Idąc brukowaną ulicą, Alyson nie mogła pozbyć się wrażenia, że już kiedyś tutaj była.

W momencie, jak stanęła przy wielkim drzewie na środku rynku, ujrzała ubraną na czarno postać z mieczem wepchniętym za pasek. Wtedy też uświadomiła sobie, skąd pamiętała owo miejsce. Pełna niepokoju rozejrzała się po okolicy, podświadomie szukając rozkładających się ciał. Ku jej uldze, miasto nie przypominało tego z jej poprzedniego snu.

– Nie masz się czego obawiać – powiedziała wojowniczka, podchodząc bliżej. – Ta wizja się nie spełniła.

Alyson jedyne, co mogła zrobić, to się skrzywić.

– Ta wizja – powtórzyła za nią, a potem pokręciła lekko głową. – Przypadkiem, to nie tego ode mnie oczekiwałaś? – zapytała, krzyżując ręce na piersi i opierając się plecami o drzewo.

– Masz rację – potwierdziła kobieta i skinęła lekko głową. Wtedy Alyson przypomniała sobie coś jeszcze.

– Co z twoim rodzeństwem?

Wojowniczka się uśmiechnęła.

– Tak naprawdę to była tylko projekcja – wyjaśniła. – Chciałam sprawdzić, czy będziesz ratowała samą siebie, czy też innych.

Alyson podniosła jedną brew do góry.

– I co? Zadowolona z efektu? – zapytała, ale nie czekała na odpowiedź. – A tak w ogóle, to przedstawisz mi się w końcu? Chyba chociaż tyle mogę wiedzieć.

– Jestem Cassie.

– Grunt, że chociaż imię – odpowiedziała Alyson pod nosem.

– Kiedy nadejdzie czas, dowiesz się czegoś więcej – dodała, nim sen Alyson zaczął się jej rozmazywać przed oczami.

Obudziła się kilka minut po 17-stej. Patrząc na zegarek, zmarszczyła brwi. Jak to możliwe, że nikt nie obudził jej wcześniej? Noc, co prawda, była długa i wróciła dopiero rano, no ale…

– O, księżniczka się w końcu obudziła – powiedziała mama Alyson, gdy córka przyczłapała do kuchni, trąc oczy.

Automatycznie stanęła i opuściła ręce. Z jakiegoś powodu poczuła ciarki na całym ciele.

– Błagam, mamo, nie mów tak do mnie – odparła kwaśno, ruszając w kierunku czajnika, a widząc, że brakuje w nim wody, dolała ją, a potem go włączyła.

Usiadła na drugim stołku, naprzeciwko mamy.

– Męczący tydzień?

– Taaa – mruknęła Alyson, pochylając się, aby pogłaskać tulącego się do jej nóg kota.

Pogadały chwilę o mało istotnych sprawach, a potem Alyson leżała w wannie przez godzinę. Oglądała swoje ciało, mając wrażenie, że było jej zupełnie obce. Przyglądała się tatuażowi, jaki pojawił się na jej nadgarstku, a potem szukała blizny, jaka powinna pozostać w momencie, kiedy bełt z kuszy przebił jej serce. Jedyne, co znalazła, to małe zgrubienie na plecach, nic ponad to.

Myśli krążyły jej w różnych kierunkach, ale w pewnym momencie zatrzymały się na bardziej konkretnym obrazie. Obrazie z jej snu.

Teraz zdawało jej się, że ten sen był tak dawno temu. Ten sen, w którym była jednocześnie wampirem i jednocześnie wilkołakiem, a jej serce przebiła strzała.

Może i nie wszystko było odzwierciedlone w stu procentach tak samo, jak w owym śnie, ale teraz potrafiła dostrzec większość znaczeń, których wtedy nie zauważyła. Naprawdę była hybrydą. Tylko że nie tamtych dwóch gatunków, a czarodzieja i wojownika. Dlatego też jad demona nie rozprowadził się tak szybko po jej ciele w noc, kiedy odbijali Dylana. Był zabójczy dla wojowników, a nie dla czarodziejów. Dlatego nie była tak sprawna fizycznie, jak Blake czy Nina. Czarodzieje posługują się magią, nie siłą.

– Czyli naprawdę jestem potomkiem wojownika i czarodzieja? – mruknęła, patrząc na swoje dłonie.

Dlaczego pozostali milczeli w tej kwestii? Dlaczego nie wspomnieli, że może być czarodziejką? Niemożliwe było, że tego nie widzieli. Przecież tyle rzeczy się na to składało…

Jej oczy, które świeciły na czerwono z dwóch powodów: gdy przedzierały się przez zaklęcie oraz gdy jej moc chciała z niej wypłynąć, ale za każdym razem coś ją hamowało.

I ta jej większa odporność na jad niż każdego wojownika, a mniejsza sprawność fizyczna. Oraz możliwość zablokowania dostępu do swojego umysły, czy chociażby bariera przed czarami innych.

A więc to jest ta odporna grupa, o której kiedyś wspominał Tony: czarodzieje, magowie.

Możliwe, że inni nie wierzyli, iż mogła być w połowie jednym i drugim, bo przecież pochodziła z niemagiczne świata, a podwójne geny działały tylko przez jedno pokolenie.

Ojciec Aarona wiedział, domyślił się, jak tylko ujrzał jej oczy. Dlatego chciał ją trzymać pod obserwacją. Chciał wiedzieć, jaką włada mocą.

Jej magia, poza tą możliwością dostrzegania tego, co było ukryte, pozostała uśpiona. Nie zdziwiła się. Aby aktywować oba geny, musiała połączyć się z mieczem, który i owszem, były magiczny, ale to w dalszym ciągu przedmiot wojowników, nie magów.

Co musiała zrobić, aby wyzwolić magię?

Wyciągnęła za siebie jedną rękę i dotknęła zgrubienia na plecach, przypominając sobie strzałę ze snu w swoim sercu, ten moment, w którym i tam z jej płuc wydobył się ostatni płytki oddech. Zdała sobie sprawę, że jednak mimo wszystko była skazana na taki los.

„Dlaczego Drake’a uważał, że nie widzę przyszłości? Przecież tyle się sprawdziło…”

Czując, że woda w wannie zrobiła się już zimna, zadrżała. Nie znosiła zimna.

Wyszła z wanny i ciasno owinęła się ręcznikiem, a drugim, mniejszym, zaczęła wycierać włosy. Nie przerywając czynności, udała się do swojego pokoju.

Spojrzała za okno. Z nieba prószył pierwszy śnieg z niewielkimi opadami deszczu. Przez chwilę stała po prostu przy gorącym grzejniku tuż pod oknem i obserwowała spadające płatki.

Odwróciła się do laptopa i przełączyła lecącą z niego piosenkę na bardziej adekwatną do jej nastroju. Ręcznik, którym wycierała włosy, rzuciła na łóżko, niechcący trafiając w kota. Zwierzę spojrzało na nią z pogardą.

– Sorki – mruknęła, nie zabierając ręcznika. Kot po chwili przestał zwracać na niego uwagę i ponownie ułożył się do spania.

Poprawiając ręcznik, w który dalej była owinięta, ruszyła w kierunku otwartej szafy. Przeglądając rzeczy wiszące na wieszakach, odkryła, że w środku śpi jej drugi kot.

– Ej, no bez przesady – potrząsnęła białą kotką, by ta się ocknęła.

Zwierzę poderwało się i spojrzało na Alyson przerażonymi oczami.

– Rety, nie musisz się mnie tak bać.

Zamiast wyciągnąć kotkę ze swoich rzeczy, Alyson pogłaskała ją delikatnie po główce, na ca ta zaczęła głośno mruczeć.

– Cwaniara – mruknęła i się wyprostowała.

– Upodobania się do właścicielki – powiedział głos tuż za nią.

Odwróciła się i spojrzała na Aarona z politowaniem.

– No co? Przecież to prawda.

– Nie o to mi chodziło – odparła, odwracając się znowu przodem do szafy i przekładając ubrania.

– Ubierz czerwoną – odezwał się znowu Aaron, a skrzypienie fotela sugerowało, że właśnie wygodnie się na nim rozsiadł. – W końcu to twój kolor.

W ręku faktycznie trzymała czerwoną sukienkę, ale nie chciała pokazać, że tak łatwo zgadza się z nim, co do tej kwestii, więc odwróciła się w kierunku łóżka, aby tam rzucić ubranie. Tylko że… Znieruchomiała, gdy jej wzrok zatrzymał się na oknie.

Sukienka wypadła jej z ręki, ale Aaron zdążył poderwać się i złapać ją, nim spadła na podłogę. Wyprostował się i spojrzał tam, gdzie patrzyła Alyson.

– Co się stało? – zapytał zdziwiony, zapewne nie dostrzegając nic innego poza ich własnymi niewyraźnymi odbiciami.

Alyson zamrugała kilka razy.

– Co? A nie, nic – odparła, zabierając sukienkę z jego dłoni. Jednak od razu postanowiła ją ubrać. – Coś mi się wydawało.

– Jesteś pewna? – zmarszczył brwi, patrząc to na okno, to na Alyson.

– Tak. To przez zmęczenie – odparła, odsuwając go lekko na bok. – Daj mi chwilę, zaraz będę gotowa.

– Chwilę… – mruknął pod nosem, gdy Alyson zamykała za sobą drzwi swojego pokoju.

– Rozmawiałaś z kimś? – zapytała ją mamą oglądająca telewizję w salonie.

– Włączyła się głośniejsza reklama na stronie – odparła Alyson, przemykając do łazienki i ponownie zamykając za sobą drzwi. Oparła się o nie, wpatrując się jednocześnie w swoje odbicie w lustrze. Pokręciła głową, jakby chcąc się przekonać, że to, co zobaczyła, było tylko złudzeniem.

