Alyson nie poznawała tego miejsca. Mogłoby się wydawać, że w oddali stał pałac Forresterów, ale w tych rejonach nigdy nie była, więc nie mogła mieć pewności. Niebo też nie wyglądało znowu tak, jak powinno wyglądać na Xyn: nie było tęczowe, lecz wyglądało, jakby krwawiło. Czyżby znalazła się w jednym z pozostałych państw? Nie, to było niemożliwe.

Wtedy poczuła zapach. Naraz zrobiło jej się niedobrze, więc czym prędzej zatkała sobie nos i usta dłońmi.

Potem to dostrzegła. Znieruchomiała i nawet zapomniała oddychać przez krótką chwilę. To, na co patrzyła, było brukowymi ulicami usłanymi ciałami. Niektóre były młode, inne starsze, ale to nie zmieniło faktu, że były martwe. Wszystkie. Kilka było tak rozerwane na strzępy, że nawet nie można było odgadnąć, gdzie zaczyna się, a gdzie kończy dana część ciała. Ba, niektóre miały wyrwane po kawałku twarzy. Krew wszystkich zmieszała się na ulicy, tworząc cienką warstwę nowej powierzchni, dostrzegalnej tylko w kilku miejscach, bo głównie wszystko zasłaniały trupy.

Trupy, które były w fazie rozkładu. Metalicznie-kwaśny zapach zaczął być nie do zniesienia, kiedy Alyson ponownie zaciągnęła się powietrzem.

Chciała usiąść na ziemi, bo poczuła się słabo, ale perspektywa, że będzie musiała dotknąć tego, co było na podłodze, bardzo ją zniechęciło.

– Gdzie ja jestem? – zapytała słabym głosem.

– Nie poznajesz? – Zza drzewa na środku rynku wyłoniła się dziewczyna w czarny strój. Srebrny miecz, który miała za pasem, był poplamiony krwią. – To Xyn.

„A jednak.”

– Xyn? – Alyson rozejrzała się dokładniej.

Stała pomiędzy zniszczonymi domami wybudowanymi przy brukowanej ulicy, której nie było w stanie się dostrzec.

– Xyn tak nie wygląda! – zaprotestowała, odwracając się do nieznajomej. Dopiero teraz zwróciła uwagę na to, że… Wyglądała jakoś znajomo.

– Ale będzie tak wyglądać, jeśli go nie pokonasz.

To ją zaintrygowało.

– Czyli kogo?

Nieznajoma wyciągnęła sztywno rękę przed sobą i wskazała na coś za plecami Alyson.

– Jego.

Odwróciła się w tamtym kierunku. Wtedy też na końcu uliczki dostrzegła kruka.

– Chodź! – krzyknęła nowa, łapiąc Alyson za rękę w nadgarstku i ciągnąć ją za sobą. – Niedaleko stąd jest mój dom!

Nim Alyson zdążyła w ogóle zareagować, wbiegały już po schodach do kilkupiętrowego, drewnianego domku. Zatrzymały się dopiero na poddaszu.

– Czy ja ciebie znam? – zapytała Alyson, próbując wyrównać swój oddech.

– Jestem mieszkanką tego wymiaru. – Wskazała na swój miecz. – I wojowniczką. – Potem spojrzała na Alyson. – A Ty jesteś Lynx. Ta Lynx. Ta, która ma nas ocalić przed tym wszystkim, co widziałaś.

Alyson starała się zrozumieć to, z jaką mocą patrzyła na nią ta dziewczyna.

– Ale skoro to wdziałam, to chyba znaczy, że jednak mi się nie uda? Yyy, nie udało?

– Nie byłabym tego taka pewna. –  Mówiąc to, dziewczyna przejechała palcem wskazującym lewej ręki brzeg komody, jakby chciała sprawdzić, czy zalega na nim kusz. – Poznaj moją rodzinę – powiedziała w momencie, gdy do pokoju weszła mała dziewczynka w różowej piżamce oraz bardzo podobny do niej chłopczyk w niebieskim stroju. Wyglądali jak bliźniacy. – Nianiu – powiedziała trochę twardziej, patrząc na kobietę stojącą znacznie dalej, ubraną w fartuch. – Powinni już dawno spać. Proszę, zabierz ich do łóżka.

– Czekaj. – Alyson zmarszczyła brwi. – Co to za dźwięk? – zapytała po chwili.

– O czym ty mówisz?

Spojrzała na podłogę, jakby chciała tam coś dostrzec, a następnie szybko pobiegła do okna i wychyliła się przez nie. Cała dolna część tej chaty płonęła, a sam ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko do góry. Nie było szans, aby mogli zejść i się wydostać. Alyson z nietypową dla siebie szybkością, chwyciła czarnowłosą i najprawdopodobniej jej rodzeństwo, po czym wyskoczyła z nimi przez okno.

W tym też momencie budynek eksplodował, co spowodowało, że wszyscy wyślizgnęli się z uścisku Alyson i zostali pchnięci w powietrzu znacznie dalej. Co okazało się plusem – wpadli do jeziora. Alyson nie miała takiego szczęścia. Leciała prosto na kamienną ulicę, a upadek z kilkudziesięciu metrów nie wróżył niczego przyjemnego. Zamknęła oczy, widząc, że już nic na to nie poradzi.

Obudziła się z krzykiem w pomarańczowo-żółtym pokoju.

– No, w końcu – odparła Blake, siedząca przy komputerze. Ściągnęła słuchawki z uszu, obróciła się na krześle i podała Alyson napój. – Masz, Aaron prosił, abym dodała ci do gorącej herbaty mikstury Tony’ego, tak na wszelki wypadek. Miałam ci o tym nie mówić, ale i tak poczułabyś ten ohydny smak nawet bez rozwiniętego zmysłu.

Alyson jeszcze nie do końca rozbudzona, sięgnęła po kubek i upiła łyk. Skrzywiła się.

– Gorącej? – Pokazała na kubek. – Gorące to było jakieś 3 godziny temu.

Blake machnęła ręką.

– Nie chciałam zapomnieć, to zrobiłam, póki pamiętałam.

Alyson oparła się o ścianę, a kubek postawiła sobie na brzuchu, dalej trzymając za uchwyt.

– Co ci się śniło? Wrzeszczałaś, jakby ciebie gwałcili czy coś.

– Dobre pytanie…

Blake naraz klasnęła w dłonie.

– Ok, wstawaj.

Alyson spojrzała na nią podejrzliwie.

– Już mnie wyganiasz? Dopiero co dałaś mi eliksir i tego, no…

– Musimy pojechać do sklepu – odparła ruda, zabierając kubek z rąk Alyson i stawiając na biurko. Potem ściągnęła z dziewczyny kołdrę.

– A po co? – burknęła Alyson, nie reagując nawet na to, że ruda właśnie ciągnęła ją za ręce, aby ta wstawała.

– Czy to nie dzisiaj ma urodziny ta twoja nowa znajoma, Katie jakaś tam?

Alyson uderzyła się w czoło otwartą dłonią, którą puściła Blake.

– Szlag! Faktycznie. No trudno, nie pójdę – postanowiła, siadając.

– Chyba sobie żartujesz! – odparła ruda, znowu ciągnąć Alyson za rękę, a że była od niej silniejsza, ta w końcu wstała.

– Blake, czy ty siebie słyszysz?

Co jak co, ale to nie było podobne do zachowania jej przyjaciółki.

– Oczywiście! Masz iść i się zabawić.

Była to ostatnia rzecz, na jaką Alyson miała teraz ochotę.

– Nie cierpisz jej – zauważyła Alyson, starając się wybrnąć z tego, że nie chce iść, bo jej nastrój po wczorajszych przeżyciach był dość… Martwy. – Znaczy, nie cierpisz wszystkich, których nie poznałaś…

Tak naprawdę trudno było stwierdzić, kogo Blake lubi. Zwykle nie przekraczało to liczby z… Dwóch osób? W dobry dzień można było naliczyć tak z pięć max. No dobra, cztery.

– Ale ty ją lubisz! – powiedziała Blake. – I obiecałaś, że przyjdziesz na jej urodziny. Ja tylko pilnuje, żebyś dotrzymała słowa!

Alyson zmrużyła oczy.

– A jak to w ogóle możliwe, że pamiętasz, że to dziś? – Obie wiedziały, że to Alyson ma głowę do zapamiętywania różnych rzeczy, a Blake do ich zapominania.

Blake wskazała na telefon, który Alyson właśnie chwyciła do ręki.

– Powiadomienie z Facebooka ci przyszło, jak spałaś. – Machnęła ręką. – No, a teraz ruszaj się.

Alyson nie ruszyła się. Powodem był ów Facebooku. Otworzyła go, aby zobaczyć powiadomienie o imprezie, ale zamiast tego wyskoczyło jej zdjęcie Harry’ego, które dodał wczoraj koło południa. Momentalnie zamarła, a jej serce skurczyło się w przypływie żalu. Odezwało się także owo uczucie, które skryło się na jego dnie.

Oczy pozostały suche, ale nogi odmówiły posłuszeństwa i mimowolnie osunęła się po ścianie na leżącą na podłodze kołdrę.

– Blake – odezwała się cicho. – Mogę tu jeszcze chwilę posiedzieć?

 

~*~

 

Blake odwiozła Alyson do domu kilka godzin później. Gdy tylko przekroczyła próg mieszkania, rzuciła parę słów do mamy na powitanie i zamknęła się w swoim pokoju.

Przeleżała w łóżku resztę dnia. Nie wydawało jej się odpowiednie, aby iść na imprezę, nawet jeśli obiecała. Nie rzucała słów na wiatr, ale potrzebowała teraz trochę czasu dla siebie. Musiała pomyśleć. Musiała odzyskać siły.

Matka zaglądała do niej parę razy, aby upewnić się, że nic jej nie jest, ale Alyson zbywała ją tym, że zatruła się wczoraj na mieście, przez co nie chce nic jeść, a jedynie spać. W końcu poskutkowało.

Następne kilka dni minęło w podobnym nastroju, ale z dnia na dzień Alyson odzyskiwała w sobie światło. Zaczęła się uśmiechać. Wszystko wracało do normy. Kiedy nastał nowy tydzień, poszła nawet na zajęcia – na wszystkie, żadnych nie opuściła. Obiecała również zrekompensować opuszczenie urodzin Katie – umówiła się z nią i Kim na piątek wieczór, aby razem wybrały się do klubu.

Alyson dziwiła się tylko jednej rzeczy. Przez calutki tydzień nie spotkała Aarona. Nie odwiedził jej. To nie było w jego stylu. Znała go na tyle, żeby wiedzieć, że interesował się jej losem. Powoli zaczynała się martwić, czy aby na pewno wszystko było z nim w porządku, kiedy naraz usłyszała jego głos.

