a oni opierając się na węchu Niny i Borysa, podążali za śladem, jaki zostawiała po sobie magia. Dzięki temu unikali pustych korytarzy, pułapek oraz innych nieciekawych niespodzianego, póki…

– Stójcie – nakazała postać stojąca nieruchomo przed mosiężnymi drzwiami.

– No ciekawe jak mamy iść dalej, jak coś blokuje nam przejście – burknęła Blake, krzyżując ramiona.

– Kim jesteś? – zaciekawiła się Alyson.

– Jam jest strażnik – odpowiedziała postać. Alyson dopiero teraz zauważyła, że był to mężczyzna, wyglądający jak rycerz, tylko że jego cera była jasnoniebieska. Tak jakby jego skóra była odporna na to zimno, które tutaj panowało. – Nikt nie przejdzie dalej bez mojego pozwolenia.

Alyson coś nie pasowało w jego postawie. Skupiła więc wzrok, przyglądając mu się uważniej. Poczuła, że jej oczy ponownie przybierają swój czerwony odcień, ale nie jakoś mocno.

Otworzyła je szerzej. Patrzyła na coś, co w dalszym ciągu miało głowę człowieka (wciąż o jasnoniebieskiej cerze), ale jego reszta wyglądał jak części zwierząt: tułów i łapy lwa, skrzydła nietoperza i ogon skorpiona. Natrafiła już kiedyś na podobny rysunek jednej z książek o mitycznych postaciach, dzięki czemu wiedziała teraz, że patrzyła w oczy mantykory. Rozejrzała się po znajomych, ale nie zauważyła u nich żadnych oznak rozpoznania, czym naprawdę ów rycerz był. Gdy znowu przeniosła na niego swój wzrok, zdawało jej się, że spojrzał na nią z uznaniem.

Nie chcąc innych martwić na zapas, przemilczała to, ale stała się bardziej czujna.

– A co mamy zrobić, aby przejść dalej? – zapytała Nina.

– Musicie odpowiedzieć na pytanie – poinformował strażnik.

Blake prychnęła.

– To jak ta zagadka ze sfinksem? – Klasnęła w dłonie i stanęła w pozycji, jakby się na coś szykowała. – Dobra, dawaj.

– Ej, chwila! – Alyson podbiegła do Blake. – To może być pułapka.

Aaron z Darrenem zaczęli się o coś spierać, za to Blake spojrzała na nią błagalnie.

– A co mi zrobi, jak nie zgadnę? Zje mnie? – Zmierzyła go wzrokiem. – Wątpię.

Mina strażnika pozostała kamienna, ale Alyson miała dziwne wrażenie, że w duchu się uśmiecha. A to nie wróżyło nic dobrego. Spojrzała tam, gdzie widziała jego ogon, a wtedy przypomniała sobie, że ogony mantykory są wypełnione trucizną.

– Blake – ostrzegła ją.

– Chcesz go uratować czy nie? – Spojrzała na nią ostro. – Mnie on obojętny, ale ty potem będziesz się zadręczać.

Alyson nie skomentowała tego, tylko zacisnęła mocniej usta.

– Tak właśnie myślałam – odparła Blake. Spojrzała na strażnika. – Zadaj pytanie.

 

~*~

 

– No, no to już po tobie – odrzekł Borys, dziwnie wesoło, pewnie dlatego, że niezbyt ją tolerował, więc na rękę mu było, żeby coś jej się stało.

– Ale wpierw… – Strażnik machnął ręką, a wszyscy, poza Blake, znieruchomieli. – Wszystko słyszą, ale nie będą w stanie ci podpowiedzieć.

Szybko rozejrzała się po zgromadzonych, czując jak zimny pot oblewa jej plecy. Nie takiego obrotu sprawy się spodziewała.

– A więc zagadka…

– Nie zaczyna się zdanie od „a więc” – zauważyła, przenosząc na niego wzrok.

Strażnik spojrzał na nią, mrużąc oczy.

– Sęk w tym, że musicie zapłacić.

– Że co? Że niby czym? Zbierasz jakieś poszczególne monety? Może starogreckie? Egipskie? – zaczęła zadawać pytania. – Ile? – dodała na koniec.

– Cena jest odpowiednia, każdego na nią stać. Wielki król czy nędzny żebrak może o nią grać. Przegrany jest tylko ten, który nie docenia jej wartości i przez całe życie tuła się w ciemnościach. Czym jest ta cena?

Blake jęknęła.

– A co się stało z „Co to za zwierzę, które rano chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech?”?

– Mówisz o człowieku? – Strażnik uśmiechnął się, a jego twarz przez to stała się dziwnie złowroga. – Zbyt proste.

– To może chociaż to drugie? „Są dwie siostry: jedna rodzi drugą a druga pierwszą, czym są?”? – wręcz starała się wybłagać Blake.

– Dzień i noc? – Uśmiech nie schodził z niebieskiej twarzy strażnika.

Wtedy też wpadła na pewien pomysł. Stanęła w lekkim rozkroku i oparła dłonie na biodrach.

– A co to jest: nie je, nie pije, a chodzi i bije?

Odchrząknął.

– Zegar.

Blake zaklęła.

– Matka miała pięciu synów, każdy z nich miał siostrę. Ile dzieci ma matka?

– Sześcioro – odpowiedział, znowu poprawnie. – Nie uda ci się mnie zagiąć.

– U dwóch rąk jest 10 palców. Ile jest u 10 rąk?

– 50.

– Ile gatunków zwierząt Mojżesz zabrał do Arki?

Strażnik uśmiechnął się pod nosem.

– Mojżesz? – odpowiedział znacząco pytaniem.

– A co się stanie, gdy kura skończy 3 lata?

– Zacznie cztery.

– A skąd wiesz, że jej nie zjedzą? – Zrobiła chytrą minę.

Spojrzał na nią znacząco.

– Nie o to chodziło w tym pytaniu.