Tylko że widok niej samej z chytrym uśmiechem w towarzystwie czerwonych oczu, nie wydawał jej się w ogóle iluzją.

 

~*~

 

Śnieg sypał na poskręcane włosy Niny, stojącej przed wejściem do swojej klatki schodowej. Po jej lewej stronie stał w poszarpanym ubraniu Borys, a po prawej wymizerniały Luke. Wszyscy już co prawda się wyleczyli, ale zostało jeszcze coś, co nie mogło czekać dłużej.

– Nino. – Pierwszy odezwał się Luke, zbliżając się w jej kierunku. – Wybaczysz mi? – Jego głos wyrażał jedynie smutek. Chyba sam nie wierzył, że to jest możliwe. – Byłem… Głupi. I po prostu się bałem.

Borys prychnął pogardliwie obok.

– Kupujesz to? – zapytał Ninę.

Przeniosła wzrok z powrotem na Luke, przyglądając się, jak jego ciemne włosy obsypywał biały śnieg.

– Ale czego? – zapytała po chwili.

Chłopak wyprostował się. Mimo że powinno być mu zimno, w końcu nie miał na sobie żadnego ciepłego ubrania, nie okazywał tego po sobie.

– Tego, że zginiesz – wyznał. Jego głos był teraz bardziej pewny, jakby nagle wyczuł, że posiadał nad Borysem jakąś przewagę. – I że nigdy już więcej ciebie nie zobaczę.

Nina spojrzała na niego wymownie.

– Tak, wiem – dodał szybko. – Odejście oznaczało to samo. – Uniósł w jej kierunku dłoń, ale opuścił ją z westchnieniem. – Demony, wampiry? – zapytał ze słabym uśmiechem. – Nawet nie wiem, co jeszcze może istnieć. I jak wiedząc to, mogłem być pewien, że moje spotkanie z tobą nie jest ostatnim? Że więcej cię nie zobaczę?

Jego oczy patrzyły na Ninę z takim wielkim uczuciem, że nawet nie potrafiła tego opisać. Czuła też emocje, jakie od niego biły. Potwierdzały tylko to, co widziała w jego oczach.

– Nie możesz winić mnie za mój strach, ale możesz za to, że nie podjąłem się próby zaakceptowania tego. Teraz wiem, że się myliłem – dodał szybko, zanim Borys zdążył wciąć się mu w słowo, bo widać było, jak się do tego palił.

Nina zbliżył się do niego, po czym położyła swoją już zmarzniętą rękę na jego lewym policzku. Chłopak uśmiechnął się pod nosem.

– Nie chcę znowu zapomnieć, kim jesteś – powiedział cicho.

– Nino. – Usłyszała za swoimi plecami. Odwróciła się powoli do jasnowłosego. – Musisz wybrać – oznajmił.

Wiedziała to. Nie może być z nimi dwoma jednocześnie, ale jak mogła zdecydować, w tak krótkim czasie, kogo wybiera? To nie jest błaha sprawa. Tutaj w grę wchodzą uczucia innych oraz milion różnych spraw, nad którymi trzeba się porządnie zastanowić.

Spojrzała w niebieskie oczy Borysa, a po chwili obejrzała się przez ramie, by spojrzeć na Luke. Pierwszą jej myślą było, gdy tylko napotkała jego spojrzenie, że on nie zasłużył na to, aby ona zmieniła tak radykalnie jego świat. Potem jednak doszła do wniosku, że przecież Luke jest dorosły i może sam podejmować decyzje – czy chce być z nią w tym świecie, czy pragnie odejść. Tak naprawdę to ona także marzyła o tym, by ten świat nie istniał. Nie chciała wkraczać w to, co było jej nieznane, nawet jeśli było jej pisane. I wśród tylu niewiadomych i zagmatwanych rzeczy, wiedziała jedno: kochała go. Czuła to całą sobą.

Tylko że związek z Borysem wydawał jej się bardziej na miejscu. Potrafił zadbać o siebie, a także ją chronił. Przy nim nie musiała się niczego obawiać. Mimo wątpliwości co do jego intencji, jakie zaszczepił w niej Drake, wiedziała, że i do niego coś czuła. A jej wilcza strona, głęboko w niej ukryta, wołała o niego. Był niczym samiec alfa, o którego wszyscy się biją. Stwarzał poczucie bezpieczeństwa w tym nieznanym świecie. Był oczywisty kandydatem.

Posłuchać serca czy rozumu? Być z kimś z miłości czy z przeświadczenia, że powinno się być z jakąś osobą dla własnego dobra?

Położyła dłoń na swoim sercu.

Nie mogła wybrać inaczej.

Nigdy by nie wybrała.

– Już zdecydowałam – odparła w końcu.

 

~*~

 

– To nigdy więcej nie może mieć miejsca! – powiedziała głośno Blake, hurtowo wyrzucając ubrania z szafy na podłogę.

Tony usiadł wygodnie na niebieskim, skórzanym fotelu umieszczonym w rogu pokoju i przyglądał się rudowłosej.

– Rozumiem twoje…

Nie skończył, bo mu przerwała.

– Wcale nie! To ja nie potrafiłam się obronić, a nie ty! – Mówiąc to, dalej wyrzucała ubrania. Jedno czy dwa przyłożyła najpierw do siebie i obejrzała się w lustrze, którym były całe drzwi ogromnej szafy, ale potem odrzucała je za siebie.

– I co zamierzasz z tym fantem zrobić? – zapytał chłopak, poprawiając swoje miodowe włosy i patrząc na lecące ubranie. Wydawało mu się, że widział bardzo interesujący, czerwony stanik, ale nie skomentował tego. Nie dzisiaj.

Dziewczyna spojrzała na niego, a potem rzuciła się plecami na łóżko. Z rozłożonymi po bokach głowy rękoma leżała, patrząc w sufit.

Westchnęła raz, dwa, trzy.

Odwróciła lekko głowę w jego stronę, tak że teraz jej lewy policzek dotykał kołdry ze wzorem w gwiazdki.

– Muszę więcej ćwiczyć. Muszę być w tym najlepsza – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy.

A może raczej zgadując, że tam są jego oczy? Wiedział, że tak naprawdę średnio widziała z jednego końca swojego pokoju na drugi.

– Nie mogę zostać tutaj w domu.

Tony przyjrzał się dokładnie jej twarzy, ale nie potrafił stwierdzić, czy Blake mówiła to z radością, smutkiem, podekscytowaniem czy obojętnością. Była bardzo trudna do odczytania w tym momencie.

– To twoja ostateczna decyzja? – Chciał się upewnić.

Podniosła się lekko, aby usiąść na łóżku. Patrzyła chwilę pustym wzrokiem w swoje odbicie w lustrze, a potem powiedziała:

– Chyba twoja magia właśnie teraz się przyda.

Tony uśmiechnął się lekko, po czym zabrał się do działania.

 

~*~

 

– Co tam masz? – zapytała Alyson, wskazując na kawałek pergaminu trzymanego w dłoni Aarona, gdy weszła do swojego pokoju.

– A, znalazłem w jednym z pomieszczeń Drake’a w jego grobowcu. Nie rozumiem, co tu jest napisane, ale znajdę na to jakiś sposób – odpowiedział z pełnym zapałem, zupełnie jak Darren. Przeniósł wzrok na nią, a wtedy zmierzył ją z góry na dół, a potem wrócił spojrzeniem do jej oczu. Zwinął pergamin w rulon i się wyprostował. – Widzę, że jesteś gotowa.

Alyson z kwaśną miną zerknęła na swoją sukienkę, sięgającą do połowy ud. Była zrobiona z czerwonego aksamitnego materiału pokrytego czarną koronką. W tali zaś miała czarny pasek, rękawy znajdowały się jedynie na górze ramion. Dekoltem był aksamitny materiał zachodzący na siebie na krzyż, swobodnie spoczywający na jej obfitym biuście.

Wyprostowała się, nie przestając się krzywić. Miała wrażenie, że nogi już zaczęły ją boleć w tych okropnych szpilkach, choć przecież dopiero co je ubrała. Nie zastanawiała się nad tym dłużej, a tylko poprawiła ręką grzywkę, która opadała jej na prawe oko i spojrzała do lustra. Miała rozpuszczone włosy, tylko kilka kosmków z jednej i drugiej strony ściągnęła do tyłu i upięła w mikro koczyk.

– Chodź, czas na nas – powiedział Aaron, uśmiechając się delikatnie. Alyson spojrzała na niego, ale pohamowała uśmiech. Zerknęła na jego rękę, gdy trzy razy stuknął palcem w sygnet, a potem spojrzała na portal, który utworzył się obok niej.

Westchnęła, czując, że nie powinna tam iść, ale pomimo swojego przeczucia weszła w taflę wody, a chłopak tuż za nią.

 

~*~

 

Dostrzegając włosy o odcieniu ciepłego złota, ruszyła w tamtą stronę.

– Gdzie Borys? – zapytała Alyson, dołączając do przyjaciółki i rozglądając się po holu.

Dziewczyna spojrzała na Alyson w taki sposób, że ta od razu pojęła, co się stało. Na twarzy Niny malował się smutek, ale także była na niej swego rodzaju ulga i szczęście, którego Alyson nie dostrzegała od czasu rozstania z Luke. A raczej od czasu, gdy Nina dowiedziała się, że istnieje coś więcej, niż to, co znała.

Nina miała na sobie sukienkę w kolorze czarnym i beżowym, które mieszały się ze sobą poprzez różne przecięcia. Jej grzywka była upięta do góry, a resztę włosów była staranne wyprostowała. Miała na sobie zgrabne szpilki. Dla niej wysokie buty nigdy nie stanowiły problemu, uwielbiała w nich chodzić mimo problemów z kolanem.

– O, Blake! – krzyknęła Alyson, gdy ujrzała rudą czuprynę włosów przechodzącą kawałek dalej, na co dziewczyna spojrzała w ich kierunku. – Chodź do nas!