– Wpadniesz na słup.

Zatrzymała się i podniosła wzrok. Faktycznie, tak zaczytała się w książce, że nie dostrzegła przeszkody na swojej drodze.

– Dzięki – mruknęła, przenosząc na niego wzrok.

Nie zdawała sobie sprawy z tego, że tak bardzo brakowało jej jego widoku, dopóki go nie ujrzała. Niby miał na sobie zwyczajną białą bluzkę, skórzaną kurtkę, ciemne spodnie i buty, ale gdy ujrzała go w tym stroju…

Nie wiedziała, co wyczytał z jej oczu, ale lekko się uśmiechnął. Odwzajemniła ten gest.

– Widzę, że dobrze się trzymasz – powiedział powoli, jakby badał, chcąc zobaczyć jej reakcje.

Musiał dojrzeć, że jej uśmiech był sztuczny. Cóż, może nie ten do niego, ale te wszystkie wcześniej…

Miała wrażenie, że każdy oczekiwał od niej tego, że będzie się trzymać. Mimo że minął zaledwie tydzień od momenty, odkąd to niebijące serce Harry’ego zdecydowanie przestało funkcjonować, ona musiała zakładać uśmiech na twarz. Owszem, było to trudne, ale nie niewykonalne.

W końcu przecież trzeba żyć dalej.

Zamknęła trzymaną w dłoniach książkę.

– A tobie to jeszcze nie znudziło się pilnowanie mnie? – zapytała, chcąc zmienić temat. Teraz było to dla niej jasne: mogła go nie widzieć, ale on stale był przy niej. Dał jej po prostu czas, aby mogła pobyć sama. Patrząc na niego, potrafiła dostrzec, jak długo bił się z samym sobą, aby jej nie nawiedzać i nie rozmawiać. Miał to wypisane na twarzy. Poczuła ciepło na sercu. Dał jej to, czego potrzebowała najbardziej: czas i poczucie bezpieczeństwa, pilnując ją bezustannie bez dawania o sobie znać.

Tak bardzo chciałaby go teraz przytulić, ale…

– Ciebie? Nigdy – odparł, wydawało się, szczerze.

– Niańka na wieczność – skomentowała Alyson, przewracając przy tym oczami, ale tak naprawdę po prostu chciała uciec od niego wzrokiem. Nie potrafiła teraz patrzeć na niego i trzymać dystans, jaki powinien pomiędzy nimi się utrzymać. – To rozumiem, że teraz grzecznie odprowadzisz mnie do domu, poczekasz, aż się wyszykuję i spakuję, a potem odprowadzisz mnie na przystanek? – zażartowała.

Tylko że on najwidoczniej brał rolę opiekuna bardzo poważnie.

– Jestem do twojej dyspozycji – odparł, kłaniając się lekko.

Zmarszczyła brwi i wznowiła chód. Zrównał z nią kroku.

Przez myśl Alyson przeszło, czy już powiedział rodzicom o przepowiedni. Oraz czy udało im się otworzyć księgę…

– To może zaczekać jeszcze dzień czy dwa – odparł, jakby czytał jej w myślach.

– Sama przepowiednia również? – odparła, kręcąc głową. – Prędzej czy później to…

– Może później? – wszedł jej w słowo. – Dzisiaj się tym nie zadręczaj.

– Wolałabym być kimś zwyczajnym. – Westchnęła cicho. – I tak właśnie zamierzam spędzić dzisiejszy wieczór – powiedziała, zmuszając się do tego, aby na niego spojrzeć. Jak to możliwe, że jego widok zarazem ocieplał jej serce, jak i sprawiał, że cierpiała? – W towarzystwie normalnych ludzi. Nie wojowników, wilkołaków, wampirów, skrzatów…

– Skąd wiesz o skrzatach?

Posłała mu poirytowane spojrzenie.

– Wiesz, o co mi chodzi.

Pokiwał głową.

– A więc wszystko jasne? Rozumiesz? – zapytała, przyglądając mu się znacząco, trochę z nadzieją. – Nie będziesz mnie dzisiaj ratować. Będę w miejscu, gdzie jest wiele ludzi, więc nic mi nie grozi. – Cóż, ostatnim razem się to udało. – Dobrze?

– Rozważę to – odpowiedział, otwierając drzwi klatki schodowej.

 

~*~

 

– W sumie nie przepadałem nigdy za Alyson… – zaczął Borys, zjadając kolejny kawałek pizzy. – Ale nikomu nie życzyłbym tego, co jej się przytrafiło.

– To jednak w tobie potrafią być jakieś uczucia – powiedziała Nina, myjąc kufle po piwie. Mimo że ostatnim razem go odtrąciła, on z jakiegoś powodu nie odpuszczał. Zjawiał się co drugi dzień, zaraz po tym, jak zaczynała swoją zmianę. Spojrzała za siebie na zegarek, a potem na blondyna. – Jest 17-sta, a ty wcinasz drugą rodzinną pizzę.

– Wilkołaki potrzebują więcej jedzenia – odparł, chwytając kolejny kawałek.

– Ciii – uciszyła go szybko, rozglądając się nerwowo. – Jeszcze ktoś ciebie usłyszy!

– Ci ignoranci? – zapytał ze skrzywieniem, pokazując na drzwi od kuchni, a potem na dwójkę osób jedzących w kącie frytki z serem. – Oni by nie uwierzyli, jakby zobaczyli, a co dopiero, jak usłyszą. – Chciał chwycić następną część pizzy, ale okazało się, że talerz jest już pusty. – Chyba zamówię trzecią – zastanawiał się na głos. – Będzie w promocji?

 

~*~

 

– Katie? – zapytała Alyson, przykładając telefon do ucha. – No! Ja już wysiadam z tramwaju. Gdzie ty?

– Ja już czekam, wysiadam z auta i idę po ciebie!

Chwilę później Alyson składała Katie spóźnione o tydzień życzenia oraz wręczała prezent.

– Oj, kochana Alyson! – powiedziała Katie, przytulając koleżankę. – Nie musiałaś nic kupować!

– Przecież wiem, że uwielbiasz czytać książki kilka razy – odparła Alyson, wskazując na prezent. – A widzisz, ta książka jest taka, że po każdym rozdziale masz wybór i za każdym razem możesz tworzyć inną wersję! – oznajmiła wesoło i dumnie.

– Jeeej, Al! Uwielbiam cię! – Objęła dziewczynę wolnym ramieniem i przyciągnęła do siebie, aby jeszcze raz ją przytulić. – Chodź do auta, bo zaraz tutaj zamarzniemy.

 

~*~

 

– To chyba jakiś żart! – krzyczała raz za razem zdenerwowana Blake. Oj, bardzo zdenerwowana. – Wczoraj tego znaku jeszcze nie było! Od dwóch miesięcy tutaj parkuję! – Ludzie na ulicy zaczęli się przyglądać całej zaistniałej sytuacji, jaka miała miejsce.

– Przykro mi, ale znak wyraźnie informuje, że tutaj jest zakaz parkowania – informował mężczyzna w średnim wieku ze Straży Miejskiej.

– Ale jak to? – ruda załamywała ręce. Rzuciła okiem na pozostałe samochody. Okazało się, że one także miały założoną blokadę na przednie lewe koło.

– Rozwiążemy to jakoś – powiedział mężczyzna z uśmiechem. – Oto mandat.

Blake sięgnęła po świstek, szybko rzucają oko na cenę.

– Najniższa cena i jeden punkt karny? – powiedziała zdziwiona, ale i z ogromną ulgą. – To może nie będzie aż tak źle – mruknęła, wybierając numer do ojca. – Tatusiu… – zaczęła słodkim, wysokim głosem. – Nieee, nic się nie stało…

 

~*~

 

Po drodze do mieszkania Katie dziewczyny zgarnęły z przystanku czerwonowłosą Kim. Kiedy już usadowiła się na siedzeniu tuż za kierowcą, cicho gwizdnęła, spoglądając na Alyson.

– No no! – rzuciła, wychylając się i chwytając loki dziewczyny, aby lekko je podrzucić. – To ci fryzurka!

Zajęło jej dobrą godzinę, nim uzyskała pożądany efekt, ale nie żałowała.

– Jak czarownica, co nie? – dopowiedziała Katie, robiąc przy tym ostry zakręt, przez co Alyson poleciała na drzwi. Pasy! Jak mogła o nich zapomnieć? Zapięła je czym prędzej, mimo że za 5 minut wysiadały. Do komentarza Katie się nie odniosła, ale po jej plecach przeszedł mimowolny dreszcz. A może było to spowodowane sposobem, w jaki Katie prowadziła samochód? Tego by tylko brakowało: zginąć w wypadku samochodowym. Jej wróg miałby z tego niezły ubaw.

Alyson ubolewała nad jeszcze jednym faktem: nie było Annabelle, a jak było wiadome, z nią dogadywała się tam najlepiej. Mimo że nie mogła jej zdradzić swoich magicznych sekretów, miała wrażenie, że Annabelle ją rozumie. Znajoma jednak nie przepadała za wypadami na kluby, dlatego też wymówiła się ważną sprawą do załatwienia w domu. A może faktycznie miała coś do zrobienia?

W mieszkaniu blondynki, Kim zaproponowała, że ulepszy ich makijaże. Kiedy już to zrobiła, w ruch poszła wódka: wychyliły parę kieliszków, czekając na taksówkę.

– Tray napisał, że będzie – rzuciła Kim, patrząc w swój telefon. Alyson przez chwilę zastanawiała się, jak udaje jej się pisać w tak wielkich tipsach?

– Kim jest Tray? – zapytała.

– Znajomy Kim, poznałyśmy go z dziewczynami tydzień temu – odparła Katie. – Ponoć ma fajnego brata – dodała, szturchając znacząco Alyson w ramię. – Wolnego brata.

Alyson uśmiechnęła się niepewnie, domyślając się, co też niedługo ją czeka. Jaki jest najlepszy sposób ukrywania się przed kimś w klubie?

Wychyliła kolejny kieliszek w chwili, gdy Kim oznajmiła, że taksówka już czeka na dole. Biorąc głęboki oddech, Alyson ruszyła za nimi.

– Raz się żyje – mruknęła.

 

~*~

 

– Mamo! – krzyknęła Blake, wchodząc do wielkiego salonu, w którym znajdowało się znacznych rozmiarów akwarium, barek, telewizor oraz inne tego typu rzeczy. – Umyć ci auto za kilka drobniaków?

Kobieta o krótkich jasnych włosach tylko pokręciła głową z zażenowaniem.

