– W tym roku będzie inaczej.

Wszystko starannie zaplanowałam. Wypisałam listę rzeczy, które kolejno będę realizowała. Tym razem musiało się udać.

– Powodzenia – rzucił bez większego przekonania Gideon, wzruszając ramionami. – Ale chyba rok temu mówiłaś to samo.

Poprawiłam uchwyt reklamówki, którą trzymałam. Wracaliśmy właśnie z zakupów, które robiliśmy dla dziadka. Od zeszłorocznej, nietypowej akcji, jaka miała miejsce w szkole Gideona, nie zbliżyłam się do tego budynku i wcale tego nie żałowałam.

– Ale teraz mi się uda – odparłam z zapałem. – A wiesz, co wpisałam jako punkt pierwszy?

Gideon spojrzał na mnie i zmrużył oczy, jakby wyczuwał podstęp.

– Co takiego?

– Udanie się do wesołego miasteczka! – Uśmiechnęłam się. – Obiecałam ci to już dawno.

Mój kuzyn również się uśmiechnął.

– Super! To kiedy idziemy?

– Jak tylko zaniesiemy zakupy – oznajmiłam, na co Gideon przyśpieszył kroku. Zaśmiałam się. – Zaczekaj na mnie!

Niecałą godzinę później dotarliśmy na miejsce.

– To… gdzie najpierw idziemy? – zapytałam, przeliczając gotówkę, którą miałam w portfelu. – Wybieraj mądrze – dodałam, unosząc na niego wzrok.

Rozejrzał się.

– To może autka? – zapytał, wskazując głową na najbliższą atrakcję.

– Możemy – potwierdziłam i udałam się do kasy. Zakupiłam nieco żetonów, a połowę z nich oddałam kuzynowi. – Biorę czerwone! – krzyknęłam, wskakując na platformę.

On wybrał czarny pojazd. Było to do przewidzenia, bo jedyne, jakie było jeszcze do wyboru, miało kolor różowy.

Zajęłam swoje miejsce i udałam, że wrzucam bieg.

– Szykuj się!

Gideon zaśmiał się i wgramolił się do swojego pojazdu. Chwilę później ruszyliśmy.

Wszystko szło dobrze, już miała uderzyć Gideona z rozpędu, kiedy to przed oczami mignął mi różowy lakier. Zdążyłam tylko odbić lekko w drugą stronę, zanim ten wjechał we mnie z uderzającą siłą.

– Ej! – warknęłam odruchowo, a dopiero potem spojrzałam na kierowcę. – To znaczy…

Od kiedy to przystojny facet wsiadał do różowego autka?

– Chyba udało mi się przyciągnąć twoją uwagę – odparł chłopak, odbijając w bok. Na nieszczęście zakręciłam kierownicą w tę samą stronę i ponownie się stuknęliśmy. Uśmiechnął się. – Jestem Kevin.

– Jane, ma na imię Jane! – krzyknął Gideon, mijając nas.

W tym momencie zaczęłam żałować, że zabrałam go ze sobą.

– Ładnie – oznajmił Kevin, nie zaszczycając Gideona wzrokiem. Zresztą, mój kuzyn był już daleko.

– Dzięki – burknęłam i tym razem zakręciłam kierownicą w przeciwną stronę, dzięki czemu zaczęłam się oddalać.

Nie na długo.

– Miło mi cię poznać, Jane.

Podobało mi się, w jaki sposób wymówił moje imię.

Cholera.

– Wzajemnie – odparłam jedynie i tym razem udało mi się odjechać znacznie dalej.

Unikałam go, choć nie wiedziałam dlaczego. Ilekroć zbliżał się do mnie, ja odbiłam w drugą stronę, taranując pobliskie autka. Gideon wyglądał, jakby miał ze mnie niezły ubaw.

– Porozmawiaj ze mną – rzucił Kevin, kiedy nie miałam możliwości go wyminąć. Zaraz po tym, w jego autka uderzyła ładna blondynka, która uśmiechała się szeroko. Odwrócił do niej głowę, a wtedy ja pokręciłam swoją.

Na co ja liczyłam?

– Może innym razem, kiedy nikt nie będzie chciał cię zabić – rzuciłam. Wtedy też czas atrakcji dobiegł końca, a ja wyskoczyłam z auta i … uciekłam.