Blake miała włosy uczesane w swoje ulubione fale i puszczone luźno. Sukienka zaś była sztywna na górze o kolorze czerni, a na plecach miała spore wycięcie, oraz grube ramiączka. Od tali była puszczona luźno, w kolorze ciemnego fioletu. Tył był dłuższy, za to przód sięgał powyżej kolan. Buntowniczo nie ubrała szpilek, a jedynie czarne balerinki.

– Czy oni zawsze muszą wymagać sukienek? – zapytała poirytowana, gdy już znalazła się bliżej dziewczyn. Stanęła obok Alyson, opierając ręce na swoich biodrach.

– Mnie to jakoś nie przeszkadza – odparła Nina, patrząc na Blake niezbyt przychylnie.

„A więc wszystko po staremu.”

– A ja to wolałabym być w legginsach – oznajmiła Alyson, patrząc to na jedną, to na drugą przyjaciółkę.

Wtedy, tak też pomyślała, że chyba po części ich nazwiska naprawdę odzwierciedlały ich naturę. I nie chodziło jej tutaj tylko o strój.

Nina wiecznie musiała przebywać wśród innych ludzi. Była głodna znajomości, rozrywki, towarzystwa. Nie potrafiła wysiedzieć długo sama. Typowy wilk, który musi przebywać w stadzie, wśród innych.

Alyson była tego znaczonym przeciwieństwem. Zdecydowanie mogła spędzić kilka dni w swoim pokoju, czytając książki czy oglądając filmy. A towarzystwo nie było jej do tego potrzebne. Typowy ryś, który większość swojego życia spędza w samotności.

Blake… Z nią to była trochę bardziej skomplikowane. Lubiła chodzić na imprezy, wyszaleć się, ale też większość swojego wolnego czasu siedziała przed komputerem, gadając z ludźmi przez komunikatory internetowe i grając w LOL-a. Ogranicza się więc do elektronicznych znajomości, a w prawdziwym życiu ufa bardzo niewielu. Typowy lis, który nie wie, czy zostać przy swoich, czy ruszyć samotną, własną ścieżką, więc próbuje obydwie.

Najzabawniejszym jest fakt, że ta trójka drapieżników w normalnym świecie nie koegzystuje razem. Ryś potrafi zabić lisa, ale nie jest dla niego takim zagrożeniem jak wilk, który i rysia potrafi schrupać.

„Dobrze, że jednak to nie obowiązuje w tym świecie.”

No, może nie wszystko. Alyson znowu popatrzyła po przyjaciółkach, które przecież, jeśli tylko mogły, przebywały z daleka od siebie. A Alyson musiała pomiędzy nimi wybierać: wyjść na spacer z Niną czy pojechać do Blake? Los chciał, że teraz spędzały we trójkę mnóstwo czasu. Alyson była z tego faktu zadowolona, ale dziewczyny chyba nie bardzo.

– Ale w końcu to ważne Zebranie, nie? – zapytała, chcąc zaburzyć tę ciszę niechęci między pozostałą dwójką.

Na szczęście z pomocą przyszła Judy.

– O, tutaj jesteście! – zawołała. – Wszędzie was szukałam.

Judy miała na sobie błękitną sukienkę sięgającą do połowy ud, czyli podobnie jak u dziewczyn. Na piersiach suknia miała prasowany materiał, a talię podkreślała karbowana wstążką o szerokości jakiś 10 cm, wykładana po linii diamentami. Na dół rozchodziła się luźno i nieregularnie wyciętymi nachodzącymi na siebie warstwami cienkiego materiału. Włosy miała od połowy zakręcone w loki.

– Król i królowa już na nas czekają – dodała, pokazując im, żeby szły za nią.

Ruszyły we czwórkę do wielkiej sali, ale tym razem innym wejściem, niż poprzednio. Judy otworzyła majestatyczne drzwi i idąc pewnym siebie krokiem, sprawiała, że tłum wojowników i innych istot robił miejsce dla niej i pozostałej trójki.

Alyson starała się dotrzymywać kroku blondynce, idąc po jej prawej stronie. Kątem oka udało jej się dostrzec narzeczoną Aarona, stojącą z naburmuszoną miną oraz skrzyżowanymi rękami pod swoimi piersiami. W sumie trudno było jej nie zauważyć, w jej jaskraworóżowej skromnej sukience odsłaniającą znacząc część ciała i eksponującą długie szczupłe nogi.

Po drugiej stronie Judy szła Nina, a obok Alyson była Blake. Piątka chłopaków czekała na nie przed stołem, za którym zasiada król i królowa. Aaron w swojej czarnej marynarce miał wywinięte białe rękawy, które podciągnął do łokci, a krawat był nie do końca zawiązany. Darren, jak to Darren, jak zwykłe wyglądał nienagannie, a jego broda była idealnie przystrzyżona. Z kolei marynarka Borysa była normalna, tylko że w kolorze jasnej szarości, ale to nie wilkołak wyróżniał się z nich najbardziej, tylko Tony, który miał na sobie swoją, tym razem fioletową, pelerynę. Piątą osobą, która czekała na dziewczyny, był ubrany w garnitur Luke. Udało się namówić władców, aby pozwolili uczestniczyć mu w dzisiejszym przyjęciu. W końcu bal wydany był przez szczęśliwe zakończenie wydarzenia, w którym brał udział. Alyson od razu zauważyła, jak chłopak wpatruje się w Ninę lśniącymi oczami, oraz że Borys nie spojrzał na jej przyjaciółkę ani razu.

Sala nie zmieniła się od poprzedniego razu, gdy tutaj była. Dalej była ogromna zarówno wzdłuż, jak i wszerz czy w górę. Zmierzając w kierunku podwyższenia, na którym znajdował się stół władców, mijały ławy zastawione przekąskami oraz napojami. Wysokie okna miały po obu stronach związane ciężkie bordowe zasłony z zakończeniami ze złotej nitki. Setki lamp zwisało z sufitu i ścian, oświetlając wnętrze pomieszczenia. Jeszcze na samym początku minęły ozdobne kolumny, które podtrzymywały taras schodów, którymi schodziły poprzednim razem.

 

Gdy w końcu dotarły do pierwszego ze stopni, zatrzymały się. Obok Niny od razu stanął Luke, a przy Blake Tony, potem kolejno: Aaron, Darren i Borys.

Władca Xyn podniósł się ze swojego miejsca, a wtedy to samo uczyniła jego małżonka. Alyson od razu uchwyciła nieprzychylny wzrok władczyni. Poczuła wtedy coś na wzór gniewu, choć nawet nie wiedziała, dlaczego.

Tak jak to nakazywała etykieta, cała dziewiątka stojąca przed władcami, ukłoniła się. Jednym wyszło to lepiej, innym gorzej. Dopiero gdy się wyprostowali, na sali zapanowała cisza.

Głos zabrał Balian Forrester, jednocześnie pokazując małżonce i reszcie swoich poddanych, którzy mieli miejsca na sali, aby usiedli.

– Chciałbym oficjalnie powitać wszystkich zebranych. Jestem rad, że zechcieliście przybyć na moje zaproszenie w tak licznym gronie, mimo tak późnego powiadomienia was. – Przeniósł wzrok z tłumu na tych stojących przed nim. – Ale sytuacja była wyjątkowa. – Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech, gdy spojrzał na Alyson. Po chwili jednak znowu jego spojrzenie powędrowało na pozostałych poddanych.

Rozłożył ręce w powitalnym geście, a potem prawą ręką wskazał na tych stojących przed schodami.

– Mam także przyjemność przedstawić wam tę oto grupkę osób, która to nagłe spotkanie spowodowała. – Po tych słowach wymienił wszystkich po kolei, zaczynając od Borysa, a kończąc na Luke’u. – Ci młodzi ludzie pokonali jednego z naszych dawnych wrogów, o którym dało się słyszeć pewne legendy. Myśleliśmy, że już nam nie zagraża. Prawda okazała się jednak inna. – Gdy po sali rozeszły się szepty, Balian wyprostował się nieco, co wystarczyło, żeby znowu zrobiło się cicho. Miał w sobie coś, czego nie dało się zignorować. – Tak, Drake Jarrett to już przeszłość. Teraz już tak. Wielkie brawa dla tych, którzy odważyli się stawić mu czoła!

Sam władca zaczął delikatnie uderzać palcami prawej ręki we wnętrze lewej dłoni, a reszta poszła za jego przykładem. Nikt nawet nie ośmielił się mu odmówić. Alyson spojrzała na Blake, uśmiechając się z nią porozumiewawczo. Spojrzały jednak na Baliana, gdy tylko oklaski zaczęły cichnąć.

– Jestem zobowiązany i jednocześnie zaszczycony, że to właśnie mnie przypadł zaszczyt podziękowania wam w imieniu całego Xyn. Dzięki wam on jeszcze istnieje. – Spojrzał na poddanych. – Nie będę was zanudzał długimi opowieściami, jak do tego wszystkiego doszło, choć historia jest naprawdę interesująca, ale liczy się tylko to, że zagrożenie zostało wyeliminowane. – Tak jak w przypadku braw, nawet jeżeli chcieli się dowiedzieć czegoś więcej, nikt się nie odezwał.

Spojrzał na Alyson, a uśmiech na jego twarzy się pogłębił.

– Alyson Lynx, czy chciałabyś coś dodać do mojej wypowiedzi?

Zerknęła lekko na Aarona i Darrena. A więc w końcu opowiedzieli ojcu o przepowiedni oraz potwierdzili, że była w połowie magiem, choć jeszcze bez w pełni ujawnionej mocy? Wychodziło na to, że tak.

Kiedy wróciła wzrokiem do króla, pojęła, że przed nim nie da się nic ukryć. Samym spojrzeniem sprawiał wrażenie, jakby przeglądał czyjąś duszę na wylot.