– No dobra, niech ci będzie, a może to… Lecisz nad morzem i wyrzucasz z samolotu dwa worki. W jednym jest 1 kg kamieni, w drugim 1 kg pierza. Co pierwsze znajdzie się na ziemi?

Zmrużył powieki.

– Podchwytliwe. 1kg kamieni i 1kg pierze wyląduje w tym samym czasie, ale nie na ziemi, a w wodzie.

Pokiwała głową w zamyśleniu.

– Troje ludzi skacze ze spadochronu. Pierwsza osoba waży 60 kg, druga 75 kg, natomiast trzecia 90 kg. Jacy ludzie byli pierwsi na ziemi?

– Adam i Ewa – odparł.

– A skąd wiesz? Byłeś przy tym?

– Jesteś chytra – odparł strażnik z niechętnym uznaniem, po krótkiej chwili namysłu.

– To chyba normalne u lisów – zauważyła, uśmiechając się… Chytrze. – To jak, przepuścisz nas teraz? Skoro no wiesz… Zagięłam cię. – Uśmiechnęła się, wyszczerzając zęby. Taką minę miała tylko wtedy, gdy o coś prosiła lub udawała niewiniątko. Zwykle skutkowało.

– Nie zagięłaś mnie – odparł. – Ale w zaskakujący sposób odpowiedziałaś na moje pytanie. To słowo nie padło wprost, ale…

– Czekaj – przerwała mu. – Tu chodziło o inteligencję? – zapytała, zdziwiona, ale szybko przybrała pewny wyraz twarzy. – Nie, ty miałeś na myśli, że chytrze odpowiadałam, korzystając z… – Zachłysnęła się powietrzem na krótką chwilę, kiedy ją olśniło. – WIEDZA!

Skinął głową.

– Niech tak się stanie, możecie przejść – rzekł ponuro, odwracając się. Machnął dłonią, a drzwi zaczęły się rozsuwać. Potem machnął ręką jeszcze raz, a ludzie stojący wkoło Blake przestali zachowywać się jak kamienie.

Ruda dumnie ruszyła do przodu, mówiąc donośnie, tak aby każdy ją usłyszał, a w szczególności mijany strażnik:

– Ja to jednak jestem zajebista!

 

~*~

 

– Poziom niektórych twoich zagadek… – zaczął Borys.

– Byłaś świetna – przerwała mu Judy.

Blake na te słowa uśmiechnęła się szeroko, a potem przybiła piątkę z Alyson.

– Dobrze rozegrane – pochwalił ją Darren.

– A ja już myślałem, że po nas – westchnął Tony, u którego było widać ulgę wypisaną na twarzy.

– Ze mną nie zginiesz – odparła Blake, zerkając na niego.

Jedynie Aaron dziwnie milczał. Wyjątkowo zostawał w tyle.

– Coś nie tak? – zapytała Alyson, zwalniając kroku, aby się z nim zrównać.

Spojrzał na nią.

– Sądzisz, że tylko wiedza jest ceną, jaką dzisiaj zapłacimy? – zapytał, przenosząc wzrok na ludzi idących przed nimi.

Zmarszczyła brwi.

– Nie rozumiem. Myślisz, że coś może się nam tu stać?

Zaczęli się wspinać po schodach gęsiego, bo przejście zrobiło się naprawdę wąskie. Alyson nie mogła dostrzec twarzy Aarona, ale słyszała, jak wzdycha.

– Po prostu wydaje mi się, że możemy dowiedzieć się za dużo. A to nigdy nie jest dobre.

Coś nagle zrozumiała.

– Byłeś już kiedyś u Diany. – Przypomniała sobie jego słowa. – Co ci powiedziała, że tak bardzo nie chcesz do niej wracać?

Nawet go nie widząc, wiedziała, że jego twarz wyraża teraz głębokie zamyślenie i smutek.

Jako ostatni wyskoczyli z tunelu na świeże powietrze.

– Dała mi jasno do zrozumienia, że wiele stracę. Tyle – odparł, a potem przyśpieszył i zrównał się z bratem. Alyson poszła w jego ślady. Doszła do nich, gdy Nina zadawała pytanie.

– Od niej wiedzieliście, że my jesteśmy no tego… Takie jak wy?

– Tak? To właśnie Diana ma taką umiejętność? – Dołączyła się do pytania Alyson.

Tony pokiwał głową.

– Tak, to właśnie ona poinformowała nas o tym, że ktoś magiczny jest w waszych stronach. To w połowie czarodziejka, a w połowie wampir.

– Ciekawe, jak na to wpadła – dodała Blake.

– Nie każdy wampir-czarodziej jest taki sam. Niektórzy potrafią przeczytać niedaleką przyszłość, inni widzą aurę, a jeszcze inni na pewno mają inne ciekawe umiejętności – oznajmił Darren. – Cechuje ich za to jedna wspólna rzecz. Nie starzeją się.

– To jak ona wygląda? – zapytała Nina.

– Oj, ona ma wiele twarzy – oznajmiła żywo Judy.

Dziewczyny spojrzały na jasnowłosą. Powoli zbliżali się do chatki, która była jedynym elementem po tej stronie tunelu.

– Jak to? – zapytała z nich Alyson.

– Ma naprawdę wiele lat, ale nikt nie potrafi powiedzieć, ile dokładnie – wyjaśniała blondynka. – Sama potrafi przemienić się w dziecko, dorosłą kobietę lub…

– Starą wiedźmę – burknęła Blake, kiedy właśnie ktoś taki wyłonił się z chaty przed nimi. – Kto by chciał wyglądać tak okropnie? Taką maszkarę to ja i bez okularów potrafię dostrzec.

Starucha spojrzała na Blake łagodnie, mimo że zapewne doskonale usłyszała jej słowa.

– Do starszych ma się lepsze podejście – odpowiedziała mocnym głosem, a jednocześnie sugerującym, że była już naprawdę bardzo stara. Jej ubranie składało się z kilku warstw ciemnej poszarpanej szaty, a siwe i pozbawione blasku pokudłaczone włosy sięgały do połowy przygarbionych pleców. Zgrabiałe ręce trzymała na drewnianej lasce.