– Tato, wyniosę śmieci za symboliczną kwotę! – ojciec dziewczyny spojrzał na nią z politowaniem, więc ta znowu wróciła wzrokiem do swojej rodzicielki. – Mamo, miałaś kiedyś blokadę na kole?

– Nie – odparła twardo matka, zapewne chcąc w ten sposób zniechęcić córkę do zwracania się do niej w tym momencie.

– A ja miałam! – Blake ożywiła się. – Mogę się z tobą podzielić wrażeniami za minimalną cenę!

– Boże, jak mnie plecy bolą… – Kobieta starała się zmienić temat, co jednak okazało się błędem.

– Masaż w promocyjnej cenie! – powiedziała z szerokim uśmiechem ruda.

No co?

Jakoś musiała uzbierać na mandat.

 

~*~

 

Idąc uliczkami w rynku, Alyson i Katie wesoło nuciły piosenki, nie zwracając uwagi na to, że obcy ludzie im się przyglądają.

„Czy w takich chwilach można poczuć, że się żyje?”

Jedno można poczuć na pewno: że alkohol powoli zaczyna słabnąć, więc czym prędzej należy uzupełnić go w swoim organizmie. Upicie się to jednak był doskonały plan – zbędne myśli przestały mącić w głowie Alyson. Choć gdzieś na skraju jej jeszcze logicznego myślenia przewinęła się myśl: czy wypada jej się tak śmiać, kiedy on nie żyje?

Do klubu Mystic trafiły naprawdę szybko. W szatni zostały swoje kurtki na jeden wieszak, zapłaciły za wejście i dostały po pieczątce na rękę z dzisiejszą datą.

– Balujemy! – krzyknęła Katie, chwytając Alyson za nadgarstek i ciągnąc ją za sobą. Nie postało jej nic innego, jak złapać tak samo Kim i pociągnąć na parkiet.

Wbiły się w tłum. Praktycznie natychmiast przyjaźnie wyglądający chłopak uśmiechnął się do Alyson i zaprosił ją do tańca. Popchnięta przez Katie w jego stronę, podała mu dłoń i uśmiechnęła się lekko.

Gdy tańczyli już jakiś czas, zapytał:

– Często tutaj przychodzisz?

– Zdarza się – odparła krótko. Jej studenckie życie zaczęło się niecałe dwa miesiące temu, ale dzięki Blake zapoznanie się z klubami miała już odhaczone. – A ty?

– Ostatnio nieczęsto – odpowiedział, a potem zmierzył ją spojrzeniem. – Ja wiem, że dziewczyny nie pyta się o wiek, ale ile masz lat?

Powstrzymała gest przewrócenia oczami.

– 19-ście – odparła.

„Co z tego, że dopiero za miesiąc.”

– Wow! – Jego zdziwienie potwierdziło tylko fakt, że wyglądała na młodszą, mimo ostrego makijażu, wysokich butów i wymyślnej fryzury. Zawsze wyglądała młodziej. – Ja mam 21 – powiedział, pomimo że go nie zapytała. – A czym się zajmujesz?

No, rozmowa zaczynała się rozkręcać.

– Studiuję – odparła, dalej kołysząc się w rytm muzyki, choć obiektywnie ciężko było jej stwierdzić, czy robiła to w prawidłowy sposób.

Nie rozumiała także, dlaczego na jego twarzy było takie zdziwienie, kiedy odpowiedziała na jego pytanie. Zapewne był bardziej pijany niż ona.

– A co takiego?

– Dziennikarstwo – odparła. Wciąż zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, wybierając się na ten kierunek. Owszem, lubiła znajdowanie informacji, doszukiwanie się prawdy czy słuchania historii innych ludzie, ale przecież była jeszcze fotografia i…

– Wow – powiedział chłopak, a wyraz twarzy, jaki towarzyszyły mu przy tego rodzaju okrzykach, zaczął działać Alyson na nerwy. Zdecydowanie musiała się napić.

Jednakże powstrzymała się i nie rzuciła niczego zgryźliwego, a uśmiechnęła się w odpowiedzi, ale kiedy chłopak kilka razy zapytał ją o to samo, stwierdziła, że dłużej nie wytrzyma.

Zaczęła się rozglądać.

– Wybacz mi, idę poszukać koleżanek – odparła, odpychając go, gdy nachylił się w jej kierunku.

– Dobrze, dobrze – powiedział z uśmiechem. – A ja kolegi. Jak będziesz…

Nie usłyszała, co dodał, bo tak ją zirytował fakt, że popatrzył na jej biust, że się odwróciła i zaczęła przeciskać przez tłum.

– O, tutaj jesteś! – powiedziała głośniej, aby znajoma ją usłyszała. Dostrzegając, że nie ma w pobliżu czerwonowłosej, szybko połączyła jedno z drugim. – Kim się ulotniła? Zapewne z Tray’em, co?

Katie pokiwała głową, nie przestając tańczyć.

– Niedługo powinna do nas dołączyć, ale weź, mów! Jak tam z tym chłopakiem? – Oczy Katie aż błyszczały.

Alyson się wzdrygnęła.

– Nie przypomnij mi – odparła kategorycznie. – Jakbyś go gdzieś widziała, to mnie ukrywaj.

– No okej, skoro tak. – Wyglądała na zmartwioną. Chyba naprawdę chciała znaleźć Alyson chłopaka, ale… Żeby tak pierwszego z brzegu?

Jasnowłosa uśmiechnęła się nagle, dostrzegając coś za plecami Alyson.

– O, zdjęcie! – oznajmiła, machając do fotografa, który przechodził obok nich. – Uśmiech, moja śmieszko! – nakazała wesoło, przytulając ją do siebie.

Kolejna godzina minęła im na wspólnym tańczeniu. W międzyczasie Katie zdążyła wkręcić jednego faceta, który notorycznie się do niej przystawiał, że to jej panieński, ale nawet wtedy nie odpuszczał. Postanowiły więc udać się do klubu obok. Lawirując między ludźmi, udało im się wydostać na zewnątrz. Nie brały ze sobą kurtek, ponieważ te kilka klubów było obok siebie, więc zamieszanie z przenoszeniem ubrań do innej szatni było bezcelowe. Alyson ze zdziwieniem stwierdziła, że nie odczuwam chłodu, jaki panował na dworze.

– Jakoś tu tak grobowo – zauważyła z kwaśną miną Katie. – O, Kim! – Pomachała w kierunku znajomej, gdy dostrzegła ją kawałek dalej.

Kiedy w końcu się do nich zbliżała, okazało się, że nie była sama.

– A ty to zapewne Tray? – zapytała Alyson, choć właściwie zabrzmiało to, jak stwierdzenie.

– Tak, hej – odparł przyjaźnie niebieskooki.

Alyson odniosła wrażenie, że spojrzał na nią o sekundę dłużej, niż na Katie. Może było to spowodowane tym, że z Katie już się znał, a z nią jeszcze nie?

Poprawiła włosy. Była przekonana już niemalże na 100%, że dla zwykłych ludzi jej nowy tatuaż nie był widoczny, ale ciągle go czymś zakrywała: to szalikiem, to włosami, to znowu golfem.

– Wracamy? Sądzę, że muszę się napić – powiedziała Alyson, wskazując głową na pierwszy klub, w którym zabawiły najdłużej.

Nie zwlekali dłużej.

 

~*~

 

Zaraz po wejściu do klubu Kim i Tray udali się do palarni, a Alyson i Katie zakupiły drinki i ruszyły na parkiet.

– Chwila oddechu? – zapytała Alyson, czując po jakimś czasie, że jest coraz bardziej zmęczona z tym naklejonym uśmiechem na twarzy. Kiedy udały się do baru po kolejnego drinka, nawet on przestał przemawiać do Alyson. Chyba zbliżała się do tego niebezpiecznego stanu, kiedy to kompletnie nic jej nie obchodziło.

Bawiąc się szklanką, usłyszała wesoły głos Katie.

– O, Tray! Tutaj jesteś!

Jasnowłosa zawołała chłopaka z uśmiechem na twarzy i pokazała gestem, aby podszedł.

– A ten młodzieniec, to kto?

Alyson podniosła jedną brew do góry, na wzmiankę o kimś jeszcze. Odwróciła się, aby to sprawdzić, a wtedy… Zakręciło jej się w głowie, a ona nie była pewna, czy to wina alkoholu, czy może po prostu świat zaczął ją przerastać.

Była pewna, że miała zwidy. Gdyby nie makijaż, przetarłby oczy, bo nie dowierzała.

Jednocześnie chciała uciec i zostać.

Jednocześnie jej serce zabiło mocniej i zamarło.

– Jestem Simon – oznajmił chłopak o brązowych oczach, podając dłoń nie Katie, która o niego zapytała, a Alyson. Dziewczyna po chwili podała mu swoją rękę. – To mój brat – chłopak wskazał na niebieskookiego.

– A… A… – odchrząknęła. – Alyson – odparła, zabierając dłoń.

Dalej wpatrywała się w jego czekoladowe oczy, jednocześnie nie mogąc uwierzyć w podobieństwo, jakie miała przed swoimi oczami.

Nagle nie była już zmęczona.

Nagle zapomniała o całym Bożym świecie.

– Chodźmy tańczyć! – krzyknęła radośnie Katie, uśmiechając się pod nosem. Chwyciła Tray’a za rękę i pomknęła z nim na parkiet.

– Chodźmy się bawić – powiedział Simon, kładąc rękę na talii Alyson.

A ona nie miała nic przeciwko temu.

 

~*~

 

Blake patrzyła w ekran komputera, opierając głowę na lewej dłoni. Gdzie wszystkich dzisiaj wywiało? Nawet Carl gdzieś się zaszył i zostawił ją samą! Jak on tak mógł?

– Brak humoru? – usłyszała za sobą. Odwróciła się, ale gdy tylko dostrzegła bursztynowe tęczówki patrzące na nią z zaciekawieniem, odwróciła się z powrotem do ekranu, udając, że jest czymś bardzo zajęta.

– Ach, to ty – powiedziała tylko. Tak naprawdę usłyszała go w chwili, kiedy tylko się zjawił. Z pytaniem czekał dobre 30 sekund.

– Może mogę ci jakoś poprawić nastrój? – zapytał, odwracając krzesło, na którym siedziała, w swoją stronę.

Mimo że było już zdecydowanie za późno, aby to zrobić, powiedziała:

– Chodź ze mną wyprowadzić psy.

Wyprostował się.

– Zawsze to coś – powiedział, podając jej swoją dłoń, aby pomóc jej wstać.

Odtrąciła ją i wstała sama. Dostrzegła, że to tylko powiększyło uśmiech na twarzy czarodzieja.