Otrząsnęła się z tego wrażenia, po czym zrobiła dwa kroki do przodu, wstępując na stopnie. Spojrzała na siedzącą obok stojącego Baliana Amelię dokładnie w chwili, gdy matka Aarona nie potrafiła dłużej skrywać za uśmiechem niechęci do dziewczyny.

Walcząc z całą swoją dumą, Alyson jednak zmusiła się do ukłonu. Prostując się, chciała się uśmiechnąć, ale naraz poczuła, że mięśnie jej twarzy odmawiają posłuszeństwa. Odwróciła się lekko za siebie, a wtedy dostrzegła zaciekawione spojrzenia tutejszego społeczeństwa.

Czuła, jak jej serce zaczyna bić szybciej. Zaczęła narastać w niej swego rodzaju panika. I nie chodziło tutaj o publiczne wystąpienia, co to, to nie. Tego się nie bała.

Bała się czegoś innego. Należała do ludzi, którzy lubią, kiedy inni potrafią docenić jej poświęcenie w danej sprawie, ale niekoniecznie należała do tych, którzy chcą tych pochlebstw potem słuchać. Na dodatek tutaj czuła, że nie zrobiła nic wielkiego. Ot co, po prostu urodziła się w tej rodzinie, a nie innej. To nie była jej zasługa, a krwi płynącej w jej żyłach.

Nie chciała być za nią nagradzana.

– Ally. – Cichy szept niedaleko niej przebijał się przez jej zagubiony umysł. Skierowała swoje spojrzenie w kierunku szafirowych oczu Aarona, a gdy tylko ujrzała w nich troskę, poczuła na sobie coś w rodzaju kubła lodowatej wody.

Odwróciła się ponownie przodem do władców. Wzięła głębszy wdech, starając się, aby ten gest był jednak niewidoczny dla reszty, po czym uśmiechnęła się przyjaźnie, patrząc na króla.

– Wydaje mi się, że nie ma tutaj już nic więcej dodania – odparła. Gdy dotarło do niej, że być może powiedział to w nie odpowiedni sposób wśród takich ludzi, odchrząknęła. – To znaczy, chciałam powiedzieć, że Wasza Wysokość przedstawił już wszystko bardzo… – Szukała słowa. „Dokładnie” nie pasowało, bo ominął całą historię, więc co by tu… A! – Rzeczowo – dokończyła. Skrzywiła się, ale tylko w myślach, gdy uświadomiła sobie, jak to wszystko jest oficjalne i… Dość sztuczne. Kto teraz jeszcze tak gada?

– Doskonale – odparł szybko Balian, wychodząc za swojego tronu, okrążając stół, i udając się w kierunku zebranych tuż przed schodami.

Alyson cofnęła się na swoje miejsce, a władca w tym czasie wskazał na czarodzieja: blondyna ubranego w niebieską pelerynę, aby ten podszedł do niego.

– Także nadeszła pora, aby w końcu uhonorować was za trud, jaki włożyliście w to zadanie – powiedział to tak, jakby sam kazał im to zrobić, a przecież tak nie było.

Nikt jednak nic nie powiedział. Wzrok wszystkich utkwiony był w bordowej poduszce ze złotymi frędzlami, trzymanej przez maga. A raczej w cztery leżące tam pierścienie.

– Oto sygnety wojownika – oznajmił oficjalnie Balian, po czym podszedł do Blake i po kolei do Alyson, Judy oraz Niny, zawsze mówiąc to samo o nagrodzie, wyróżnieniu oraz że ma nadzieje, że będą z tego rozważnie korzystały. U rudowłosej dodaj jeszcze jakiś komentarz.

Blake szybko włożyła na palec sygnet z wygrawerowaną głową lisa, a Alyson poszła w jej ślady, ubierając taki sam sygnet, tylko że z głową rysia. Nina chwilę przyglądała się widniejącej głowie wilka na jej pierścieniu i w końcu, po chwili wahania, także go ubrała, a Judy z szerokim uśmiechem ściskała w dłoniach sygnet z koniczynką. Widać było, jak bardzo pragnęła, aby móc w końcu dołączyć do swoich braci.

– A co do was… – Balian odwrócił się do swoich synów. – Aaronie i Darrenie, jako że nie mogę wam zaoferować czegoś, co już macie, możecie zwrócić się do mnie z każdą prośbą, a zobaczę, co da się z tym zrobić. – Uśmiechnął się ciepło do swoich dzieci, a potem spojrzał na czarodzieja, a następnie na wilkołaka stojącego na końcu. – To samo tyczy się waszej dwójki – poinformował, na co oboje zgodnie kiwnęli głową. Borys co prawda nie wyglądał na za bardzo zainteresowanego, ale widocznie postanowił tego nie komentować. Gdy Balian spojrzał na Luke, Nina chwyciła go za rękę, chcąc dodać mu otuchy. Alyson zerknęła na ich dłonie w chwili, gdy Luke odpowiedział Ninie oddaniem uścisku. – Tobie, Luke, niestety nie mogę nic zaoferować, poza możliwością odwiedzania Xyn, oczywiście w granicach rozsądku.

– Rozumiem to – odpowiedział Luke, chyląc czoła tak jak wcześniej Tony i Borys. – To i tak wiele – dodał, prostując się.

Balian odpowiedział mu uśmiechem, po czym wrócił na swoje miejsce. Gdy już zasiadł na tronie, chciał coś powiedzieć, ale wtedy Amelia szepnęła mu coś na ucho. Ten w odpowiedzi zmarszczył delikatnie czoło, ale po sekundzie znowu wyglądał jak wcześniej, a następnie kiwnął głową na znak, że się zgadza.

Amelia wstała ze swojego miejsca i patrząc lodowatym spojrzeniem na Alyson, odezwała się.

– Mam do ciebie pytanie, młoda damo.

Alyson zapragnęła się skrzywić, gdy tylko usłyszała to określenie. Patrząc wprost na kobietę, od której biła taka srogość, widziała kątem oka, że nawet sam Balian podniósł lekko brwi do góry, przyglądając się żonie.

– Słucham, Jaśnie Pani – odpowiedziała Alyson, powstrzymując się od tego skrzywienia. Choć chyba od niechęci w głosie to raczej nie udało jej się uciec. Po sali przebiegł lekki szmer, ale może tylko tak jej się wydawało.

– Jak się czujesz? – to pytanie tak zbiło Alyson z pantałyku, że aż się zająknęła.

– Ja… Dobrze – zmarszczyła brwi.

Do czego Amelia zmierza? Aaron i Darren nie mogli powiedzieć ani jej, ani Balianowi – o jej ojcu, bo nikomu nie opowiedziała tego, co zaszło w chwili, gdy wszystkim wydawało się, że nie żyła.

– Rozumiem, że publicznie nie mówiliśmy o tym, że poświęciłaś się, aby Drake mógł zginać.

Balian poprawił się na tronie, zerkając na poddanych. Alyson nie była w stanie się odwrócić i tego zobaczyć, bo nagle jej kończyny odmówiły posłuszeństwa, ale mogła się domyślać, że teraz zaczęli szeptać między sobą. Widziała, jak Blake zerkała na nią dyskretnie, tak samo, jak stojąca z drugiej strony Judy.

Królowa zaś widząc, że trafiła w czuły punkt, ciągnęła dalej.

– Ale skoro już jesteśmy przy tym temacie, nie boisz się swojej przemiany? Czy wy wszyscy nie boicie się tego, że teraz to Alyson stanie się zagrożeniem? – Drugie pytanie skierowała do zebranych tuż przed schodami, z dłuższym zatrzymaniem wzroku na swoim młodszym synu, Aaronie.

Pewnie to dlatego on poczuł się odpowiedzialny, aby wypowiedzieć pytanie, które aż prosiło się, by je zadać.

– Matko, o czym ty mówisz?

– Nie pytam o nic, co by nie wynikało z tego, co opowiadaliście – odpowiedziała władczyni, znowu wracając wzrokiem do Alyson. – Panna Lynx stała się zła, gdy połączyła się z wampirem. Śmierć i zmartwychwstanie nie zmieniają tego, że przed jej zabiciem była żadną władzy. Poza tym nie powinnaś być teraz wampirem, skoro umarłaś, mając jego krew w organizmie? To by wyjaśniało, dlaczego, technicznie, nie umarłaś.

Aaron wysunął głowę za szereg, w którym stał, aby móc spojrzeć na Alyson, ale ona nawet nie zerknęła w jego kierunku. Była zbyt pochłonięta rozmyślaniem nad tym, co odpowiedzieć, nie ujawniając kwestii swojego ojca – tego, że to on wyczyścił jej ciało z tej krwi oraz kilku innych rzeczy, które zrobił.

– Ja… – zawahała się, lecz szybko odchrząknęła oraz wyprostowała się, a jej głos stał się pewniejszy. – Ja nie umarłam. – Widząc zdziwione spojrzenie królowej, a zaciekawione króla, postanowiła rozwinąć swoja wypowiedź. – Nie tak naprawdę. Wydaje mi się, że byłam przez chwilę gdzieś pomiędzy. Zabicie mnie, w rzeczywistości unicestwiło tylko Drake’a, dzięki magii zaklęcia łączącego. A jego krew w moim organizmie wyleczyła mnie z rany. Dlatego żyję, ale nie jestem wampirem.

– A jak chcesz wytłumaczyć nam, że przedtem byłaś zła? – Nie dawała za wygraną Amelia. – Czy to nie było… – Prychnęła lekko. – Nie jest nieodwracalne?

– Byłam pod jego kontrolą, dopóki żył. Gdy umarł, znowu stałam się sobą. To była wina tylko i wyłącznie krwi Drake’a, której już nawet nie mam w swoim organizmie.