Blake spojrzała na nią krzywo, Nina lekko skinęła głową, a Alyson ostrożnie zmierzyła staruchę wzrokiem.

– Cóż, może jednak nie wszyscy. – Diana przeniosła spojrzenie z Blake na Ninę, a potem z Niny na Alyson.

„Ile ona mogła mieć lat?”

– Wariatka? – Blake szepnęła (bardzo głośno) do Tony’ego, który w odpowiedzi spojrzał na nią błaganie, jakby chciał przekazać w ten sposób, aby choć raz czegoś nie skomentowała.

W gruncie rzeczy nie miał się czym przejmować, bo Diana przestała zwracać uwagę na kogokolwiek, poza jednym wyjątkiem. Przyglądała się Alyson przenikliwe i cicho. Dziewczyna dostała gęsiej skórki, gdy ta ją tak lustrowała. Miała również wrażanie, że wiedźma, patrząc na nią, znała jej przeszłość, jak i to, co dopiero było przed nią.

– Przybyliście tutaj, bym pokazała wam przyszłość? – Dalej mierzyła wzorkiem Alyson. – Nie, nie potrzebujecie tego, zwłaszcza ty. Sama potrafisz to dostrzec, co jest dość niezwykłe jak na taki zestaw genów. – Te słowa spowodowały niepokój w sercu Alyson, ale nie przybyła tutaj, aby się dowiedzieć, co ta wiedźma miała teraz na myśli. Przybyła tutaj, aby ta pomogła jej w odnalezieniu Dylana.

Po nic więcej.

– Pomożesz nam kogoś znaleźć? – zapytała, stając pewniej na nogach.

– A może chcecie, aby pokazać wam wasze najszczersze pragnienia serca? Ostrzegam, tylko dla odważnych.

– Ja tam wiem, co chcę. – Blake wzruszyła ramionami. Spojrzała na Tony’ego. – Mówiłam, że wariatka.

– Pomożesz nam kogoś znaleźć? – Alyson ponowiła pytanie, wolniej i bardziej intonując wypowiadane słowa.

– Prawda leży czasami bliżej, niż nam się wydaje, Blake Fox. – Diana spojrzała na nią z błąkającym się rozbawionym uśmiechem na twarzy.

Ruda zamrugała oczami, zerknęła na Tony’ego, a potem przeklęła pod nosem, jakby karcąc się za ten gest. Na koniec machnęła ręką.

– Masz przy sobie coś, co należało do twojego przyjaciela? – Wiedźma skierowała swoją wypowiedź do Alyson.

Nie zastanawiała się ani chwili dłużej. Od razu sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej mały breloczek do kluczy z logo Porsche. Znalazła go na podłodze, zanim wyszła z pokoju Dylana. Był to prezent, jaki wręczyła mu na urodziny.

– Może być – oznajmiła Diana, wchodząc do chatki.

Alyson i reszta zebranych wraz z nią ludzi, udała się za wiedźmą. Nie było to wbrew pozorom jakieś małe pomieszczenie. Wszędzie co prawda były poustawiane kotły, nad kominkiem suszyły się zioła, a całe wnętrze było przystrojone słojami i innymi charakterystycznym dla wiedźm rzeczami, jednak wszyscy zmieścili się w środku bez najmniejszego problemu. Nawet znalazł się czarny kot, który zaczął się ocierać o nogi Alyson, jednocześnie prychając na Blake czy Ninę.

Z szalonym uśmiechem na ustach, wiedźma odwróciła się przodem do Alyson. A może była to ekscytacja?

– Zanim spełnię twoją prośbę, potrzebuję zapłaty – rzekła.

Alyson zerknęła na Aarona, ten jednak patrzył tylko na Dianę, jakby próbował ją rozszyfrować.

– Przecież już… – zaczęła Blake, ale urwała, bo najwyraźniej zrozumiała.

Odezwał się Darren.

– Zapłatą jest wiedza. Jakich informacji od nas oczekujesz?

Wiedźma wskazała na Alyson.

– Chcę twoje wspomnienie.

Uniosła jedną brew do góry.

– Wspomnienie? Które?

– To, o którym nawet nie masz pojęcia, że je posiadasz. – Diana zatarła swoje zgrabiałe dłonie, jednocześnie obleśnie oblizują się i ukazując spróchniałe zęby.

– Bleh – mruknęła Blake, wystawiając język. Nina zatkała sobie nos, ale w przeciwieństwie do rudej nie skomentowała tego. Judy cofnęła się o krok, a Borys pokręcił głową z poirytowania. Tony zaś wyglądał, jakby zaraz miał się spalić ze wstydu za zachowanie rudowłosej.

– Nawet nie dostrzeżesz, że ofiarowałaś mi to wspomnienie – dodała wiedźma, nie zwracając uwagi na otoczenie.

Alyson podejrzliwie zmarszczyła brwi.

– Czego ono dotyczy?

– A czy to istotne, skoro nawet go nie pamiętasz? – odpowiedziała jej pytaniem na pytanie.

– To może być coś ważnego – zauważył Darren, patrząc na Alyson. – Może powinniśmy to wspólnie przedyskutować…

– To twoja decyzja, Alyson – wtrącił się Aaron. – To ty płacisz cenę, a nie my. Musisz zadecydować, ile możesz poświęcić za uratowanie kogoś, kto nawet ciebie nie szanuje.

– Uuu – powiedziała Blake, przeskakując wzrokiem z Aarona na posyłającą mu zdziwione spojrzenie Alyson. – Wyczuwam zazdrość w powietrzu.

– Kolejny z twoich darów? – zapytała Nina, odwracając się do niej. Blake pokazała jej język.

