Radiowóz przywiózł mnie na miejsce z prędkością świata. Z podobnym rozpędem wypadłam z niego i zaczęłam przedzierać się przez tłum gapiów, jaki zdążył się do tej pory zebrać. Gdy przez policyjny megafon ogłoszono komunikat, ludzie zaczęli rozstępować się przede mną jak morze przed Mojżeszem. Przyspieszyłam, chcąc jak najszybciej przekonać się, że inni się mylili, lecz kiedy przechodziłam pod taśmą policyjną, usłyszałam głos, który nie pomyliłabym z żadnym innym.
– Nie podchodź bliżej.
Zatrzymałam się, choć dopiero po chwili zdałam sobie z tego sprawę.
– Dlaczego? – zapytałam, patrząc w plecy osoby, która myślałam, że znałam. – Dlaczego chcesz to zrobić?
Z jakiegoś powodu wiedziałam, że się uśmiecha. Nie był to ten szczery i optymistyczny uśmiech, który znałam, lecz smutny, przygnębiony. Kiedy się to zmieniło?
– Nie pytaj mnie o to. Nie ty. Nie pytaj mnie o to, co inni. Oni już to zrobili. Oni tego nie zrozumieją.
Powoli staram się podejść bliżej. Wiatr rozwiewa moje włosy. Otulam się cieplej płaszczem, który mam na sobie. Jak to możliwe, że ona nawet nie drży, ubrana jedynie w koszulkę z krótkim rękawem oraz krótkie spodnie?
– Ja też tego nie rozumiem – odpowiadam powoli. Staram się znaleźć słowa, które mogłyby pomóc, ale jak na złość mam pustkę w głowie. – Chodź, Cora, zanim się przeziębisz.
Zwykle w takiej chwili słyszałabym ciche prychnięcie zalatujące pogardą, ale teraz odpowiada mi jedynie cisza.
– Cora – mówię łagodnie, ale zarazem stanowczo. – Nie rób tego.
– Pamiętaj, że to nie twoja wina. Proszę, wybacz mi.
– Jeśli to zrobisz, nigdy ci nie wybaczę – wypalam bez zastanowienia. – Nigdy nie zrozumiem dlaczego!
Okazało się, że zmniejszyłam dzielący nas dystans zaledwie o połowę. To wciąż było za mało i ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Tak samo, jak wiedziała to, że za kilka sekund zerwę się do biegu, aby ją powstrzymać.
Nie chciała dać mi tej możliwości. Odwróciła głowę w moją stronę, a wtedy spojrzałam w jej przepełnione smutkiem oczy.
– Mam nadzieje, że zmienisz zdanie. – Uśmiechnęła się swoim typowym pożegnalnym uśmiechem, ale gdy się zorientowałam, było już za późno. W chwili, gdy zaczęłam biec, ona już leciała w dół, a kiedy dotarłam do barierki mostu i spojrzałam w czarną otchłań, jej już nie było. Dopiero czyjeś silne ręce, odrywając mnie od metalowych prętów, uświadomiły mi, że chciałam skończyć za nią.
– Nie, nie! Pomóżcie! Szukajcie jej! Szukacie! – krzyczałam na całe gardło, próbując się wyrwać, ale gdzieś z tyłu głowy docierało do mnie to, co było nieodwracalne.