Uśmiechnęła się, w swego rodzaju triumfie, a wtedy poczuła intensywne pieczenie w prawym nadgarstku. Syknęła cicho z bólu, a lewą dłonią przykryła to miejsce.

– Co tam masz? – zapytała królowa, ubiegając tym samym swojego męża, który już się podnosił z tronu.

Niechętnie odciągnęła dłoń z nadgarstka, odsłaniając palący na czerwono tatuaż łapki rysia.

– Skąd to masz? – Znowu zapytała władczyni, a jej w głosie dało się usłyszeć nutkę czegoś w rodzaju strachu.

„Tylko dlaczego?” zapytała Alyson sama siebie, starając się opanować nagłą złość, jaką poczuła do tej kobiety. Wzięła głęboki oddech.

– Nie pamiętam – skłamała. – Gdy obudziłam się w jaskini, już to miałam.

Królowa chciała to skomentować, ale Balian położył swoją dłoń na jej ramieniu, zachęcając ją tym samym, by zajęła swoje miejsce. Nie sprzeciwiła mu się, a sam władca przeleciał wzrokiem po zebranych, po czym uśmiechnął się w ten zaraźliwy sposób.

– Wydaje mi się, że na dzisiaj wystarczy – postanowił, unosząc w górę kielich z czerwonym płynem. – Czas się bawić, proszę, częstujcie się! – Wskazał na stół. – Udanej zabawy!

Alyson zamrugała, zdziwiona, że król tak szybko uciekł od tematu, który widać było, że zaintrygował jak nie wszystkich, to większość. Widocznie tatuaże to u nich naprawdę poważana sprawa.

Muzyka rozbrzmiała ze wszystkich stron, a zebrani zaczęli zabierać się za przekąski, przez co na sali zapanował znaczny szum.

– Alyson. – Usłyszała głos dobiegający z góry, więc spojrzała w stronę, z której usłyszała swoje imię. Władca Xyn schodził powoli ze schodów. – Mogę na słówko? – zapytał, choć wiadomo było, że nie można mu odmówić.

– Oczywiście, Wasza Wysokość – odpowiedziała, zerkając przelotnie na Aarona, który stał w pobliżu. Dostrzegła na jego twarzy zaciekawienie pomieszane z obawą, ale nie było dane jej się nad tym zastanowić. Odeszła pewnym krokiem kawałek dalej z władcą, nim ten się odezwał.

– Nie musisz już tak oficjalnie. – Uśmiech na jego twarzy był tak przyjazny i tak szczery, że Alyson aż zaczęła rozmyślać nad tym, jak to możliwe, że wybrał sobie za żonę kogoś tak oschłego i nieprzyjaznego jak Amelia. Była piękna, nawet jak na swój wiek, ale charakter… – Chciałbym dać ci coś jeszcze – oznajmił, wybijając ją z zamyślenia.

Spojrzała w dół. Władca podsunął w jej stronę swoją dłoń, na której leżał piękny pierścień.

– Ja…

Nie wiedziała, co powiedzieć.

– W grobowcu Drake’a znaleźliśmy wiele skarbów – odparł. Szybko uniosła na niego wzrok, zaciekawiona tą informacją. Nikt jej nie wspominał, żeby ktokolwiek wracał w tamto miejsce. – A to był jeden z nich. Uznaliśmy, że powinnaś go dostać, w ramach tego wszystkiego, przez co musiałaś przejść.

Nie powinna. Serce podpowiadało jej, że nie powinna, ale przecież nie mogła odmówić królowi.

Po tej krótkiej chwili zwątpienia Alyson wzięła od królowa podarunek. W momencie, jak włożyła na palec pierścionek w kształcie korony wykładany rubinami, ten magicznie dopasował się do niej. Spojrzała szybko na Baliana, ale na jego twarz nie ujrzała niczego podejrzanego. Widocznie tak miało być.

Uśmiechnęła się, miała nadzieje, przyjaźnie.

– Dziękuję – powiedziała, pochylając głowę.

– A, Alyson. – Zatrzymał ją, gdy już chciała odejść. – Wiesz, że gdyby coś ciebie męczyło, zawsze możesz mnie zapytać, o co tylko chcesz, prawda? – W jego spojrzeniu wyczuła, że nie powiedział wszystkiego, czego chciał. Miała wrażenie, że wiedział znacznie więcej, niż to pokazuje. Tylko… Skąd?

Podziękowała raz jeszcze, nie dodając nic więcej. Król odpowiedział jej lekkim uśmiechem, po czym oddalił się do innych gości. Alyson spojrzała na swoje ręce, na dwa nowe pierścienie, a potem odwróciła prawą rękę tak, by spojrzeć na tatuaż. Już nie był czerwony, a także nie piekł.

– Zatańczymy? – Usłyszała za swojej lewej, więc przekręciła głową, by móc dojrzeć osobę, która do niej powiedziała. – W końcu to ja ciebie „zabiłem”. – Ostatnie słowo powiedział tak znacząco, że aż wręcz namacalne było to, że użył tam cudzysłowie. Gdy się do niego odwróciła i nie skomentowała tego, jego ramiona lekko opadły. – Chcę to jakoś wynagrodzić – dodał.

Uśmiechnęła się.

– W sumie, czemu by nie? – zapytała, choć tak naprawdę było to stwierdzenie.

Położyła swoją dłoń na wyciągniętą rękę Darrena. Zanim zaczęła z nim tańczyć, dostrzegła jeszcze, że kawałek dalej Aaron tańczy z Blair. O dziwo, tym razem to oboje mieli dość nieszczęśliwe miny.

– Wiesz, muszę cię o coś zapytać.

– Słucham panią – odparł Darren, uśmiechając się lekko. Miał naprawdę ładny uśmiech. Zdecydowanie za rzadko go pokazywał.

– Ile ty masz tych garniturów, co? – zapytała, wskazując głową na jego strój. – Zawsze inne, zawsze takie nienaganne! – Po tych słowach Darren zaśmiał się cicho.

– Sporo, naprawdę sporo – odparł po chwili. Delikatny uśmiech dalej widniał na jego twarzy.

– Spodziewałam się wyliczeń, liczb i Bóg wie jeszcze czego, ale „sporo”? – Uśmiechnęła się szerzej. – No dobra, nie jest to do końca taka odpowiedź, na jaką liczyłam, ale może być.

– A czy teraz ja mogę zadać ci pytanie?

– Ha, wiedziałam, że nie chodzi tylko o taniec! – odparła, robiąc znaczącą minę. Dodatkowo zaczęła się zastanawiać, czy już pogodziła się z faktem, że Darren zabił Harry’ego. Potem jednak stwierdziła, że zabijając ją, i mogąc w ten sposób pozbawić Aarona tego przykrego obowiązku, z którym ten nie mógłby się pogodzić, uznała, że jednak w jakiś sposób odpłacił za tamto.

– To tylko tak przy okazji to pytanie – zapewnił.

– Jaaasne – powiedziała, przewracając oczami, a wtedy Darren obrócił też ją, a potem znowu do siebie przyciągnął. – Dobra, pytaj – dodała, ponieważ brązowe oczy patrzyły na nią tak przekonująco.

Tak na dobrą sprawę zaczął pytać, zanim ona powiedziała, aby to zrobił.

– Czego chciał od ciebie mój ociec? I co ukrywasz?

– Ej, to dwa pytania! – powiedziała, lewą ręką lekko uderzając go w ramie, drażniąc się. – Niczego nie ukrywam, to po pierwsze. A po drugie, twój ojciec dał mi ten pierścień – powiedziała, pokazując mu pierścionek w kształcie korony. – Mówił, że znaleźli go w grobowcu Drake’a i postanowili dać mi go jako swego rodzaju rekompensatę.

– Ładny – odpowiedział po chwili zamyślenia. Alyson spojrzała na niego pytająco. – Chciałem cię jeszcze przed czymś ostrzec. – Ich taniec z szybszego zrobił się nagle dość spokojny. – Każdy, kto dostrzeże coś z tego świata, oznacza, że nie pochodzi z tego twojego – oznajmił. – Nie powinni widzieć pierścieni, tak mi się zdaje. Na pewno nie tatuaży.

Alyson zmarszczyła brwi.

– Przecież Luke widzi – zauważyła. – On też należy do tego świata?

– Dobra, jednak tego nie sprecyzowałem – odparł, kręcąc lekko głową, ale i się uśmiechając. – Każdy, kto nie wie o naszym świecie i wtedy dostrzeże coś z tego świata, nie jest tym, za kogo się podaje.

Alyson kiwnęła głową.

– Przyjęłam do wiadomości, Sir!

Darren zaśmiał się lekko.

– A wiesz, że otworzyliśmy część naszego pałacu, która była zamknięta? Ojciec uznał, że może przybędzie nam niedługo gości.

Widząc jej zdziwienie, ciągnął dalej.

– Jako prawowity obywatel Xyn, masz prawo zamieszkać w dowolnej wybranej przez siebie części tego świata. To samo tyczy się Niny i Blake.

– Chcesz powiedzieć, że…

– Że ojciec uznał, że zapewne będziecie chciały zamieszkać tutaj, w stolicy.

Zamrugała oczami.

– Ale pałac…

Darren machnął ręką.

– Ten pałac jest ogromny, a według tradycji zamieszkują go także przyjaciele rodziny władającej.

Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała.

Mogła tutaj zamieszkać.

– Oczywiście przydałby się remont, bo jak wspomniałem, była to zamknięta część pałacu.

– Nie wiem, co powiedzieć.

Darren pokiwał głową, po czym zabrał rękę z jej talii i wsunął ją do kieszeni swojego garnituru. Gdy ją wyciągnął, dojrzała zminimalizowaną książkę.

Tę książkę.

Z jej wnętrza wystawała złożona kartka z przepowiednią.