– Jak ktoś w ogóle miałby mnie szanować, skoro przy najmniejszej przeszkodzie zostawiłabym kogoś w potrzebie? – Alyson pokręciła z niedowierzaniem głową, po czym się wyprostowała. – Zgadzam się, wiedźmo. Jestem gotowa zapłacić cenę.

Mówiąc to czuła, że wcale nie jest gotowa, ale musiała to zrobić. Nie miała czasu nad rozważaniami, czy dobrze zrobiła, zgadzają się na taką zapłatę, zamiast negocjować coś innego. W tej chwili liczył się tylko Dylan. Gdzieś z tyłu głowy cały czas dolatywały ją wyrzuty sumienia. Gdyby nie ona, jego życie nigdy nie byłoby narażone na coś takiego. Ona była odpowiedzialna za to, i to ona musiała go z tego wyplątać.

Inaczej nie mogłaby żyć z samą sobą.

– Świetnie! – wykrzyknęła wiedźma, a po chwili w jej prawej dłoni ukazała się okrągła probówka. – Postaraj się o niczym nie myśleć – dodała.

„Łatwo mówić.”

Alyson nie zamknęła oczu. Z jakiegoś powodu chciała zaobserwować, jak wiedźma zamierzała wydrzeć z jej głowy głęboko ukryte wspomnienie. Jak mogłaby je potem wykorzystać, skoro istniało tylko w jej głowie?

Tuż nad probówką starucha wyginała palce lewej dłoni, z których wylatywały szare strumienie jej mocy. Ogarnęły całą probówkę, a po chwili w jej wnętrzu uformowało się coś na wzór wody: było równie bezbarwne, ale znacznie gęstsze.

„Czy to miało służyć do przechowywania wspomnień? Coś jak formalina w przypadku przechowywania ciała?”

Następnie wiedźma wyciągnęła rękę w stronę Alyson, jakby chciała ją pobłogosławić. Tak samo, jak w przypadku szklanego naczynia, tak też wokół Alyson zaczął formować się kokon z wiązanek magii Diany.

„Woda. Mocą Diany jest woda tak jak Tony’ego światło.”

Robiąc zeza, obserwowała, jak szare drobinki skaczą jej po nosie, a potem przenoszą się na czoło.

Wciągnęła gwałtownie powietrze do płuc, gdy magia wtargnęła do jej głowy. Wspomnienia przylatywały przed oczami tak szybko, że nie mogła za nimi nadążyć czy skupić się na jednym z nich, dopóki…

– Tato?

Przyglądając się wspomnieniu, była niemalże pewna, że widziała go tuż przed sobą. Nawet odwrócił się, jakby usłyszał jej wołanie, po czym zmrużył oczy i uśmiechnął się w ten swój dziwny, smutny sposób, który czasami miała okazję zaobserwować.

– Ally, zrozumiesz to, gdy nadejdzie odpowiedni czas.

Dopiero po tych słowach Alyson dostrzegła, że w ramionach ojca znajdowała się mała dziewczynka, która również się jej przyglądała. Czy to możliwe, żeby to była ona? Tylko że ojciec wyglądał, jakby to mówił do niej, a nie do dziecka…

Gdy tylko o tym pomyślała, dostrzegła, jak mała przenosi wzrok na mężczyznę i nieco się odchyla. Ojciec nie patrzył już wprost na Alyson, tylko na osobę, którą trzymał w ramionach.

– Oh! – wyrwało się z ust Alyson, gdy dostrzegła miecz.

Swój miecz!

Ojciec wyciągnął go z ręki dziewczynki i odłożył na stolik.

– Jeszcze nie ten czas – powiedział, a Alyson poczuła ciarki na ciele, ponieważ zabrzmiało to nad wyraz niepokojąco. – Zanim to nastąpi, musisz żyć normalnie.

Położył rękę na prawym policzku córki i zamknął oczy. Po chwili skierował głowę na Alyson i dopiero wtedy otworzył je.

– Musisz kiedyś to ujrzeć. Możliwe, że ja sam już nigdy nie będę tego pamiętać, ale ty musisz. Musisz wiedzieć, że aby pokonać wroga, konieczne jest…

Wszystko urwało się tak nagle, że Alyson przez dobre kilka sekund nie była pewna, gdzie się znajduje. Czuła jedynie pustkę.

– Al? – zapytała Nina. – Wszystko gra?

– Jesteś trochę zielona – dodała dla sprostowania Blake. – Będziesz wymiotować? Mam się chować? Eee, ma ktoś jakiś worek?

Zignorowała obydwie i ruszyła w kierunku wiedźmy.

– Chce to wspomnienie z powrotem!

„Co to było? O czym było? Ojciec! Ale… Co z nim?”

Nie pamiętała nic, poza faktem, że w tym wspomnieniu był jej ojciec. Wydawało się ważne. Piekielnie ważne.

Jak ona mogła je tak po prostu oddać?

Starucha zatkała próbówkę korkiem. Alyson była niemalże pewna, że dostrzegła w niej obraz siebie i swojego miecza, ale wizerunek rozmył się, kiedy wiedźma zakołysała naczyniem.

– Nie wspominałam? Nie można cofnąć zapłaty, a wszelkie zażalenia nie są przyjmowane – odparła Diana, chowając próbówkę we wnętrzu swojej szaty. – Nie chcesz już pomóc swojemu przyjacielowi? Oferta wygasa za 5, 4, 3…

– Wrrrr! – warknęła Alyson, po czym zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech.

– 2…

– Oczywiście, że chcę pomóc mojemu przyjacielowi – odpowiedziała, otwierając oczy. – Powiesz mi, gdzie on jest?

„Wspomnieniem zajmę się później.”

– Podejdź bliżej – powiedziała Diana, stojąc już nad wielkim kotłem, do którego wrzuciła parę składników, których Alyson nie potrafiła nazwać. I nawet nie chciała nazwać, tak dla ścisłości.

Wykonała polecenie staruchy, a wtedy ta wyciągnęła wysuszoną dłoń w jej kierunku. Alyson podsunęła breloczek, który ta podniosła lodowatymi palcami. Następnie zamknęła przedmiot w dłoniach. Gdy po chwili rozsunęła je, brelok swobodnie unosił się w wielkiej bańce.