Noc była zimna, ale Blake twardo przemierzała podwórko w samej bluzie. Po kilku stanowczych odmowach Tony w końcu przestał próbować wcisnąć na nią swoją kurtkę, zapewne domyślając się, że w najlepszym wypadku wrzuciłaby ją do basenu, a o najgorszym… Cóż, ona sama jeszcze nie wymyśliła, co mogłoby być najgorsze, ale może wrzucenie do psiego kojca…

Wypuściła psy, ale nie wyszła z nimi jak zwykle za płot. Dzisiaj już je wyprowadzała. Teraz mogą sobie pobiegać po podwórku.

Dziewczyna powędrowała do altanki i usiadła w niej, wbijając wzrok w niepalące się ognisko.

– Mam pomysł! – poinformował Tony, uderzając dłoń o dłoń.

Blake spojrzała na niego ponuro.

– Ta? A jakiż to?

Chłopak pstryknął palcami, a chwilę później znalazł się na dachu. Blake co prawda nie widziała go za dobrze, ale wiedziała, że tam właśnie jest.

– Wiesz jakie piękne jest stąd niebo? – zapytał nieco głośniej, ale Blake zauważył, że jednocześnie uważał, aby nie hałasować zbyt mocno.

Nie zdążyła nic odfuknąć, bo chłopak pstryknął palcami, a ona sama stała się lekka i czuła, jak jakaś siła przyciąga ją do niego. Święcąca jasno siła.

Był tylko mały problem.

– Postaw mnie na ziemie! – zażądała.

Spojrzał na nią zdziwiony, ale szybko jego twarz się rozjaśniła, a on sam zaczął się śmiać.

– TONY! Ja nie żartuję! – Z każdym kolejnym słowem mówiła coraz głośniej. Zacisnęła powieki i starała się nie patrzeć w dół. – Ja mam jebany lęk wysokości! – próbowała wypowiedzieć to z mocą, ale tak naprawdę jej głos drżał.

– Ze mną nie spadniesz – powiedział, a ona usłyszała go znacznie bliżej, niż się spodziewała. Gdy w końcu otworzyła oczy, okazało się, że stała na dachu tuż obok niego.

Chłopak usiadł na dachówce, po czym położył się, krzyżując ręce pod głową.

Odetchnął z rozkoszą, patrząc w niebo.

– Spójrz. – Zabrzmiało to, jak prośba. Blake jeszcze chwilę czuła się jak sparaliżowana, ale ostatecznie jej kończyny odzyskały czucie, i bardzo powolutku usiadła tuż obok niego i podniosła głowę do nieba.

Rzeczywiście, było w tym coś pięknego, ale przecież nie mogła mu o tym powiedzieć.

– Ujdzie – odparła, podkulając kolana i obejmujące je ramionami. – Wysokość nie jest najlepszym „poprawiaczem humoru” dla kogoś z tym lękiem – burknęła, zerkając kątem oka na gwiazdy.

Może i nie miała dobrego wzroku, ale tutaj naprawdę mogła je dostrzec. Zastanawiała się, czy to aby nie była jego sprawka.

Tony nie zwracał uwagi na jej komentarze, za to zaczął opowiadać o gwiazdozbiorach, jakie mieli nad swoimi głowami. Wyjaśnił, że od dawna fascynowały go Ziemskie konstelacje, inne, niż te na Xyn.

Przestała odczuwać chłód. Nawet zapomniała, że znajduje się na dachu, a jej ramiona się rozluźniły. Tylko że wtedy Tony wstał.

– Moim zdaniem psy już wystarczająca się nalatały – powiedział, a następnie zeskoczył, lądując miękko na ziemi.

Blake jęknęła.

– Skacz, lisiczko.

– JESZCZE CZEGO!

– No dawaj, złapię cię – zachęcał ją.

Dziewczyna nawet na niego nie spojrzała.

– To ja chyba zostanę tutaj – odparła.

– Blake, co ci się może stać? – zapytał. Z tonu, jaki to powiedział, wywnioskowała, że na jego ustach pojawił się tak psotny uśmiech, że mógł konkurować z jej własnym.

– No nie wiem, pomyślmy… Mogę umrzeć?!

– Skacz – powiedział raz jeszcze. Gdy na niego spojrzała, rozłożył ręce. Szybko przeniosła wzrok na gwiazdy. – Bo sam cię zrzucę.

– Nie odważyłbyś się…

– Sprawdź mnie.

Po sposobie, w jaki to powiedział, Blake od razu domyśliła się, że mówił serio. Poza tym, co to dla niego machnąć ręką raz czy dwa… Choć tak naprawdę nigdy nie widziała, żeby machnięciem ręki kogoś strącił, coś poruszył lub zrobił cokolwiek innego niż otworzenie portalu, zapalenie świateł czy utworzeniem świetlnej wiązki, wolała nie ryzykować.

– Dobra, dobra! – Dała za wygraną. – Ale jeżeli mnie nie załapiesz, przysięgam ci, że…

– Że nic mi nie będziesz mogła zrobić, bo będziesz cała połamana – dokończył za nią.

– NIE POMAGASZ!

– Nie zamierzałem – odparł z uśmiechem.

Od kogo on się uczy tej wredoty?

A, no tak…

Od niej.

– Ale masz mnie złapać!

– Nie rozważałem innej opcji… Chyba.

Chciała mu posłać złowrogie spojrzenie, jakim zawsze obrzuca innych Alyson, gdy jest wściekła, ale za bardzo się teraz bała, aby ponownie spojrzeć w dół.

Zamknęła oczy i zaczęła odliczać.

– Boże! Dopomóż… 1, 2, 3, 4…

Odliczałaby dłużej, ale nawet przez zamknięte oczy dostrzegła nadlatujące do niej światło. Spowodowało to, że straciła równowagę, po czym zaczęła spadać z niemym krzykiem.

Upadła na Tony’ego z takim impetem, że przewrócił się na plecy, a ona znalazła się na nim, a do tego ich usta złączyły się w pocałunku. I to bez wybicia sobie nawzajem zębów!

Doprawdy, zaskakujące!

Czarodziej uśmiechnął się pod nosem, za to Blake szybko otrząsnęła się zarówno z szoku, jakbym był skok, jak i fakt, że właśnie się z nim całowała. Podniosła się i zaczęła intensywnie otrzepywać z niewidocznego kurzu, mamrocząc pod nosem coś niezrozumiałego.

– …. jak w jakimś tanim filmie!

– No, no. Z tą taniością to bym się sprzeczał – odparł, podpierając się na łokciach, dalej leżąc na ziemi i patrząc z uśmiechem na zakłopotanie rudowłosej.

– Hę? – Nie zrozumiała, bo właśnie starała się pohamować rumieniec, jaki zaczął wypływać na jej policzki. Boże! Toż ona się nie rumieni!

– Wiesz, ile musiałem wydać na nowe ciuchy? – zapytał, podnosząc się w końcu. – Dziewczynom na Xyn moje peleryny się podobały, ale tobie? Miałaś jakieś awersje.

W końcu spojrzała na niego wprost. Jej pewność siebie zaczęła wracać.

– I nie mogłeś sobie ich po prostu wyczarować?

– Już mówiłem, że magia nie jest używana z błahych powodów.

Ta, a wciągnięcie ją na dach należało do tych koniecznych.

– Ten nie był błahy – zauważyła, mierząc wzrokiem jego cichy.

A może…

Tony uśmiechnął się do niej znacząco.

 

~*~

 

Tańczyli przeszło godzinę.

Alyson spodziewała się, że Katie szybko się zmyje wraz z bratem Simona, i nie pomyliła się. Zostali sami już po 5 minutach, na co Alyson uśmiechnęła się pod nosem. Potem podniosła nieco wzrok, bo mimo że była w wysokich butach, dalej była znacznie niższa od większości ludzi, w tym też Simona. Chłopak posłał jej spojrzenie, identyczne, jakim patrzył na nią Harry.

Tak, Harry. Podobieństwo było tak uderzające, że miała wrażenie, jak stała tutaj z Harrym, a nie Simonem. Ten sam odcień brązu, te same rysy twarzy…

Jak to w ogóle jest możliwe?

CZY to w ogóle jest możliwe?

Boże, nawet sposób, w jaki żuł gumę był idealną kopią tego, jak robił to Harry!

Nim zdążyła się zastanowić, przejechała ręką po jego klatce piersiowe, a potem ramieniu. Wtedy też dostrzega cienki złoty łańcuszek wystający spod czarnej koszulki. Czy on nawet w tym musiał przypominać Harry’ego?

„Czy to jakiś żart od życia?”

Dobrze zbudowany młodzieniec obrócił Alyson i przytulił ją do siebie. Zaplótł ręce w jej ręce i trzymał na brzuchu dziewczyny, jednocześnie wtulając głowę w jej szyję.

Dziewczyna początkowo wciągnęła nerwowo powietrze, bo ten gest przypomniał jej o czymś innym. Mimowolnie w jej głowie pojawił się obraz kłów Harry’ego, a potem ból, jaki poczuła w szyi, a także na całym ciele.

Delikatnie wyswobodziła się z tego uchwytu i znowu stanęła z nim twarzą w twarz, zarzucając mu przy tym ręce za szyję, przez co odległość między ich twarzami gwałtownie się zmniejszyła. Ani chłopak, ani ona nie wydawali się przez to skrępowani.

Ha, wręcz przeciwnie!

Simon oparł czoło na jej czole i delikatnie dotknął jej nosa swoim nosem.

Czekał na pozwolenie.

A ona nie potrafiła się nawet z nim podroczyć. Po prostu zamknęła oczy i czekała.

W momencie, gdy ich wargi złączyły się w pocałunku, uderzyło ją kolejne podobieństwo. Jak to możliwe, żeby nawet CAŁOWAŁ jak Harry?!

A może po prostu za bardzo chciała odzyskać kogoś, kogo nie była w stanie? Może jej się tylko wydawało, że jest aż tak podobny?

Coś z tyłu głowy zasygnalizowało ją, żeby się odsunęła. Coś na wzór wyrzutów sumienia i…

Wyłączyła myślenie. Mijały kolejne minuty, muzyka dudniła jej w uszach, tak samo jak szumiała jej własnej krwi, a ona zapomniała nawet o bólu nóg w tych okropnie niewygodnych butach. I tańczyła. Cały czas.

– Chodź na chwilę odpocząć – zaproponował Simon, wyrywając ją z transu.

Dziewczyna bez słowa powędrowała za nim do baru. Czuła się nim oczarowana.

Boże, kiedy ona była taka ugodowa? Blake by się z niej uśmiała, widząc ją taką. Ale… Ale… No ale jak tu się z takim w ogóle sprzeczać?