– Dalej tego nie otworzyłem – wyjaśnił, podając jej księgę. – Trzeba użyć klucza, ale nie wiem, skąd mógłbym go wziąć. Przeszukałem tajną bibliotekę, ale nic nie pasowało.

Przez chwilę obracała księgę w dłoni, ale zaraz mu ją oddała.

– Może kiedyś ci się uda – odparła.

W jej głowie rozbrzmiało pewne zdanie.

„Nie wiesz, kim naprawdę jesteś.”

Co takiego kryła w sobie ta książka?

Jeżeli miał ktoś do tego dojść, to na pewno był to Darren. Powierzyła księgę we właściwe ręce.

– Właściwie to… – Darren spoglądnął po otaczających ich ludziach, a potem znowu przeniósł swój wzrok na Alyson. – Przepowiednia dała mi pewną wskazówkę.

– Jaką?

– Tam było napisane, że musi upłynąć 200 lat.

Alyson zaczęła się nad tym zastanawiać, kiedy o tym wspomniał.

– Czyli ktoś napisał tę przepowiednię 200 lat temu.

Darren skinął głową.

– Uważam, że wtedy musiało zdarzyć się coś ważnego.

– Nie ma niczego w waszych… – szukała słowa. – Archiwach?

Darren schował księgę do kieszeni i wznowił taniec z Alyson.

– Jest, nawet się o tym uczyliśmy – zaczął opowiadać. – To właśnie 200 lat temu doszło do buntu, w którego czasie zginęło wiele rodzin, a niektóre skryły się w innych światach, takich jak twoja Ziemia.

– A więc to wtedy moi przodkowie osiedlili się na Ziemi? Tak samo, jak Blake i Niny?

– Bardzo prawdopodobne.

Zmarszczyła brwi.

– Skoro zdarzyło się to 200 lat temu, dlaczego dopiero teraz ujawniły się geny w naszych rodzinach? Przecież to kilka pokoleń.

– Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć – wyznał, obracając ją lekko w tańcu.

Gdy do niego powróciła, miała koleje pytanie.

– Czy to chodziło o ten rozejm, od którego to już nie jest zabronione łączyć się w mieszane pary?

– Tak – potwierdził.

– Ale… – Coś jej nie pasowało. – Skoro od 200 jest rozejm, to moi przodkowie nie musieli uciekać. Mam na myśli to, że skoro posiadam geny dwóch gatunków, to jakiś wojownik o nazwisku Lynx poślubił jakąś tam czarodziejkę, przez co mieli dziecko z pulą genową ich obojga.

– Fakt, że ten gen rozwinął się w tobie, sugeruje, że ich dziecko nigdy nie aktywowało swoich zdolności.

– Ale to wciąż nie zmienia faktu, że wtedy został zawarty rozejm, więc nie musieli uciekać.

– Może uciekli później, może miało to miejsce 100 lat później? Może dowiedzieli się o przepowiedni dopiero po jakimś czasie? – zasugerował. – Może z jakiegoś powodu polowano na rodzinę twojego przodka, dlatego musiał ukryć dziecko na Ziemi, wyciszyć jego zdolności do czas, aż ta przepowiednia mogła się spełnić?

– Czyli tak na dobrą sprawę dalej nic nie wiemy o moich przodach. Ani kiedy ukryli dziecko z genami dwóch gatunków, ani to, kim w ogóle byli.

Pokręcił głową.

– Wiemy, że z jakiegoś powodu tylko przodek rodziny Lynx mógł powstrzymać Drake’a i miało się to zdarzyć 200 lat od czasu spisania przepowiedni.

– Drake’a powiedział, że to żadna tajemnica – zauważyła.

– A jednak nią jest. Przejrzałem księgę, z której wyrwałaś jedną stronę. Wyjaśnienie, dlaczego akurat twoja krew była do tego potrzebna, nie zostało wyjaśnione. Zupełnie jakby ktoś to wymazał.

– Możliwe, że był to Drake’a?

Ponownie pokręcił głową.

– Nie wydaje mi się. Raczej był to ktoś, kto także starannie zapieczętował twoją księgę i ukrył wiele informacji na temat buntu.

Zmarszczyła brwi na te słowa.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Wiele ksiąg z dawnych lat starannie opisuje dokonania, dzieje władców Xyn. Niektóre są tak stare, że rozlatują się w dłoniach pomimo zaklęć ochronnych. Jeżeli zaś chodzi o pewien okres przed rozejmem, istnieje wiele nieścisłości. Raz podają, że był to czas, kiedy na tronie nie zasiadł nikt zbyt długo, a innym razem jest napisane, że przez pokolenia rządziła jedna rodzina, nie jest tylko podane, która.

Alyson poczuła, jak jej głowa pęka od natłoku informacji.

– Bardzo to wszystko zagmatwane.

– Wydaje mi się, że niektóre księgi z tajnej biblioteki rzucą nieco więcej światła na te sprawy. Na dniach powinienem się tym zająć. Nie zmienia to faktu, że gdyby udałoby się otworzyć twoją księgę, byłoby najwygodniej.

Wyglądało na to, że Darren był nawet ciekawszy od niej samej, co też tam było zapisane.

– Ej, czekaj. – Zamrugała oczami. – Możliwe, że jestem spokrewniona z Tonym?

Roześmiał się, a że nigdy nie słyszała, jak śmieje się tak beztrosko, aż ją zamurowało.

– Wybacz – powiedział, gdy w końcu przestał się śmiać. – Ta wizja była dość komiczna.

– Darren, ty się śmiejesz.

Spojrzał na nią z wyrzutem, wznawiając po raz kolejny przerwany taniec.

– Jestem człowiekiem, tak? A oni się czasem śmieją.

– No tak, ale… To Tony nie jest moim krewnym? – wróciła do tematu.

– Na 100% nie jest. No niech będzie, na 90%.

Po tych słowach Alyson zaczęła się rozglądać w poszukiwania czarodzieja. Gdy w końcu znalazła go, tańczącego wraz z jej rudowłosą przyjaciółką, zaczęła mu się pilnie przyglądać, mrużąc oczy.

– Co robisz? – zapytał zaintrygowany Darren, od razu podążając za jej spojrzeniem.

Jeszcze chwilę analizowała Tony’ego, nim odpowiedziała.

– Nie, na pewno nie jesteśmy spokrewnieni. Mimo upływu lat i mieszania się genów, jakieś podobieństwo między nami powinno pozostać. A on jest ode mnie kompletnie inny, całkiem, że całkiem.

Darren wciąż wyglądał na zaintrygowanego.

– Potrafisz to dostrzec?

– Teraz tak – odparła. – Wiesz przecież, że odkąd zaktualizował się mój gen, mój dobry wzrok stał się mega dobrym wzrokiem tak jak Blake słuch czy Niny węch.

– Co jeszcze potrafisz dostrzec?

– A to co, przesłuchanie? – zażartowała. – Rentgenów w oczach to nie mam.

– Ciekawe.

Zastanowiła się nad czymś.

– Domyślasz się, jaka może być moja moc?

– Mam swoje teorie.

– Powiesz mi o nich?

– Nie wiem, czy to dobry pomysł.

Przestała tańczyć, więc i on musiał przestać.

– Dlaczego?

– Sugerowałabyś się tym, a moje teorie wcale nie muszą okazać się poprawne.

Uniosła jedną brew do góry.

– Boisz się, że się zawiodę? Według ciebie posiadam aż tak interesującą moc?

Odsunął się od niej na krok, ścigając rękę z jej talii i dłoni.

– Nigdy nie mówię czegoś, czego nie jestem pewien na 100%.

– Co do mojego nie pokrewieństwa z Tonym byłeś pewien tylko na 90%.

– Ale to ty o tym wspomniałaś, a nie je – zauważył.

Alyson zacisnęła usta. Miał rację.

– A wracając do tej niedawno otwartej części pałacu i twojego potencjalnego pokoju… Chciałabyś go zobaczyć? – zapytał, po czym lekko się zmieszał, co było nietypowe u Darrena. – Znaczy… Bez podtekstu – dodał. – Sam jestem ciekaw, jak wygląda ta część pałacu. Nie miałem okazji jeszcze jej zwiedzić, a jakbyś chciała je zobaczyć, to zawsze byłby jakiś pretekst…

Alyson zaśmiała się, dostrzegając w Darrenie ciekawskiego chłopca, chcącego odkryć kolejne tajemnice swojego pałacu.

– Pewnie, prowadź.

– Tylko musimy iść z tym do mojego ojca – oznajmił. – Muszę zapytać go o zgodę.

– Myślałam, że jeżeli chcę, to należy już do mnie?

– Twoje to będzie za 10 minut – odparł, pokazując głową na swojego ojca. – Idziemy?

Alyson powstrzymała się już przed przewróceniem oczami, tylko ruszyła za pędzącym Darren, starając się go dogonić.

– I wyszło szydło z worka – mruknęła pod nosem, przeświadczona o tym, że to właśnie to było od samego początku celem Darrena, gdy zaprosił ją do tańca.

 

~*~

 

Zanim Alyson się zorientowała, zrobiło się naprawdę późno. Pomieszczenie opustoszało, a przyjęcie dobiegło końca.

Podeszła do jednego z wielkich okien i zapatrzyła się w ogród po drugiej stronie. Był ładnie oświetlony.

– Gdzie byłaś? – zapytał Aaron, podchodząc do niej.

– A to tu, to tam – odparła, zerkając na niego. Po chwili odwróciła się całkowicie i omiotła salę spojrzeniem.

Nina i Luke zwinęła się już jakiś czas temu, co nie było niczym dziwnym – mieli trochę, a raczej nawet sporo, do nadrobienia. Dodatkowo Nina stanowczo oznajmiła, że skoro nie jest niezbędna w tym świecie, nie zamierza szkolić się w walce. Postanowiła nie tylko wybrać Luke, ale także wrócić do swojego życia, nie zmieniając swoich przyzwyczajeń.