– Potrzebuję jeszcze kroplę twojej krwi.

Alyson najpierw uniosła jedną brew do góry, a potem odwróciła się, aby spojrzeć na Aarona. Ten dał jej znak, aby zrobiła to, o co prosiła ją wiedźma.

„No tak, inaczej nie znajdę Dylana.”

Przeleciała wzrokiem najpierw wszystkich zabranych, a potem leżące nieopodal noże. Już z daleko można było dostrzec skaczące po nich bakterie. Skrzywiła się zauważalnie i zrobiła to, co zastosowała przy Harrym, aby sprawdzić swoją teorię: sięgnęła do ucha i wyciągnęła z niego kolczyk, a następnie ukuła się ostrym końcem w palec oraz zapięła kolczyk z powrotem. Diana podsunęła jej bańkę z breloczkiem, a gdy parę kropel skapnęło na nią, przeniknęły przez balon i zatrzymały się dopiero na przedmiocie w środku.

– Wyśmienicie – odpowiedziała starucha, po czym przekierowała bańkę do kotła. Zaczęła szeptać w niezrozumiałym język, trzymając dłonie tuż nad powierzchnią szarej cieczy.

Tafla zaczęła bulgotać. Nikt, nawet Blake, nie był w stanie się odezwać, aby jakkolwiek skomentować to, co się właśnie przed nimi rozgrywało. Nie tylko w tafli zaczęło się gotować, ale i w nich samych. W chatce zapanowała magiczna atmosfera, wprowadzająca ich w odrętwienie.

– Twój przyjaciel jest uwięziony w opuszczonym pałacu, ruinach, za obrzeżami miasta. Musisz kierować się na południe, a wtedy trafisz na właściwe miejsce. Musisz się również pośpieszyć. Możliwe, że chłopak nie wytrwa do rana. – Po tych słowach tafla wody się uspokoiła, wyłonił się także brelok. Bańka spoczęła na otwartych dłoniach Alyson i pękła, a przedmiot spadł prosto w jej ręce.

Dziewczyna kiwnęła na znak, że dziękuje, ale po chwili, nie wiedząc nawet dlaczego, zadała pytanie, ciągle zamroczona dziwnym czarem.

– Co mam zrobić? Jakiego wybór dokonać?

Dokładnie tak, jakby czuła, co się świeci.

Diana uważnie przyjrzała się jej twarzy.

– Nie ma dobrych czy złych wyborów. Są tylko takie, które uważamy za właściwe. I to one nas określają.

Starucha swoimi chudymi palcami chwyciła Alyson za lewa dłoń i spojrzała w nią. Po chwili odrzuciła ja z cichym krzykiem.

– Już jesteś martwa! Martwa w połowie!

Alyson przyciągnęła do ciała lewą rękę i objęła ją prawą, byleby tylko ją zasłonić.

– Nie pokazuj się tu więcej! Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! – Spojrzy na towarzyszy Alyson i dodała: – Jeśli chcecie żyć, wy także zrezygnujcie!

Zajęło jej dosłownie sekundę, by zniknąć w szarej mgle, po której po chwili nie został nawet ślad.

– No nie powiem… Mocne słowa – zauważyła Blake, zerkając na przyjaciółkę.

Zacisnęła usta.

– Chodźmy. Nie ma co marnować czasu.

 

~*~

 

– Jesteście pewni, że idziemy dobrym korytarzem? – zapytała Blake, marszcząc nos. – Nie pamiętam tego wszystkiego.

– Czy to możliwe, że się zgubiliśmy? – zdziwiła się Judy, patrząc znacząco na Borysa i Ninę, którzy prowadzili.

Wilkołak pokiwał głową.

– Macie racje. Nie pamiętam tych zapachów.

Zatrzymali się przy rozwidleniu.

– Nie możemy użyć twojego pierścienia, Darren? – zapytała Nina. – Albo twojego, Aaron?

– No albo co z twoją magią, Starr? – zapytała Blake, akcentując jego nazwisko.

– Możemy utknąć w przestrzeni, gdy będziemy się przenosić, bo panująca w tych korytarzach magia wytwarza zakłócenia i nic nie działa prawidłowo – wyjaśnił Darren.

– No to świetnie. – Alyson uniosła ręce do góry. – To którędy teraz powinniśmy iść?

– Myślę, że… – zaczął Darren, ale nie udało mu się dokończyć swojej myśli.

– Alyson, uważaj! – krzyknęła Blake, która stała najdalej od dziewczyny.

Mimo że Alyson powinna przywyknąć do tego, że jej przyjaciółka potrafi przeczuć, gdy komuś coś grozi na chwilę przed atakiem – teraz jedynie spojrzała na przyjaciółkę wybita z pantałyku.

Można byłoby pomyśleć, że pierwszy rzuci się na pomoc Aaron, bo on jest najszybszy, ale tym razem to Judy wykazała się refleksem, skacząc na Alyson i zataczając się z nią w ciemnym korytarzu.

W miejscu, gdzie przed chwilą stała Alyson, runął ogromny stalaktyt. Dziwne, że nie usłyszeli, jak się osuwał. Był bowiem tak wielki, że zamknął przejście całkowicie.

– Nic ci nie jest? – zapytała Judy, przygniatając Alyson do ziemi.

– Nie, dzięki za ratunek – odparła. Judy szybko wstała na nogi i podała Alyson rękę.

Chwilę później obie podeszła do zamkniętego przejścia. Kładąc dłonie na stalaktycie, próbowały go przesunąć, ale nawet nie drgnął.

– Nic wam nie jest?! – usłyszały po drugiej stronie krzyk Aarona.

– Żyjemy, jesteśmy całe! – odkrzyknęła Judy. – Tony, możesz się tym zająć?