– Co pijesz? – zapytał, wyjmując portfel z kieszeni szarych spodni.

Machnęła ręką.

– Nie będę cię naciągać – odparła.

– Nie ma sprawy. Co chcesz się napić?

„No, skoro tak stawia sprawę.”

– Sprite z wódką.

– Dobrze – odparł, przywołując ręką barmana.

Nie uśmiechał się jakoś szczególnie często, ale gdy już to robił, powalał ją tym na ziemię. Jak wcześniej Harry…

Co oni mieli w sobie takiego? Czy to przez te ciemne oczy, które dodawały im uroku?

Gdy czekali na drinka, Simon popatrzył na Alyson, po czym zarzucił lewą rękę na jej ramię i przysunął bliżej do siebie. Tak się zdziwiła tym gestem, że jedyne co udało jej się zrobić, to zamrugać oczami. Co jak co, ale czegoś takiego nie spodziewała się po chłopaku z klubu.

Tym razem Alyson poradziła sobie z drinkiem w trymiga, byle tylko jak najszybciej wrócić na parkiet. Gdy już się tam znaleźli, dołączyli do nich Tray wraz z Katie. Simon na chwilę zaczął kręcić się przy jasnowłosej, ale szybko ją porzucił i wrócił do Alyson, na co Katie szepnęła coś Tray’owi, znacząco na nich patrząc. Alyson pokręciła głową, ale na jej twarzy gościł leniwy uśmiech.

Nie sądziła, że dzisiaj może się tak po prostu uśmiechać. Bez maski, bez przymusu.

Wtedy też nieoczekiwanie obok nich zjawiła się Kim, a po wyrazie jej twarzy dostrzegła, że coś jest nie tak. Czerwonowłosa powiedziała coś do Katie, po czym odwróciła się i zaczęła oddalać w tłumie tańczących i pijanych ludzi.

– O co chodziło? – zapytała Alyson, nie rozumiejąc, co się tutaj właściwie stało.

Katie miała kwaśną minę, ale nie odpowiedziała. Alyson zrozumiała, że doszło między nią a Kim do jakiegoś spięcia. Spojrzała więc znacząco na znajomą, dając jej znak, aby poszły za nią. Jasnowłosa kiwnęła głową, że się zgadza, a do Tray’a powiedziała:

– Chodźmy do baru.

Czwórką zaczęli się przepychać do przodu, aż w końcu znaleźli się u celu.

– Co teraz pijesz? – zapytał Simon.

– A, to samo – odparła Alyson z uśmiechem. Jeszcze jeden drink? Czy on próbuje ją upić?

Nie było jej dane zastanowić się nad tym dłużej, bo wtedy doleciały do niej strzępy kłótni dochodzącej tuż za jej plecami. Odwróciła się, a potem ze zdziwieniem zaczęła przyglądać się scenie, jakiej była świadkiem. Nie oglądając się za chłopakami, wybiegła za znajomymi na zewnątrz. Tym jednak razem poczuła zimny powiew wiatru na skórze.

– Możesz przestać robić mi scenę zazdrości, Kim?! – powiedziała podniesionym głosem Katie. – Nie chcesz, abym gadała z Tray’em, to mi to powiedź wprost!

– Nie jestem zazdrosna – odparła szybko czerwonowłosa. – Chodzi mi o to, że przyszłyśmy tu razem i miałyśmy się bawić razem…

– Aha, więc jak zniknęłaś na jakiś czas z nim, to wszystko było dobrze? – W głosie Katie było słuchać irytacje. – A jak wyciągałam cię chwilę temu na parkiet, to pomachałaś ręką, że nie chcesz. Więc o co ci chodzi?

I tak cud, że się jeszcze nie zwyzywały, patrząc na agresywną postawę, jaką sobą przedstawiły.

– Katie, spokojnie. – Kim zaczęła mówić spokojniejszym tonem. – Po prostu, jak dołączył do nas Simon, to poszłaś go zeswatać z Alyson i…

– Ooo? – wtrąciła się szybko Alyson, nie wiedząc w sumie, po co.

– Ja wracam do domu – postanowiła nagle Katie. – Oddaj mój portfel – powiedziała, wyciągając rękę do Kim, która faktycznie wcześniej schowała portfel Katie do swojej torby.

– Nie wygłupiaj się. Po prostu chciałam, żebyśmy się bawiły razem…

– Co się dzieje? – zapytał Tray, który wyłonił się z klubu.

– Oddaj mój portfel, ja wracam – powtórzyła Katie jeszcze raz.

Alyson po krótkim czasie przestała liczyć, ile razy wychodziła i wchodziła do klubu za Katie, aż w końcu się poddała. Pijanej Katie nie da się wmówić nic, czego ta by sobie nie chciała wmówić.

Siedziała, a raczej stała wraz z Tray’em na dworze, czekając aż Katie i Kim pogodzą się, rozmawiając za rogiem.

– Gdzie zgubiłaś mojego brata? – zapytał Tray, patrząc na Alyson.

„A, faktycznie…”

Jak łatwo jest zapomnieć.

– Aj, został na dole.

– To idź do niego – powiedziała, pokazując na klub. – To dobry chłopak.

Nie wyglądała na przekonaną.

– I tak pewnie jest już zły, że tak zniknęłam bez słowa – odpowiedziała, trzymając jedną rękę na głowie. Coś jej mówiło, że wcale nie chciał go znaleźć.

– O, tutaj jesteście. – W jakiś magiczny sposób Simon zjawił się tuż obok nich.

– Simon! – Alyson od razu ruszyła w jego kierunku, mimo że przed chwilą zastanawiała się, jak tu się wymiksować z tej całej sytuacji. – Przepraszam, że tak zniknęłam. Poszłam za dziewczynami i…

– Spoko, nie ma sprawy – odparł, nie czekając, aż dziewczyna skończy. Prawdę powiedziawszy, nie wyglądał na złego.

– Który z was jest starszy? – zapytała Alyson, gdy nastała między nimi dziwna cisza.

– A który wygląda? – zapytał niebieskooki Tray.

Alyson zamyśliła się, spoglądając raz po raz na braci. Tak naprawdę poza tym, że oboje mieli ścięte włosy, różnili się wszystkim. Szczęka, nos…

– Tray – odpowiedziała w końcu Alyson.

– Yeah! – ucieszył się Simon. – Ja jestem starszy.

Alyson się zdziwiła. Naprawdę nie wyglądał staro.

– To ile wy macie lat? – dopytywała Alyson.

– Dobre pytanie – zauważył Simon, drapiąc się po brodzie. – Chyba 23. Przestałem liczyć, gdy nie chodzę do szkoły.

– To ja mam chyba 21 – dodał Tray z uśmiechem. Definitywnie uśmiechał się częściej od brata.

– A, Alyson, kupiłem ci drinka – przypomniał sobie Simon. – Chodź na dół na chwilę. Zaraz wrócisz do dziewczyn.

„A dorośli przestrzegali, nie zadawaj się z obcymi, nie pij od nich drinków, chyba że widzisz jak jest nalewany…”

A co tam odpowiedzialność! Chrzanić to!

Co się z nią najlepszego działo?

– No okej – postanowiła, zerkając jeszcze na drugiego brata, zanim wkroczyła do Mystic. Skinął jej głową, ale nic nie powiedział.

Tuż przy barze spotkała znajomych Simona, ale nie zapamiętała imienia żadnego z nich. Zerknęła tylko na drinka, który na nią czekał. Od kiedy zamawiała… Z posypką?

– Oh! – wyrwało jej się, gdy zorientowała się, że patrzyła na napój czerwonymi oczami. Zamknęła oczy i pokręciła głową. Kiedy je otworzyła, czerwień zniknęła. Podobnie jak owa posypka.

Zawahała się, ale mimo wszystko upiła łyk swojego drinka. Był kwaśny. Dziwnie kwaśny.

– Coś nie tak? – zapytał kolega stojący obok niej.

– Masz, spróbuj. – Uśmiechnęła się, podsuwając mu drinka. – Sam stwierdź.

Miała dziwne wrażenie, że i on się zawahał.

Wtedy też Simon chwycił Alyson za rękę i okręcił ją o 360 stopni. I to tak ze dwa razy. Następnie objął ją mocno, ale ona nie zwracała już na to uwagi, bo spojrzała na blat i… Coś jej nie grało.

„Czy w tym drinku przed chwilą nie było mniej napoju? Czy ten jest nowy?”

Chciała spojrzeć na Simona, ale wtedy dostrzegła czerwoną czuprynę Kim.

– Daj mi chwilę – rzuciła w przestrzeń, kolejny raz zostawiając chłopaka, po czym ruszyła za znajomą.

– I jak tam? – zapytała, doganiając ją, jednoczenie chwytają się kolumny, aby nie upaść. Starała się stać, ale zawroty głowy zaczynały atakować ją nad wyraz mocno.

Mogła się założyć, że była zielona na twarzy.

– Chodź do kibla. Opowiem ci – powiedziała Kim, prowadząc Alyson do damskiej toalety. Ta, toalety. Wykwintne ani zbyt czyste, to raczej nie były. Nie przeszkadzało to jednak, aby wysłuchać krótkiej opowieści.

– Czyli Katie rzucił w SMS-ie chłopak, bo poszła do klubu? – Nie wiedziała, czy bardziej powinna dziwić się temu, że ją rzucił za to, że poszła do klubu czy że zrobił to przez SMS-a. – I tak się jutro zejdą – stwierdziła i wiedziała, że miała rację. – No, a bałaś się o nas, bo Tray lubi się zabawić z narkotykami.

– Tak, dokładnie – potwierdziła Kim. – Więc naprawdę tutaj nie chodziło o zazdrość. Katie po prostu się wściekła, chciała na kimś to wyładować, a ja się domyślałam, że mogłaby zrobić z Tray’em coś, co potem by żałowała…

– Czaję, czaję – odparła Alyson, zastanawiając się jednak nad czymś innym. Czy w tym ostatnim drinku naprawdę jej coś dodali? Nie mogła w to uwierzyć…

Przestała się nad tym głowić, bo dostrzegła chłopaka z ciemną czupryną, ubranego w skórę, specyficznie zgarbionego…

– To chyba jakiś żart – powiedziała pod nosem. – Przepraszam na moment – rzuciła, wybiegając z łazienki. – Aaron! – Szarpnęła rękawem jego kurtki. – Co ty tutaj, do cholery, robisz?! Miałeś nie przychodzić! Obiecałeś! – Na jej twarzy malowało się wiele, ale na pewno nie radość.

– Powiedziałem, że to rozważę. – Po jego minie wiedziała, że wszystko słyszał. Boże! Czy widział, jak całowała się z Simonem? – Poza tym widzę, że średnio ci idzie.