Z Blake to inna historia. Alyson uśmiechnęła się pod nosem, gdy zobaczyła śpiącą przyjaciółkę na jednym z krzeseł. No dobra, nie do końca spała na krześle – w połowie to leżała na Tonym, przez co chłopak nie mógł się ruszyć, ale patrząc na jego zadowoloną minę, raczej nie miał ku temu żadnych zastrzeżeń.

Z tego, co dowiedziała się Alyson, Blake przeprowadza się na Xyn. Tymczasowo, ale jednak zabrała większość swoich rzeczy z domu. Zamiast ulokować w jednej z komnat w nowo otwartej części pałacu, zajęła wolnym pokoju, zapewne całkowicie przypadkiem, naprzeciwko drzwi Tony’ego. Ponoć król Balian nie miał żadnych przeciwwskazań, aby to zrobiła. Pałac i tak był tak wielki, że pewnie nigdy jej nie spotka. A im więcej wyszkolonych wojowników, tym lepiej dla świata.

Alyson zastanawiała się tylko, jak dalej Blake pociągnie swoje studia oraz jak wytrzyma bez grania w LOL-a, ale ostatecznie założyła, że rudowłosa pewnie i na to znajdzie jakiś sposób. W końcu, jakby na to nie patrzeć, jakimś cudem zasięg tutaj był. Co jednak daje do myślenia, bo to przecież inny wymiar… ale od czego jest magia.

Alyson już chciała skomentować jakoś śpiącą Blake, ale wtedy zakręciło jej się w głowie i musiała podtrzymać się ściany.

– Pijana jesteś? – zapytał zdziwiony Aaron, przyglądając jej się niepewnie.

– Ciekawe jak, jak nawet nic nie piłam – odparła, prostując się. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że przez cały wieczór nie tknęła ani jedzeni, ani picia. Uznała to więc za powód zawrotów głowy. – A ty jak tam? – Podniosła na niego wzrok. – Dobrze tańczyło się z narzeczoną? – zabrzmiało to trochę wredniej, niż by sobie życzyła, ale już nic nie mogła na to zaradzić.

– Nadepnęła mnie parę razy, ale chyba nic mi nie jest – odpowiedział, wzruszając ramionami, po czym oparł się o framugę okna, przy którym stała Alyson. – Co mój ojciec od ciebie chciał? – zapytał, a Alyson widziała po nim, jak długo czekał z zadaniem tego pytania. Tak samo, jak Darrena, zżerała go ciekawość.

Machnęła ręką. Tą, na której miała pierścień.

– Dał mi to – zatrzymała dłoń przed jego oczami. – W ramach rekompensaty.

Aaron zmarszczył na chwilę brwi, przyglądając się pierścieniowi. Chciał chwycić Alyson za rękę, ale dziewczyna szybko ją cofnęła.

– Wiesz, widziałam mój potencjalny pokój – powiedziała szybko, odwracając się znowu do okna. Aaron westchnęło lekko i opuścił swoją dłoń.

– Zawsze byłem ciekawy, jak tamta część pałacu wyglądałby po odremontowaniu – wyznał, także przenosząc swój wzrok za okno. – Zostajesz? – zapytał mimowolnie, ale Alyson usłyszała w jego głosie nutę nadziei.

Tak samo, jak i przegranej.

– Nie jestem wojowniczką – odparła, odwracając się i patrząc na Blake.

Aaron spojrzał na nią.

– Czemu tak uważasz?

– Sam zobacz. – Wskazała na przyjaciółkę. – Blake i Nina mimo braku zaktualizowanego genu były dobre ze sportu. Ba! Wymiatały! A ja? – opuściła rękę, tak samo, jak i głowę. – To moja pięta Achillesa.

Aaron przestał opierać się o framugę, a stanął obok niej. Nie odezwał się, dopóki nie podniosła na niego wzroku.

– Alyson, one były lepsze ze sportu, ponieważ w ich genach przeważa gen wojownika. – Wskazał na nią palcem, choć stali bardzo blisko siebie. – Ty jesteś jeszcze magiem. Czarodzieje nie są stworzeni do walki wręcz, ciałem, tylko do walki magią, umysłem. To jest zupełnie co innego.

Alyson spojrzała na swój nadgarstek, po czym delikatnie pogłaskała palcami lewej ręki nowy tatuaż. Parsknęła lekko, gdy przypomniała sobie swoje wypluwanie płuc po jednym z treningów.

Podniosła wzrok i natrafiła na jego oczy. Po jego wyrazie poznała, że czegoś jej nie mówi.

– O co chodzi? – zapytała, podpierając się pod boki.

– Darren streścił mi twoje pogaduszki z Drakiem, gdy mnie jeszcze nie było – zaczął powoli.

– Iii?

– Iii – powiedział tak jak ona. – Zarówno Darren, jak i teraz ja, mamy pewne podejrzenia.

Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc, do czego bije.

– Gdy zapytałaś go o to jego sprawdzenie twoich wizji w kilku próbach wyeliminować cię… Według Darren on wyglądał wtedy tak, jakby był zły.

Alyson przestała marszczyć brwi, bo teraz uniosła jedną w górę.

– On ogólnie cały był zły – zasugerowała.

– Nie, nie. Nie o to mi chodziło. – Aaron przeczesał palcami włosy, przez co kilka pasm zaczęło sterczeć w różne strony. – Był zły w inny sposób. Jakby złościł się na coś, na kogoś. Darren powiedział, że jednocześnie wyglądał też na zaciekawionego. – Widząc niepewną minę Alyson, dodał: – Drake zaczął od najstarszej z waszej trójki.

Ona to już wiedziała. Czuła to. A niezaprzeczalnym dowodem tego było pióro, które zachowała. Nie było czarne, więc nie mogło należeć do Drake’a.

Był ktoś jeszcze.

– Ktoś inny mnie umieścił w płonącej stodole.

Aaron spojrzał na nią współczująco.

– Tak, na to wychodzi – potwierdził jej obawy.

– Ten ktoś musiał kontrolować mgłę, tak samo, jak Drake – zaczęła chodzić w tą i z powrotem koło Aarona, stukając szpilkami o podłogę.

– Jakby się nad tym zastanowić, to jest na to wiele sposobów – stwierdził, obserwując ją. – Ale ciekawe jest to, że właśnie pod niego ktoś się zaczął podszywać. Jakby nie chciał zostać przyłapany.

Alyson stanęła jak wryta. Spojrzała na Aarona z lekkim przestrachem.

– Mam przeczucie – oznajmiła. – Musimy udać się do wiedźmy.

Aaron uniósł brwi.

– Do Diany? Czemu?

Nie mogła pozbyć się wrażenie, że stało się coś złego.

– Ja… – Popatrzyła w dal. – Ja muszę tam iść – dodała mocniej, po czym zaczęła się oddalać. Aaron szybko zrównał z nią kroku.

– W takim razie idę z tobą – oznajmił. – Jak sama chciałaś do niej trafić…

Urwał, bo zobaczył, że Alyson stuka w swój nowy sygnet trzy razy.

– Przecież to nie zadziałała – przypomniał.

Wiedziała, że zadziała, ale nie odpowiedziała, a po prostu weszła w portal, gdy ten otworzył się tuż przed nią.

– Alyson, zaczekaj! – krzyknął, a ona zobaczyła jeszcze, jak biegnie w taflę wody tuż za nią.

 

~*~

 

Szpilki Alyson wbiły się w ziemię w miejscu, w którym stanęła, wychodząc z portalu. Chwilę później wpadł na nią Aaron.

– To niemożliwe – powiedział, rozglądając się nerwowo. – To nigdy się nie udawało. Powinniśmy wylądować na jakimś polu, w krzakach czy w wodzie, ale nie przed jej domem.

Alyson skrzywiła się, wyciągając swoje buty z ziemi. Resztę drogi do chaty wiedźmy przemierzyła na palcach.

– Idziesz, czy będziesz się dalej rozglądał? – rzuciła przed siebie, chcąc w ten sposób pogonić Aarona, aby ten ruszył swoje cztery litery.

Chłopak migiem pojawił się obok niej, na co odskoczyła kawałek.

– Ale pojawiać się znikąd to już możesz sobie darować – mruknęła.

Nie uśmiechnął się. Najwyraźniej i jemu coś tutaj nie pasowało.

Niebo było ciemnofioletowe, ponieważ tak samo, jak na Xyn panowała teraz noc, ale nie chodziło o to. Atmosfera, jaka panowała wkoło domu Diany, uległa zmianie. Wszystko wydawało się takie bez życia, a z komina chaty nie unosił się dym.

Nie pukając, otworzyła z rozmachem drewniane drzwi. Gdy uświadomiła sobie, jak lekko to poszło, dostrzegła, że drzwi były po części wyłamane, a wkoło zamka dało się dostrzec ślady pazurów. Aaron, dostrzegając to w tym samym czasie co dziewczyna, wyciągnął z kieszeni swój miecz i powiększył go.

– Poczekaj tutaj, ja się rozejrzę – oznajmił, wymijając ją swoją szybkością, przez co Alyson nawet nie zdążyła zaprotestować.

Chciała iść przed siebie, ignorując jego prośbę, kiedy usłyszała jego nawoływania.

Wchodząc dalej i kierując się za głosem Aarona, trafiła do pokoju wyglądającego na sypialnie wiedźmy. Bardzo nowoczesną sypialnię. Nie wyglądała jak pokój staruszki. Swoją drogą, ciało leżące u stóp Aarona także nie wyglądało zbyt staro.

– Kto to jest? – zdziwiła się Alyson, patrząc na martwą kobietę w średnim wieku, o kasztanowych włosach, całą we krwi. Porządnie zaschniętej krwi.

Aaron westchnął, wstając z kucka.

– Diana – odpowiedział.

Alyson cofnęła się o krok.