– Próbuję! – W głosie czarodzieja pobrzmiewała nuta bezradności. – To nie jest zwykły kawałek skały…

Więcej nie usłyszała, bo powiedział ciszej, ale łatwo było się domyślić, że to wcale nie był przypadek, że znalazły się w tym korytarzu.

Alyson odwróciła się od głazu i spojrzała w ciemność.

Coś jej mówiło, że powinna tam iść.

– Nic nie szkodzi – odpowiedziała głośniej, odwracając się ponownie. – Pójdziemy tym korytarzem. Jakoś się potem skontaktujemy.

– No pięknie! – zdążyła jeszcze usłyszeć zawodzenie Blake.

– Chodź – powiedziała Alyson, patrząc na Judy. Wiedząc, że ta nie ma tak dobrego wzroku jak ona, chwyciła ją za rękę. – Wyprowadzę nas stąd.

 

~*~

 

Kiedy w ciemnościach mignęło Alyson coś srebrnego, początkowo miała wrażenie, że się pomyliła.

„Szczęśliwa Judy coś zgubiła?”

Te tunele musiały zakłócać nie tylko magię.

– Judy, upuściłaś swój miecz.

Alyson cofnęła się i podniosła wykładany diamentami przedmiot, a następnie wróciła do Judy i podała go jej.

– Jak dobrze, że zauważyłaś – odparła jasnowłosa, chowając miecz za pasek. – Nic nie widzę w tych ciemnościach.

Może i Judy nic nie widziała, ale zdecydowanie usłyszała. W głębi korytarza z miejsca, z którego uciekły, dało się słyszeć narastający szum.

– Wo… Woda?! – krzyknęła Alyson, dostrzegając ją i zaczynając biec z Judy pod ręką. – Skąd ona się mogła tutaj wziąć?!

„Czy to Diana próbowała nas zabić?”

Judy nie zdążyła odpowiedzieć, bo zarówno ją, jak i Alyson dosięgła woda. Lodowata woda.

Straciła na chwilę przytomność, odzyskała ją dopiero chwilę później, kiedy Judy zaczęła nią potrząsać. Przewracając się na bok, wypluwała wodę ze swoich płuc.

– Znowu – burknęła pod nosem i plunęła. – Cholerna woda.

Znajdowała się brzegu, ale jej nogi od kolan w dół dalej były w zimnej cieczy. Alyson spojrzała w górę. Jednak nad ich głowami nie było nieba. Dalej były uwięzione pod ziemią, w grocie.

– Wymyło nas z korytarza – stwierdziła Judy, stając na nogi i się otrzepując. – Jesteś cała?

– Tak mi się zdaje… A ty?

Judy zaczęła uderzać się ręką w ucho, aby je odetkać.

– Chyba też.

– Gdzie jesteśmy?

– Nie jestem pewna. – Jasnowłosa się rozejrzała. Tutaj było na tyle jasno, że faktycznie mogła coś zobaczyć. – Ej, spójrz! Tam są jakieś schody.

– Jakie długie…

– Alyson. – Judy patrzyła na coś za plecami brązowowłosej. – Bez. Gwałtownych. Ruchów.

Dziewczyna poczuła, jak strach zaczyna wzmagać się w jej piersi.

– Co tam jest? – zapytała szeptem.

– KROKODYL – powiedziała wyraźnie Judy, starając się robić maleńkie kroki do tyłu.

– Przy nich nie można być powolnym! – krzyknęła Alyson, podnosząc się i chlupiąc przy tym wodą. Następnie, nie oglądając się, chwyciła Judy i razem z nią wbiegła na schody.

Jeżeli krokodyle wydają jakieś konkretne dźwięki, to te były aż nad wyraz konkretne.

Alyson znowu miała problem z kondycją. Fakt faktem, adrenalina dodała jej siły, aby wspinała się po schodach, lecz ostatecznie zaczęła się krztusić. Nie pomagało przy tym mokre ubranie, przylepione do jej skóry.

– Dajesz, Al! Jeszcze tylko kawałek! – wołała co chwilę Judy. Alyson miała wrażenie, że już nie dotrze do końca.

Przystanęła na chwilę, zginając się w pół i łapiąc oddech. Odważyła się spojrzeć do tyłu, a wtedy przekonała się, że te krokodyle były nieugięte. Na swoich krótkich nóżkach „biegły” znacznie lepiej niż ona. I w przeciwieństwie do niej, one naprawdę się nie poddawały.

Wtedy Alyson znowu poczuła, że coś tu nie gra. Zmrużyła oczy, które stały się czerwone, aby po chwili otworzyć jej szerzej. Już rozumiała, dlaczego te krokodyle tak zapieprzają. Bo to wcale nie było to. Bardziej przypomniały warany z połączonym krokodylem i jeśli smoki naprawdę by istniały, miałby w sobie coś z nich.

Wznowiła bieg.

– Judy, co to jest: długa szyja i ogon, szpony na przednich łapach, bardzo szybkie i bardzo odporne…

Biegnąc dalej, Judy lekko zerknęła na Alyson.

– Mówisz o tych mitycznych stworzeniach, które ponoć strzegą bram czegoś tam? – zapytała, najwyraźniej nie mogą sobie przypomnieć dokładnie, czego strzegły. Historia to naprawdę nie była jej mocna strona. – Chyba wiwerny, lecz pewności nie mam. Dlaczego pytasz?

– Nie, bez powodu – odparła Alyson, ale w myślach dodała, że to naprawdę idiotyczna nazwa. Dobrze kojarzyła.

– No chodź! – popędzała ją Judy, z miejsca przestając się zastanawiać nad pytaniami Alyson. Teraz to ona musiała chwycić ją za rękę i właściwie wlec po tych niemiłosiernie długich schodach.

Gdy Alyson myślała, że już wypluje jakąś część swoich płuc, dostrzegła mosiężne drzwi. Bez zastanowienia we dwie zaczęły je pchać, używając przy tym całych swoich sił. Na próżno.