– Jakbyś nie widział, jestem cała – odparła, choć w głowie dalej jej szumiało. Czuła się dziwnie, tylko nie wiedziała dlaczego. Czy możliwe, że potencjalny narkotyk na nią nie zadziałał, bo ciało wojownika jest na takie coś odporniejsze?

Zanim się zorientowała, okazało się, że wyszli na dwór, ale kiedy…? Czy miała przed chwilą krótkie przyćmienie?

Machnęła na to ręką w swoim umyśle.

– Alyson! – Aaron wyglądał na lekko poirytowanego. – To, że jest trochę podobny do Harry’ego, nie znaczy, że to on!

Dziewczyna poczuła, jak tym razem coś zimnego osiada na jej sercu. I to nie było zimno panujące na dworze. Wciągnęła gwałtownie powietrze, jakby ktoś uderzył ją w brzuch. Czy tak się czuje wstyd?

– Obserwowałeś mnie cały czas? Jak mogłeś! – powiedziała z wyrzutem.

A może po części też dlatego, że czuła się dziwnie, wiedząc, że patrzył, jak całowała się z kopią Harry’ego nie dalej jak tydzień po jego definitywnej śmierci.

„Czy on powiedział – trochę podobny? Przecież on był identyczny!”

– Pilnowałem – odparł, nie patrząc na nią.

– A gdzieś ja mam takie twoje pilnowanie! – odparła wkurzona. – Wynoś się stąd!

W momencie, kiedy to krzyknęła, poczuła coś. Czuła to całym swoim ciałem. Naprawdę to czuła. Aaron, widząc zmianę na jej twarzy, zaczął się jej przyglądać.

– Hej, co się dzieje? – zapytał, schylając się nieco.

– Ktoś nas obserwuje – wyjaśniła.

– Co? – wyprostował się i zaczął się rozglądać.

Nie zdążyła odpowiedzieć. Zorientowała się tylko w tym, że wszyscy ludzie, jacy byli na dworze, nagle zniknęli. Na zewnątrz pozostała zaledwie ich dwójka. Żadnych świadków.

Napastnik zaatakował niespodziewanie. Czarny cień natarł na nich z taką szybkością, że Aaron nawet nie zdążył powiększyć swojej broni, musiał więc bronić się gołymi rękoma. Alyson czuła się tak, jakby oglądała powtórkę, bo chłopak znowu zaczął turlać się po ziemi wraz z przeciwnikiem. Z tym tylko wyjątkiem, że tym razem nie miała zamiaru słuchać, jak głowa Aarona jest roztrzaskiwana na miazgę.

Wiedziała, z kim ma dotyczenia. Tylko wampir porusza się równie szybko, jak Aaron. Nim się zdążyła namyślić, sięgnęła ręką do ostro zakończonego kolczyka i mocno się nim ukuła. Krew od razu zaczęła lecieć z rany.

A wampir nie potrafił się powstrzymać. Zostawił Aarona i rzucił się na dziewczynę.

Wtedy też stało się coś niespodziewanego.

Alyson odkryła, że trzyma w dłoni niebijące serce potwora, który stał krok dalej i patrzył na dziewczynę z wypisanym wyrazem szoku na twarzy.

Zamrugała oczami.

Wampir co prawda nie powiedział „wow”, ale rozpoznała go. Był to ten sam przyjazny chłopak, z którym zatańczyła na samym początku imprezy.

Jego serce, jak i ciało zamieniło się w popiół w następnej chwili. Silniejszy podmuch wiatru w ciągu jednego momentu rozwiał je całkowicie.

Na trzęsącej się ręce Alyson pozostały ślady krwi.

Jak ona tego dokonała?

– Alyson? – zapytał Aaron niepewnie. Jego oczy był wielkie, tylko trudno było stwierdzić, czy ze strachu, zdziwienia czy może z obawy. – Wszystko gra?

Dziewczyna kilka razy nabrała łapczywie powietrza, po czym zacisnęła dłoń w pięść i rzuciła się do wejścia do klubu.

 

~*~

 

– Jak, jak, jak… – mamrotała, trzymając dłoń pod strumieniem wody.

– Wampiry mają bardzo… Jakby to ująć… Cienką warstwę skóry w okolicach serca. Wojownicy potrafią dosłownie wyrwać im serce w klatki, ale rzadko kiedy się to stosuje – wyjaśniał Aaron, stojąc oparty o brzeg drugiej umywalki. – Rzadko, bo bezpieczniej jest zabić wampira na odległość. Strzał z kuszy, oderwanie głowy… – Podrapał się po karku. – Oni ogólnie mają jakąś taką cienką skórę…

Alyson dalej obmywała ręce, uspokajając się nieco. A więc nie jest to znowu takie nienormalne.

– O nie! – Naraz przypomniała coś sobie. – Simon zabije mnie za to, że znowu sobie poszłam!

Nie wiedziała, dlaczego to powiedziała. Wcale nie chciała tego zrobić.

– Ty się ciesz, że nikt nic nie zauważył – mruknął pod nosem Aaron.

– To może zmykaj z tego damskiego kibla? – odparła, zakręcając kurek.

– I tak wszyscy są nachlani. Widok chłopaka i dziewczyny w toalecie, w klubie, wcale nie byłoby taki niezwykły…

Alyson spojrzała na swoje odbicie w lustrze i mogłaby przysiąc, że przed chwilą jej policzki nie były tak różowe.

A jej oczy nie były tak czerwone.

Zamknęła powieki i potrząsnęła głową. Gdy znowu spojrzała w lustro, jej oczy były zielone.

– Dochodzi 4-rta. Idę odnaleźć dziewczyny – oznajmiła, odwracając się od niego i ruszając w kierunku drzwi.

– Ally. – Zwracając się do niej w ten sposób, zatrzymał ją. – Proszę tylko, nie rób głupstw. Uważaj na siebie.

Wiedziała, że nie dodał tego, co chciał, ale nie musiał. Jego słowa wywarły wystarczający efekt.

I tak o to w ten sposób Alyson zrozumiała, że jej „normalny” dzień wśród normalnych ludzi, właśnie dobiegł końca.

Bawiąc się prawie już w całości rozprostowanym lokiem, opuściła pomieszczenie.

 

~*~

 

Nocowała u Katie, ale niespecjalnie się wyspała. I to nie dlatego, że dziewczyny imprezowały dalej, bo tak nie było – padły jak kawki. Panowała absolutna cisza, a mimo to ona nie potrafiła zasnąć przez długi czas.

Zastanawiała się, czy Aaron był w pobliżu.

Zabawne: całowała się z innym, ale… Do niego pierwszego uciekały jej myśli.

Odwróciła się na drugi bok i westchnęła. Tak bardzo chciałaby, żeby to mogło być mniej skomplikowane. Żeby on nie…

Zadzwonił budzik. To już miały wstawać? Ach, tak. Kim szła do pracy.

Uznała to za dobrą wymówkę, żeby i ona wróciła do domu. Katie miała potężne kaca, więc i tak nie zwróciła uwagi na to, że Alyson się zmyła.

Gdy dotarła do domu, wzięła długą, gorącą kąpiel. Dopiero wtedy, gdy przyjemne ciepło rozprowadziło się po całym ciele, zachciało jej się spać.

Wyszła z wanny, wysuszyła włosy ręcznikiem i wsunęła się pod kołdrę. Kiedy dwa koty umościły się w jej nogach, ją ogarnął sen.

Nie chciała, żeby coś jej się śniło. Kiedyś sny ją bawiły. Teraz niekoniecznie.

– Alyson, a ty nie miałaś dzisiaj jechać do Blake? – usłyszała głos mamy, gdy ta otworzyła drzwi od jej pokoju.

– Przecież jest wcześnie… – mruknęła w poduszkę, a potem sięgnęła ręką za łóżko i podniosła telefon z podłogi. – O nie! – rozbudziła się momentalnie, gdy tylko zobaczyła godzinę, po czym pośpiesznie wybrała numer Blake. – Zaspałam!

– Tak myślałam. – Blake nie brzmiała, jakby się gniewała. – Po takiej imprezie…

Alyson już zrelacjonowała jej wydarzenia minionej nocy – zrobiła to, gdy wracała do domu. Czuła się przez to nieco usprawiedliwiona, ale…

– Przepraszam, tak mi głupio – powiedziała, zanim zamieniły jeszcze parę słów i się rozłączyły.

Odkładając telefon na swój brzuch, usłyszała, jak ktoś puka do drzwi wejściowych. Drugą ręką przysłoniła sobie oczy.

Coś jej mówiło, że już nie pośpi.

– Nina do ciebie – powiedziała mama, otwierając szerzej drzwi i wpuszczają dziewczynę do środka, a potem zamykając je za nią.

– Serio, Nina? – Alyson podniosła rękę z oczu i spojrzała na nią błagalnie. – Przeczytałam SMS od ciebie. Ty mnie gdzieś wyciągasz? – Znowu zakryła sobie oczy. – Przeważnie nie masz czasu.

– Ale dzisiaj mam wolne w pracy – odparła. – I pomyślałam, że dobrze ci zrobi wyjście gdzieś, gdziekolwiek. Ej! – Poczekała, aż Alyson znowu na nią spojrzy. – Wstawaj, ubieraj się. – Wskazała na szafę. – Dzisiaj impreza z okazji zakończenia sezonu piłkarskiego Chrisa i …

– Yyy… – odparła Alyson, podnosząc się do pozycji siedzącej. Nina przynajmniej nie wyciągała jej z łóżka jak Blake, ale może to dlatego, że miała teraz taką siłę, że zapewne wyrwałaby jej rękę ze stawów, gdyby tylko mocniej ją pociągnęła.

– Co jest?

– Jak dobrze pamiętasz, nie gadam z Chrisem – powiedziała, stawiając nogi na podłodze. Najpierw prawą, potem lewą. – Przestał się do mnie odzywać. – Zmarszczyła brwi. – No, ewentualnie jak jest pijany, to do mnie pisze.

– Więc gadacie! – zauważyła Nina, otwierając szafę Alyson. – Poza tym, nie tylko on tam będzie, ale wiele innych znajomych – zaczęła przeglądać ubrania wiszące na wieszakach. – Może nawet nasi znajomi z liceum będą. – Odwróciła się do Alyson. – To jaki kolor dzisiaj preferujesz?

– Czarny – burknęła Alyson, bawiąc się telefonem w rękach. – Jak moja dusza.

– A więc różowy.

Alyson mimowolnie prychnęła.

– Nie znajdziesz tam tego koloru.

– Zawsze możesz iść w piżamie.

Na twarzy Alyson wypłynął leniwy uśmiech.