– Ale… Ale jak to?! Ona nie żyje?!

Owszem, miała przeczucie, że coś jest nie tak, ale żeby Diana nie żyła? I, jak widać, od dawna?

Aaron podniósł spojrzenie na Alyson.

– Widocznie wiedziała za dużo. Ktoś się jej pozbył. – Znowu spojrzał na wiedźmę. – Muszę zawiadomić rodziców.

Alyson nie odpowiedziała, jedynie rozejrzała się po pokoju. Dostrzegła przedmiot, po który któregoś dnia chciała wrócić.

Niedaleko dłoni Diany leżała okrągła probówka. Alyson mogła się założyć, że była to ta sama probówka, w której wiedźma przechowywała jej wspomnienie. Z tym tylko wyjątkiem, że teraz była lekko nadtłuczona oraz pusta.

Wspomnienie przepadło. Lub zostało ukradzione.

„Dlaczego? Co takiego w nim było? O czym wiedziałam?”

Wówczas to zobaczyła. Był niczym autograf artysty pod swoim dziełem.

We włosach Diany włożone było białe piórko z pobrudzoną na czarno górą. Poznała to pióro. Należało do napastnika, który umieścił ją w stodole.

Czy to właśnie on zabrał wspomnienie? Dlatego zabił Dianę? Czy Diana znała jej wroga, gdy wykrzyczała jej, że nie chce mieć z nią nic wspólnego?

Dziewczyna naraz poczuła, że brakuje jej tutaj powietrza. Dopiero teraz doleciał do niej zapach rozkładających się zwłok, a do przyjemnych to on nie należał.

Choć tak naprawdę to nie zapach gnijącego ciała spowodował, że straciła oddech. Zdała sobie sprawę, że to właśnie ją widziała wśród ciał ze swojego snu. Tego, gdzie widziała umierającego lisa. Lisa i kogoś jeszcze. Kogoś, kogo straty nie mogłaby znieść. A teraz, skoro Diana nie żyje, a była w tym śnie, oznacza to, że…

Odwróciła się i wybiegła. Wciągnęła kilka razy powietrze, uspokajając się, zanim Aaron zorientował się, że nie było jej w pokoju.

– Alyson? – zapytał, wychodząc pośpiesznie z domu wiedźmy i podchodząc do niej. – Wszystko gra?

Uniosła na niego wzrok, a gdy spojrzała w te szafirowe tęczówki, zawsze ciemniejące, kiedy patrzyły na nią… Pomimo tego przykrego wydarzenia, jakie odkryli w chatce za ich plecami, miała ochotę go teraz pocałować. Naprawdę tego pragnęła.

Tylko że nie mogła tego zrobić.

Nie mogła spowodować, aby on jej pragnął. A raczej, aby chciał jej bardziej, niż już było po nim widać, że chce.

Uśmiechnęła się do niego łagodnie.

– Zawiadom rodziców – powiedziała.

Podszedł do niej bliżej. Powietrze między nimi zrobiło się gęstsze, a Alyson mimowolnie spojrzała na jego usta.

– Nie zostaniesz?

Podniosła wzrok do jego oczu.

– Nie mogę – odparła. – Może nie odetnę się od tego świata tak, jak planuje to zrobić Nina, ale jednak postanowiłam skupić się na moim życiu na Ziemi. Studia, rodzina…

Aaron zbliżył się tak, że odległość między nimi stopniała do kilku centymetrów.

– Nie uciekniesz od Xynu – oznajmił. – Nie można od tego uciec.

Alyson uśmiechnęła się lekko.

– To się jednak odmienia?

– Dlaczego się poddajesz? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

Alyson potrząsnęła lekko głową.

– Nie poddaję się. Po prostu to nie dla mnie.

Chłopak wskazał na chatę za nimi.

– To przez to? Powiedź prawdę, Alyson. Będę wiedział, jeśli skłamiesz.

Prychnęła lekko pod nosem, ale nie zrobiła tego ze złośliwością. Raczej zabrzmiało to jak nieudany krótki śmiech.

– Cały Xyn do tej pory mnie nie potrzebował. Teraz także poradzi sobie beze mnie – odparła wymijająco.

– Ally…

Nie mógł dokończyć, bo Alyson położyła mu palec na ustach.

– Nie mów nic więcej – poprosiła cicho.

Nie chciała tego usłyszeć.

Nie mogłam się zawahać.

Chłopak podniósł rękę i położył ją na dłoń Alyson, aby zdjąć ją ze swoich ust, ale potem nie wypuścił jej z uścisku.

– Dlaczego, Ally? Dlaczego? – Jego głos również był cichy.

Wyciągnęła delikatnie dłoń z jego ręki.

– Masz narzeczoną.

– Przekonam rodziców – wyjaśnił. – Wszyscy widzą, że jej nie kocham.

– Ona jest księżniczką, Aaron. Ja nie.

Bolało ją każde słowo, ale musiała mu to uświadomić.

– Nie dam o to, przecież to wiesz.

Pokręciła głową.

– To nie nas los miał ze sobą splatać, to nie nasze przeznaczenie – odparła. – Więc niepotrzebnie wszystko komplikować.

– Skąd możesz wiedzieć, jakie jest nasze przeznaczenie? – zapytał, a w jego głosie tym razem pojawiło się zirytowanie.

Czy to przypadkiem nie on sugerował, że ona w snach widziała przyszłość?

Opuściła wzrok. Nie była w stanie dłużej patrzeć w jego szafirowe oczy i oddalać się od niego.

Jak za dotknięciem magicznej różdżki, przed jej oczami znowu stanęły obrazy ze snu. Jak można żyć, wiedząc, że gdy zdecyduje się pójść konkretną ścieżką, będzie to równoznaczne ze skazaniem kogoś na śmierć? Tak bardzo chciałaby tego nigdy nie ujrzeć. Chciałaby nigdy nie posmakować tego uczucia, jakie doznała, widząc jego oczy pozbawione blasku. Pozbawione życia. Już wtedy zdała sobie sprawę, że gdyby tylko istniał cień szansy, że przyczyniłaby się do takiego obrotu sprawy, jaki ujrzała – nie zaryzykowałaby. Koszt byłby zbyt wielki.

Czasami spotykając pewną osobę w swoim życiu, wiesz, że będziesz w stanie zrobić dla niej wszystko. Bez względu na własne uczucia. Możesz znać ją rok, miesiąc, tydzień, dzień, a czasem nawet i chwilę. Alyson nie potrafiła stwierdzić, ile znała Aarona, bo miała wrażenie, jakby od zawsze był obecny w jej życiu. To było coś zupełnie innego niż to, co towarzyszyło jej przy Harrym. To było tak nieprawdopodobne inne.

Poczuła, że przed przeznaczeniem nie można uciec. Za to można mieć nadzieję, że decydując się na jedną z opcji, uniknie się skutków tej, której się nie podjęło, dzięki czemu będzie można choć trochę modelować fragmenty tego, co miało nadejść.

Na tę chwilę Alyson była pewna, że jeśli mocniej zaangażuje się w znajomość z Aaronem, będzie to oznaczało jego śmierć. Harry, Dylan, a nawet Simon… Każdy ucierpiał.

Alyson wiedziała jeszcze jedną rzecz. Gdyby Aaron dowiedział się, że odpychała go od siebie ze względu na sen, który po części zaczął się sprawdzać, oraz ze względu na swoją przeszłość, wyśmiałby to. A potem chciałby zaryzykować. Widziała to w jego oczach, gdy patrzył na nią w ten sposób, jak teraz.

I tak oto podjęcia decyzję za ich oboje. Niesprawiedliwą, ale według niej, słuszną i jedyną.

Gdy Aaron pochylił się ku niej, wywinęła mu się delikatnie.

– Na mnie już pora – oznajmiła, jednocześnie się odwracając, po czym ruszyła przed siebie.

Nie dał jej tak łatwo uciec. Jednym zwinnym ruchem chwycił ją za nadgarstek, obrócił i przyciągnął ją do siebie, a następnie pocałował. Jego kilkudniowy zarost delikatnie ją zakuł, co wbrew pozorom było bardzo przyjemne.

Alyson wydawało się, że jej serce nie może być bardziej zranione, niż już zostało, ale ten moment, w którym musiała go odepchnąć, spowodował, że aż zabrakło jej tchu, a po jej policzku potoczyła się pojedyncza łza.

Wtedy też przypomniała sobie, że w kieszeni swojej sukienki coś schowała. Coś, co chciała mu dać. Coś, przy czym chciała powiedzieć inne słowa, niż padły z jej ust. Coś, co mogłoby stać się realne, gdyby nie utwierdzenie jej w fakcie, że nie może tego urzeczywistnić bez późniejszych konsekwencji.

Chwyciła jego dłoń i włożyła w nią to, co mu przyniosła, nie patrząc mu w oczy.

– Serio, muszę już iść – odparła, stukając w sygnet.

Tym razem to, co mu dała, spowodowało, że spojrzał w dół, dzięki czemu dostała wystarczającą ilość czasu, aby zniknąć w portalu, zanim on będzie próbował zatrzymać ją kolejny raz.

 

~*~

 

Chłopak westchnął przeciągle, patrząc na swoje dłonie. Od razu zorientował się, że jest to zdjęcie. Było odwrócone do góry nogami, więc zaczął powoli je odwracać, a gdy dojrzał, co tam było, aż znieruchomiał.

Nie sądził, że akurat to będzie uwiecznione.

Zimny podmuch wiatru niosący nieprzyjemny zapach z chaty za nim oprzytomnił go. Szybko schował zdjęcie do kieszeni spodni, po czym otworzył portal. Poinformował ojca i matkę o tym, co odkryli na Apris, a potem stojąc w pustej sali, długo wpatrywał się w fotografię przedstawiający jego pierwszy pocałunek z Alyson z imprezy u Blake.