– Dobra, mam inny pomysł. Alyson, chwytaj miecz i odstraszaj krokodyle, ja zajmie się drzwiami.

– Niby jak?! – krzyknęła, jednocześnie otwierając zapinaną kieszeń, w której miała swój zminimalizowany miecz. Stuknęła w niego trzy razy, a ten w odpowiedzi się powiększył.

W tym czasie Judy sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej maleńki flakonik. Poczekała, aż osiągnie normalny rozmiar, po czym wyciągnęła zatyczkę i wypiła jego zawartość.

„Siła… To eliksir dodający siły!”

– Pośpiesz się! Są już blisko! – krzyczała Alyson, stojąc tyłem do niej i trzymając miecz w pozycji obronnej.

„Jak niby mam obronić się przed tym czymś?”

Zerknął na blondynkę.

Judy nie trzeba było dwa razy powtarzać. Rzuciła się na drzwi, pchając je ze swoją wzmocnioną siłą. Alyson nie pozostał nic innego, jak tylko machać na stworzenia mieczem, mając nadzieje, że to jakoś je powstrzyma. To, że widziała ich prawdziwe oblicze, wcale jej nie pomagało.

Na szczęście nie musiała tego długo robić. Drzwi w końcu ustąpiły ze strzyknięciem. Judy wpadła do środka, chwyciła Alyson za kołnierz bluzy i pociągnęła za sobą. Rzuciły się, aby zamknąć przejście w momencie, gdy zwierzęta chciały wejść do środka. Potem obie zsunęły się na ziemię, opierając się plecami o ciężkie drzwi.

Alyson zaczęła się śmiać.

– Krokodyle! Kto by pomyślał!

Judy także uśmiechnęła się pod nosem.

– Udało się nam.

– Tak, udało się nam.

Nagle poczuła mrowienie na swoich plecach, a wnioskując po napięciu na twarzy Judy, ona także to wyczuła. Obie wstały jak oparzone i się odwróciły. Judy z wyciągniętymi pięściami, zapewne dalej czująca w sobie siłę, a Alyson z mieczem skierowanym do ataku, ale…

Okazało się, że drzwi zniknęły, jakby nigdy ich tam nie było.

– Hmm, dziwne – odparła Alyson, opuszczając miecz. Zaczęła się rozglądać. – Czy to jest…?

Judy obejrzała się dookoła.

– Tajna biblioteka! Słyszałam o niej, ale nie sądziłam, że istnieje naprawdę!

Określenie „biblioteka” było niedopowiedzeniem. Miejsce, w którym się znalazły, raczej przypominało archiwum. Wiele książek i owszem, leżało na półkach, ale było tutaj zdecydowanie więcej różnych zwojów, antyków i dziwnych przedmiotów. Dodatkowo wszystko to było pokryte pajęczynami i ogromną warstwą kurzu.

– Godzinami siedziałam w pałacowej bibliotece, aby znaleźć do niej wejście – wyjaśniała Judy, a Alyson widziała, że dziewczyna nie mogła nacieszyć się tym odkryciem. Wręcz skakała z czystej radości. – Ale Darren będzie nam zazdrościć, że sam tego nie znalazł!

Już chciała coś powiedzieć, ale wtedy jej uwagę przykuło coś innego. Zmarszczyła brwi, a potem rozejrzała się w poszukiwaniu miotły.

Znalazła ją opartą o jedno z antycznych krzeseł. Podeszła i wzięła ją do ręki, wzbijając trochę kurzu w powietrze. Potem udała się do miejsca, które ją zaintrygowało.

Na środku sali znajdował się namalowany na podłodze rysunek. A raczej nienarysowany – to była mozaika. Przeleciała po nim miotłą, odsłaniając go.

– Czy ja tak wyglądam? – zapytała, nie odrywając wzroku od przedstawionej na podłodze postać z czerwonymi oczami.

Judy dopiero teraz spostrzegła to, na co patrzyła Alyson. Podeszła do niej i wytrzeszczyła oczy.

– Wow!

– A więc jednak.

A więc przed nią istniał ktoś, kto także miał czerwone oczy. Nie była w tym sama.

Jej spojrzenie padło na tę część dzieła, która przedstawiała miecz, taki sam jak jej własny. Skierowała wzrok na przedmiot trzymany w swojej dłonie i obróciła go, staranie oglądając.

„Co mógł w sobie kryć?”

W odpowiedzi miecz zdawał się pulsować w jej dłoni. Zupełnie jakby był w stanie usłyszeć jej myśli.

„Do kogo należał wcześniej?”

Powróciła wzorkiem do rysunku. Mężczyzna trzymający miecz miał długi do kolan płacz, a z jednej kieszeni wystawała… część pistoletu?

Mogłaby przysiąc, że z jego pleców wystawały skrzydła, ale gdy mrugnęła, iluzja zniknęła. Nie była pewna, czy tylko jej się przywidziało, czy one rzeczywiście tam były. Twarz postaci była ukryta w cieniu: poza czerwonymi oczami nie było nic widać, przez co nie można było dopatrzyć się rysów jego twarzy.

Potrząsnęła głową, opuściła miecz i wybiła się z zamyślenia, aby rozejrzeć się po książkach.

– Co w nich jest?

– Wiele tajemnic rodowych. – Judy miała w sobie tę samą ciekawość do zagadek co Aaron, a tym bardziej Darren. Jej oczy błyszczały, patrząc na te wszystkie księgi, artefakty, malowidła, obrazy, wazy. – Sekrety, dary, przekleństwa. Historie związane z nazwiskami i herbami. Zapomniane rody… I wiele innych rzeczy. – Spojrzała na nią. – Alyson, odkryłyśmy coś niemożliwego!

Alyson nie mogła się nie uśmiechnąć.

– Wiesz, wszystko ładnie, pięknie, ale możemy zająć się tym później? – zapytała. – Dylan jest… – Urwała, bo kolejna rzecz przykuła jej uwagę. – Ej, czemu tutaj jest MOJE nazwisko?