– Zrobiłabym furo… – Urwała, bo Nina rzuciła jej w twarz jakieś ubranie. Alyson ściągnęła to z twarzy i uniosła jedną brew do góry. – A skąd to się wzięło w mojej szafie? – zapytała, przyglądając się malinowemu żakietowi.

– Magia. – Nina puściła jej oko. – To jak, wstajesz, czy mam ci pomóc?

– Dobra, dobra. – Podniosła ręce w geście kapitulacji. – Już się podnoszę.

– No, na taką odpowiedź liczyłam – powiedziała triumfalnie, zadzierając głowę do góry i kładąc dłonie do biodra.

– Już ty się tak nie ciesz – powiedziała Alyson, ale tak naprawdę sama też uśmiechnęła się pod nosem. – Ale znajdź mi do tego jeszcze czarną bluzkę.

 

~*~

 

– I jak? Nie spodziewałaś się takiej dobrej zabawy, prawda? – Na twarzy Niny od jakiegoś czasu gościł szeroki uśmiech.

– No dobra, coś w tym jest – zgodziła się Alyson, kołysząc ciałem w rytm muzyki. – Nawet nie zauważyłam, kiedy ten czas zleciał. – Zerknęła na zegarek oznajmiający zbliżającą się 1 w nocy.

– A nie mówiłam?!

– Widzę, że panie świetnie się bawią – zauważył zbliżający się do dziewczyn Chris ubrany w garnitur. – Taka zabawa, a ja muszę robić za szofera! – dodał ze smutkiem, po czym poczochrał włosy Niny, a Alyson szturchnął biodrem z błąkającym się uśmiechem na twarzy.

– Sam się na to zgłosiłeś – zauważyła Nina.

– No właśnie. Poza tym, w tym garniturze nie wyglądasz aż tak tragiczne – dodała Alyson, wystawiając język.

– No przecież! – Rozłożył ręce, aby się zaprezentować. – Szyk i elegancja, drogie panie! Patrzycie właśnie na wielkie ciacho!

– Dobrze, że jeszcze nie każą nam za to płacić – odrzekła Alyson, przekrzywiając lekko głowę.

– O, tutaj jesteś. – Do ich trójki zaczął zbliżać się chłopak w długich włosach, trzymający na rękach najprawdopodobniej nieprzytomną dziewczynę. – Potrzebna podwózka – zakomunikował, a gdy Alyson z Niny spojrzały na jasnowłosą w jego rękach, uśmiechnął się wręcz przepraszająco. – Przesadziła trochę.

– Wybaczcie mi dziewczyny, praca czeka – powiedział Chris, kłaniając się elegancko i odchodząc w stronę auta.

Nina szturchnęła Alyson.

– Widzisz! Jednak z nim rozmawiasz!

Alyson uśmiechnęła się.

– Taaa, widzę. – Mówiąc to, dostrzegła pewną jasną czuprynę włosów, zmierzając w ich stronę. – No proszę, proszę. Kogo to niesie. – Nina spojrzała w kierunku, w którym patrzyła Alyson i tylko uśmiechnęła się pod nosem. – Witaj, Borys. Co cię tu sprowadza?

– To, co zawsze – odpowiedział, przenosząc wzrok na Ninę.

– Ha, to witaj w klubie – powiedział głos tuż nad lewym uchem Alyson, przez co dziewczyna podskoczyła i zakołysała się do tyłu.

– Aaron! Mógłbyś, z łaski swojej, nie straszyć ludzi?

– A ja myślałem, że jesteś odważna i w ogóle – zauważył, przybliżając się.

– Może – odparła, cofając się od niego na krok, na bezpieczną odległość, aby nie zrobić czegoś głupiego pod wpływem impulsu. Gdy już jej tak nie kusiło, zaczęła się zastanawiać nad tym, co powiedział.

Nina ma siłę wilka, Blake ma przebiegłość lisa. Czy ona ma więc odwagę rysia? Rysie są w ogóle odważne? Jedyne co o nich wiedziała to to, że prowadzą samotny tryb życia i że mają świetny wzrok oraz są bardzo szybkie. Cóż, tej szybkości to na pewno od nich nie miała, ale żeby wędrować samemu przez większość życia, to chyba trzeba być odważnym, nie?

– No ale nie, gdy wypiję! – odparła w końcu. – Są jakieś granice!

Aaron spojrzał na nią rozbawiony jej reakcją. Nie było po nim widać emocji, jakie w nim dostrzegała zeszłej nocy. Był… Spokojniejszy.

– Ale impreza! – odezwał się głos postaci trzymającej w rękach spodek z jedzeniem. – Nie sądziłam, że tutaj można się tak wybawić!

– Cześć, Judy – odparła Alyson, przyglądając się, jak blondynka próbuje różnych potraw. – To Darren też tutaj jest?

– Pewnie, co wcale nie było takie łatwe – odparła jasnowłosa, sięgając po sałatkę. – Wiesz mi, żeby wyciągnąć go z biblioteki, trzeba się nieźle nagimnastykować. – Uśmiechnęła się i wskazała na mężczyznę w garniturze rozmawiającego z chłopakiem od obsługi sprzętu i dźwięku. – Może i wyciągnęłam go z biblioteki, ale biblioteki z niego nie wygnałam.

Alyson chciała coś zażartować na ten temat, ale wtedy niespodziewanie ktoś rzucił się jej na szyję.

– Niespodzianka! – Blake wręcz krzyknęła to do ucha Alyson, która przed oczami miała jedyne rude włosy. – Starr mnie namówił – dodała, puszczając dziewczynę. – Starr, pamiętaj, dwa „r”.

„Czy Blake była już pijana?”

Alyson spojrzała na czarodzieja, gdy ten wymieniał przyjacielski gest z Aaronem.

– Nie spodziewałam się was wszystkich tutaj – przyznała szczerze Alyson. – I tak w sumie, to…

Urwała, bo jej wzrok padł na chłopka o krótko ściętych włosach, wchodzącego do sali.

– Simon! – krzyknęła, podnosząc rękę i machając do brązowookiego, który od razu ją spostrzegł, a wtedy posłał w jej stronę coś, co miało wyglądać na uśmiech. – Przepraszam was na moment – dodała pośpiesznie, po czym ruszyła w jego kierunku.

 

~*~

 

– Ty, faktycznie podobny do Harry’ego – powiedziała Nina, która widocznie także znała już całą historię wczorajszego dnia.

– O kurwa. – Blake aż zamrugała, zapewne widząc chłopaka już zamazanego z racji tego, że się oddalał. – IDENTYCZNY!

Tylko Borys nie wyglądał na przekonanego.

– Identyczny? W żadnym razie. – Omiótł wzrokiem dziewczyny, a potem spojrzał na Aarona. – Też to czujesz?

– Coś jest nie w porządku – powiedział, wbijając wzrok w znikającą parę.

Tylko jak to możliwe, że wczoraj tego nie wyczuł?

 

~*~

 

– Nie mogę w to uwierzyć, że tutaj jesteś! – powiedziała Alyson, uśmiechając się szczerze.

„Naprawdę?”

– Mówiłem ci, że mieszkam niedaleko – powiedział Simon, obejmując dziewczynę.

„Mówił? Kiedy…?”

– Usłyszałem o imprezie i miałam nadzieję, że ciebie tutaj spotkam.

W momencie, jak wyszli na zewnątrz, nie poczuła nawet chłodu. Była zbyt oczarowana tym, że on tutaj jest.

Oczy. To zdecydowanie chodziło o oczy. Było w nich coś magi…

– Wydawało mi się, że nie masz żadnego tatuażu – powiedział, wskazując palcem na jej szyję.

Na dzisiejszą imprezę związała włosy, nie chcąc się bawić w prostowanie ani kręcenie ich.

– A, to… – Poprawiła kołnierz żakietu. – Zmywalny.

Przecież była przekonana, że ludzie tego nie widzą. Założyła tak, ponieważ nikt nigdy nie skomentował jej tatuażu, ale z drugiej strony, może jednak niektórzy tak, bo i czemu by nie?

Oddalili się trochę od sali, z której dalej dudniła muzyka. Usiedli na ławce pod drzewem.

– Cieszę się, że ciebie znalazłem. – Mówiąc to, Simon delikatnie zakładał za ucho włosy spadające na oczy Alyson.

– Może w końcu lepiej ciebie poznam – odparła, uciekając wzrokiem. Gdy spojrzała na budynek sali, miała wrażenie, że się przywidziała, bo przypominał dokładnie tę samą budowlę, którą widziała w jednym ze swoich snów: płaski dach, budynek osamotniony wśród drzew. Impreza.

Szybko wróciła wzrokiem do chłopaka.

– Musisz poznać moich znajomych.

– Chciałem ci wczoraj przedstawić swojego znajomego, ale niestety… – Brązowe oczy młodzieńca skierowane były teraz w czarną przestrzeń przed nimi, w miejsce, którego nie oświetlała żadna lampa. – Rozpłynął się.

Alyson zmarszczyła brwi, słysząc ton jego głosu. Był jakiś dziwnie… Inny.

– Rozpłynął się? – Coś jej nie pasowało. Zaśmiała się nerwowo. – Chyba raczej po prostu wrócił do domu i ci o tym nie powiedział. – Starała się zatrzymać uśmiech na twarzy, ale coś mówiło jej, że…

– To nie jest takie proste – powiedział, dalej na nią nie patrząc. Nie czuła też tego ciepła, jakie wcześniej od niego emanowało. – On nie jest zwyczajny.

– W takim razie… – Położyła dłonie na ławce, chcąc zapewnić sobie możliwość mocnego odepchnięcia się. – Kim on jest?

– Wampirem – oznajmił, przenosząc wzrok na nią.

„Czy oni zawsze mówią to tak bezpośrednio?”

Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że się pociła, a ten pot zrobił się zimny. Czuła jak krew odpływa jej do nóg, a ręce stają się chłodniejsze. Jej ciało przygotowywało się do ucieczki. Zupełnie tak, jakby zrozumiało wszystko, zanim ona się domyśliła.

– Czekaj, chyba się przesłyszałam – powiedziała ze śmiechem. – Wampirem? One nie istnieją.

– Moja droga, powinnaś się tak wiele jeszcze nauczyć. – Uśmiechnął się, a wtedy jego kły zaczęły się wydłużać. – Dziwne, że mnie od razu nie rozpoznałaś.

Alyson miała wrażenie, że ma przez sobą jakieś cholerne deja vu.

– Chyba masz słabość do wampirów – powiedział z kpiącym uśmiechem, gdy dziewczyna przełknęła ślinę, nic nie mówiąc. – Aczkolwiek, to zostało po moim przyjacielu… – Nie spuszczając wzroku z Alyson, sięgnął do kieszeni i wyciągnął woreczek z popiołem. – Zabiłaś go.