– Co? O czym ty mówisz? – Podążyła za nią wzrokiem.

Na wielkim kufrze leżała książka, która nie wyglądała na tak bardzo okurzoną, jak reszta. A z jej boku było widać wyraźnie nazwisko Alyson: LYNX. Nawet z odległości wdziała, że na okładce przedstawione były tylko dwie rzeczy: korona i miecz.

Dziewczyna podeszła do znaleziska i wzięła je do ręki, jednocześnie przecierając okładkę drugą dłonią. Okazało się, że książka wyłożona była małymi rubinami, które rozbłysnęły pod wpływem jej dotyku. Jej oczy odpowiedziały tym samym.

Spróbowała ją otworzyć, ale była zamknięta na klucz.

– Cholera – mruknęła, dalej próbując.

Wtedy zabrzęczał telefon Judy. Widocznie jakimś cudem przeżył zalanie wodą.

– Gdzie jesteście? – Po drugiej stronie odezwał się głos Aarona.

Judy spojrzała na Alyson, która dalej wpatrywała się w okładkę książki, przejeżdżając delikatnie palcem po wyrytej koronie.

– Spotkamy się przed biblioteką – powiedziała jasnowłosa. – Za minutę.

Wyjście z tajnego archiwum nie okazało się już takie trudne. Obie zapamiętały, którędy się do niego wchodziło i pobiegły schodami normalnej biblioteki, aby spotkać się z resztą.

Alyson mocno ściskała książkę w swoich dłoniach.

„Sekrety, dary, przekleństwa.”

A czego ona dowie się z tej książki?

 

~*~

 

– Jak się tutaj dostałyście? – zapytał Darren, kiedy tylko dostrzegł dwie przemoczone dziewczyny.

Judy szybko streściła im, co zaszło.

– … I okazało się, że to tajna biblioteka! – dodała na koniec. – Na ziemi jest narysowany człowiek o czerwonych oczach, takich jak Alyson, a ona… – Pokazała na Lynx. – Znalazła książkę ze swoim nazwiskiem.

Alyson milczała przez cała wypowiedź Judy, wiedząc, że skończy się ona właśnie tak. Sama nie wiedziała, co znajdowało się w środku księgi, lecz mimo to podała ją Darrenowi.

– Trzymaj – odparła cicho. – Ty jesteś specem od sekretów – dodała, po czym skinęła na nią głową. – Ale za wiele się nie dowiesz. Jest zamknięta.

Każdy spojrzał na książkę z zaciekawieniem, nawet Borys, który osobiście nie lubił Alyson (ale możliwe, że trochę mniej, niż jak nie lubił Blake).

Tymczasem Darren zaczął obracać ją i oglądać ze wszystkich możliwych stron. Spróbował otworzyć, a gdy to się nie udało, przyjrzał się uważniej bokom.

– Może zajmiemy się tym później…? – zapytała Judy, która widocznie dostrzegła jakiś cień na twarzy Alyson. – Wiecie, Dylan…

– Chwila – powiedział Darren, delikatnie przejeżdżając palcem po jednym z boków. Aaron wyglądał tak, jakby ostatkiem sił powstrzymywał się od tego, aby nie wyrwać bratu księgi z rąk, żeby to samemu móc się jej przyjrzeć.

– To my może pójdziemy się przebrać… – Patrząc na Alyson, Judy wskazała głową na jeden z korytarzy. – Chodź, dam ci coś na zmianę…

– Czekacie, coś tu jest – oznajmił wojownik, a Alyson zamarła. Czuła, jak jej oddech przyśpiesza.

„Czego zaraz się dowiem?”

– Boże, zanim ty to wyciągniesz… – Blake wyrwała mu książkę z rąk i podsunęła ją sobie pod oczy. – Że też udało ci się to zauważyć…

Po chwili udało jej się wyciągnąć kawałek kartki wsunięty między strony. Odrzuciła książkę Alyson, która nieporadnie ją złapała, po czym wyciągnęła przed siebie papier i zaczęła czytać.

Po chwili spojrzała na Alyson, potem znowu na kartkę w swoich dłoniach, i znowu na przyjaciółkę.

Odchrząknęła.

– Jakby ci to powiedzieć…

– Co? – zapytała Alyson, coraz bardziej nie tyle zaintrygowana, ile zirytowana.

Nina zerknęła przez ramie Blake i aż się zjeżyła.

– O Boże!

Alyson wniosła ręce do nieba.

– Zabiję was za takie granie mi na nerwach.

Pałeczkę przejął Darren i Aaron, który spojrzeli na papier w tym samym czasie.

– To chyba przepowiednia – oznajmił Aaron.

A Darren ją przeczytał.

 

Dwieście lat upłynąć musi

Zanim wybór przed rodem Lynx życie wymusi

Kiedy nadejdzie czas aby wypełnić swe zadanie

Nie będzie mógł stać dłużej bezradnie

Dobrowolnie dokona wyboru

Lub zostanie dokonany pomimo oporu

Zmieni się lub zmieni wszystko dookoła niego

Przejdzie na złą stronę lub straci coś cenniejszego

W zamian narodzi się na nowo

Ocali wojowników lub pogrzebie ich wiekowo

 

Alyson zamrugała oczami.

Tylko na tyle było ją stać, gdy dotarło do niej, co właśnie usłyszała.

Wtedy zrozumiał, że nie chciała wiedzieć.

Od dawna trzymała w ryzach chęć ukrycia się, ale tym razem poczuła, że nie dłużej nie da już rady.

Tak więc rzuciła się do ucieczki.

Jedyną osobą, jaką za nią pobiegła, była Judy. Reszta stała skamieniała ze zdziwienia.

– Hej, Al, zaczekaj. Chodź, musisz się przebrać. Pamiętasz? Musimy ruszyć na pomoc Dylanowi.

To ją jakoś ostudziło, ale czuła, że to wszystko nie skończy się za dobrze. Tylko nie domyślała się jeszcze jak bardzo.