– Nie…

– Nie kłam! – Wstał i teraz górował nad Alyson, która mocniej zacisnęła dłonie na zakończeniu ławki.

Warto spróbować.

Szybkim ruchem podniosła nogi i kopnęła go z całej siły w tors, powodując, że się cofnął. Wtedy też mocno odepchnęła się od ławki i ruszyła pędem w kierunku sali.

Może i wcześniej nie zdążył zareagować, ale to nie zmieniło faktu, że był szybki. A co ważniejsze: był szybszy od niej. Jednym susem dogonił dziewczynę i powalił ją na ziemię, wykręcając jej ręce do tyłu.

– Chyba nie brałaś pod uwagę tego, że mi uciekniesz? – Zaśmiał się szyderczo. – Mój szef D… – Słowa uwięzły mu w gardle.

Alyson poczuła, że uścisk na jej dłoniach zelżał. Wyrwała ręce i podpierając się na nich, odwróciła głowę, aby na niego spojrzeć. Udało jej się jedynie zauważyć wystający bełt z jego piersi, zanim wampir zamienił się w popiół.

„Jak to możliwe, że nawet ubrania po nich nie zostają?”

 

~*~

 

– Darren, jeśli zabijesz jeszcze jedną osobę… – zaczęła, otrzepując się histerycznie z resztek, jakie pozostały po jej nowym znajomym. Słysząc za sobą cichy plask, spojrzała tam.

Wtedy dostrzegła złoty łańcuszek.

– Alyson, nie miałem wyboru! – odparł z oburzeniem, podchodząc bliżej. – Jeszcze chwila i byłoby po tobie. – Wskazał na popiół, a raczej na jego brak, bo nie można było dostrzec żadnej konkretne kupki. – Poza tym, to nie był człowiek, tylko wampir – oznajmił to takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało.

– Co się stało? – Alyson i Darren odwrócili się jednocześnie do grupki ludzi biegnących w ich stronę. – Alyson, nic ci nie jest? – zapytał Aaron, zaczynając ją dokładnie oglądać.

Strzepnęła jego dłoń z niesmakiem wypisanym na twarzy.

– Nie dotykaj mnie – furknęła.

Wszyscy, poza Aaronem, który dalej wpatrywał się w Alyson ze zdziwieniem, spojrzeli na Darrena, czekając na wyjaśnienia.

– Właśnie zabiłem jakiegoś wampira – oznajmił swobodnie Darren. Wskazał głową na dziewczynę. – A Alyson ma mi to za złe.

Połowa z zebranych rozejrzała się, jakby w poszukiwaniu szczątków wampira, a druga połowa spojrzała na nią.

Judy wróciła wzrokiem do najstarszego brata.

– Darren, to chyba nie był najlepszy pomysł…

– A dajcie mi wszyscy święty spokój! – krzyknęła Alyson, czując, że dłużej nie wytrzyma. – Nie róbcie wszystkiego, aby oderwać mnie od tego, co się stało, bo to nie pomaga! – Gdyby mogła, wskazałaby na zwłoki Simona, aby to potwierdzić. – Wiem, że chcecie mi pomóc, ale to tak nie działa!

Gdy tylko rzuciła ostatnie słowa, odwróciła się i zaczęła biec, dopóki nie dotarła do nadjeżdżającego samochodu.

– Chris, zrobisz jeszcze jeden kurs? – zapytała, gdy chłopak opuścił szybę.

– Pewnie, wsiadaj – odparł, pokazując głową, aby weszła do auta.

– Dzięki – rzuciła szybko, otwierając drzwi tuż za Chrisem.

– Alyson! – Aaron dogonił ją i położył jej rękę na ramieniu, odwracając w swoją stronę.

Dziewczyna nawet na niego nie spojrzała.

– Mam ochotę zniknąć, rozumiesz? Zniknąć i zapomnieć.

Kiedy się nie odezwał, uniosła wzrok. Aaron patrzył na nią srożej, niż kiedykolwiek wcześniej, ale dojrzała też przestrach kryjący się głęboko w nim.

– Należy być ostrożnym z życzeniami, wiesz? Nigdy nie wiesz, kiedy się spełnią.

– Chcę zniknąć stąd i zapomnieć wszystko, a nawet wszystkich! – dodała twardziej, odwracając się od niego, strzepując w ten sposób jego rękę, a potem wskakując do samochodu. – Udanej zabawy – rzuciła, zanim zamknęła drzwi.

– Alyson, jak coś, to mnie możesz powiedzieć – po chwili milczenia odezwał się Chris. – Powiesz, komu chcesz zdzielić łomot, ogarnie się kilka osób i…

– Dziękuję, Chris. – Uśmiechnęła się smutno. – Serio, dziękuję.

– Jasna sprawa.

Alyson odwróciła się i zobaczyła, że Aaron patrzył za samochodem tak długo, aż nie zniknęła mu z pola widzenia. A może nawet i dłużej.

Chris podwiózł ją pod klatkę.

Czym prędzej wbiegła do domu i rzuciła się do łóżka, nie przebierając się. W ręku ściskała złoty łańcuszek.

– To nie może być prawda…

Poczuła, że zapada w sen, mimo że wcale nie chciało jej spać. Nawet próbowała otworzyć oczy, ale było już za późno.

Coś ją tam ciągnęło i nie zamierzało puścić.

 

~*~

 

Alyson znała to miejsce. Znała aż za dobrze.

Cmentarz składał się z sektorów i dużej liczby nagrobków. Kremacja ludzi nie była w tym rejonie powszechna, więc wszędzie pochowane były całe ciała. Przechadzając się między nimi, już z daleka potrafiła dojrzeć grób swojego ojca.

Nie była pewna, dokąd zmierzała, kiedy nagle jej uwagę przykuł kruk siedzący na jednym z nagrobków, którego nie rozpoznawała.

Czuła, że powinna tam podejść.

Od razu pomknęła w tamtym kierunku, omijając dziury w ścieżce, która zapadała się dosłownie pod nią. Wyglądało to tak, jakby coś chciało jej przeszkodzić przed dotarciem do tamtego miejsca.

Kiedy mimo przeciwności udało jej się tam dostać, wyhamowała z poślizgiem.

Kruk nie odleciał. Wpatrywał się w nią czarnym okiem, a w chwili, gdy spojrzała na wyrytą w kamieniu datę i podpis, zwierzę złowrogo zakrakało.

– Nie… – powiedziała, cofając się gwałtownie.

Tak jak wcześniej czuła, że powinna to zobaczyć, tak teraz czuła, że musi uciekać.

Puściła się pędem przez cmentarz, nie oglądając się za siebie. Krakanie kruka oddalało się z każdym nagrobkiem, który przechodziła lub przeskakiwała.

W momencie, gdy świat spowiła mgła, potknęła się o coś, a upadając twardo na ziemie, poczuła, jak zrywa sobie skórę w kilku miejscach.

Podniosła głowę. Jedyne czego nie zasłonił dym, okazało się wielkim grobowcem, miejscem, które zawsze omijała z daleka, ilekroć znajdowała się na cmentarzu.

– Co jest grane? – mruknęła pod nosem, odwracając się za siebie, aby spojrzeć, przez co się potknęła.

Zobaczyła ciało. Znajome ciało. W jej głowie zaczęły pojawiać się różne obrazy i nagle pojęła, dlaczego ta osoba zginęła.

Zaczęła się rozglądać. Okazało się, że wkoło niej było porozrzucane znacznie więcej ciał, tych jednak nie znała.

– Oni wszyscy nie żyją, ale żyją – odezwał się głos osoby wyłaniającej się z mgły. Należał do dziewczyny, którą wcześniej poznała w jednym ze swoich snów. Nieznajoma oparła się o grobowiec i wskazała głową na ciała. – Trzeba poczekać, aż przestaną oddychać, ale i tak już nic nie można zrobić. Nikt nie przeżył.

Nie zrozumiała. Żyją, ale nie żyją?

Tak jakby coś kazało jej spojrzeć w tamtym kierunku, odwróciła głowę. Wtedy ujrzała ciężko dyszącego rudego lisa z  wyrytą gwiazdą przy ogonie.

Nie zdążyła nawet zadać pytania, kiedy zwierzę przestało oddychać.

– Nie! – krzyknęła rozpaczliwie, dalej leżąc na ziemi i wyciągając dłoń w kierunku lisa. Rudzielec zniknął, tak samo, jak zaczęły znikać ciała ludzi dokoła niej, gdy tylko wydobyli z siebie ostatnie tchnienie. Najpóźniej zniknęło ciało, o które się potknęła. Czuła, że pęka jej serce. A myślała, że bardziej nie da się cierpieć.

Po twarzy Alyson popłynęła łza. A przecież obiecała sobie, że więcej nie zapłacze. A przynajmniej nie w najbliższych dniach.

Kiedy za mgły wyłoniła się Blake, Alyson czym prędzej podniosła się, ale gdy chciała pobiec do przyjaciółki, nieznajoma wojowniczka zatrzymała ją.

– Zostaw mnie! – warknęła przez łzy, próbując się wyrwać.

– Ona ciebie nie pamięta.

– Co? O czym ty do mnie mówisz?

– Umarła. Tak jak inni. Zaczyna nowe życie. W nowym świecie, do którego nie masz dostępu.

Alyson nie chciała jej wierzyć.

– Blake! – krzyknęła, wyrywając się i podbiegając do przyjaciółki. – Pamiętasz coś? Błagam, powiedź, że pamiętasz…!

Rudowłosa patrzyła w dal pustym wzrokiem.

– Jak to się stało?! – Alyson odwróciła się kobiety, a wtedy poczuła, że jej oczy zrobiły się czerwone. Coś w niej płonęło. Pociągnęła nosem, a ręką starła łzy. – Co się wydarzyło?!

– Zostawiłaś ich. – Głos dziewczyny był nad wyraz spokojny. – Miałaś być tą, która ich uratuje, ale odeszłaś. – Przyglądała się jej przez chwilę. – Walczyli dzielnie, ale to nie była ich walka, nie ich przeznaczanie, aby pokonać…

– Kogo?! – przerwała jej Alyson. – Kim on jest? Jak on się do cholery nazywa?!

– Drake. – Nieznajoma położyła rękę na ramieniu Alyson. – Drake Jarrett. Ostrzegałam cię, młoda wojowniczko. A teraz jest już za późno.

– NIE! – krzyk brązowowłosej był tak silny, że aż zabrakło jej sił, aby stać. Opadła ciężko na kolana, czując jedynie, że przegrała.