Rety, naprawdę uciekłam.

Gideon podbiegł do mnie.

– Gdzie się pali?

– Bardzo zabawne – warknęłam. Nie chciałam się oglądać, ale przecież mógł to zrobić ktoś inny. – Ej, patrzy za nami?

Gideon odwrócił głowę.

– Chyba nie. A nie, czekaj. Tak, patrzy. Nie, raczej nie…

Trzepnęłam go w ramię.

– Gideon!

Rozmasował miejsce, w które go trafiłam.

– Patrzył. To też widział.

Świetnie. Po prostu świetnie.

Chwyciłam kuzyna za kurtkę i pociągnęłam za sobą do gabinetu luster.

– Nie musisz zdradzać mojego imienia każdemu napotkanemu facetowi – rzuciłam, przechodząc pomiędzy ustawionymi lustrami.

– Dlaczego nie?

– Bo nie i już. Tak się nie robi.

– Ale ty…

Zatrzymałam się, przez co Gideon wpadł na mnie.

– Nie i już, jasne?

Skinął głową i wyminął mnie. Westchnęłam, po czym ruszyłam za nim. Wyszłam z gabinetu luster, nie spoglądając w żadne z nich.

Sięgnęłam do torby. Nie zauważyłam, że gdy wyciągałam kolejny żeton, wypadła moja lista.

Dostrzegł to ktoś inny.

– Oddawaj!

Próbowałam wyrwać kartkę Gideonowi, ale wtedy uniósł rękę do góry i w ten oto sposób znalazła się poza moim zasięgiem. Miał dopiero 14 lat, ale już prześcignął mnie wzrostem. Doprawdy, nie wiem, kiedy on tak urósł.

– Na którym miejscu miałaś znalezienie faceta? – zapytał, próbując dojrzeć spis nad swoją głową.

Zacisnęłam usta i wtedy wpadłam na nikczemny plan. Gideon miał łaskotki. Zaczęłam go łaskotać, na co on krzyknął krótko i próbował mnie powstrzymać. Wykorzystałam okazję i odzyskałam kartkę.

– Na ostatnim – odparłam, składając papier. Gdy był już wystarczająco mały, schowałam go do kieszeni spodni.

– To chyba kolejność ci się pomyliła – mruknął, uśmiechając się pod nosem.

Zmarszczyłam brwi i odwróciłam się, aby spojrzeć na to, na co patrzył on.

Był tam ten chłopak.

– Nie bądź śmieszny – obróciłam się, ale Gideona już nie było. Rozejrzałam się i ujrzałam go, jak podbiegał do kolejki górskiej. Odwrócił się, pomachał mi i usiadł w jednym z przedziałów. – Cwaniak – mruknęłam, niezadowolona. Bardzo dobrze wiedział, że ja nigdy więcej na to nie wsiądę.

– Chyba teraz nikt nie próbuje mnie zabić – usłyszałam obok siebie.

Serce zabiło mi mocniej. Głupie serce.

– Może ja spróbuję – powiedziałam i przeniosłam na niego wzrok. – Wtedy raczej nie porozmawiamy.

Zaśmiał się cicho.

– Zaryzykuję – skinął głową w stronę pobliskich stołów. – Chodź.

Wskazałam na kolejkę, która właśnie ruszyła.

– Nie mogę zostawić go samego, jest pod moją opieką.

Może w ten sposób uda  mi się wykręcić?

– Stamtąd będziesz miała dobry ogląd na kolejkę, zobaczysz. – Uśmiechnął się, tak jakoś przyjaźnie. – Jeżeli okaże się, że jest inaczej, wrócimy tutaj. Umowa stoi?

Skinęłam głową.

W co ja się najlepszego wpakowałam?

Pozwoliłam się zaprowadzić do wskazanego miejsca. Gdy tam dotarliśmy, nie stanęłam obok niego, a naprzeciwko.

– Rzeczywiście, widać kolejkę.

– Mówiłem – odparł, opierając się o wysoki stolik. – Skąd jesteś?

Rozmowa zaczęła się kleić. On pytał, ja odpowiedziałam. Ja pytałam, on odpowiadał. Prosta sprawa. W pewnym momencie nawet się rozluźniłam i wręcz poczułam się dobrze w jego obecności.

Wtedy przypomniałam sobie o Gideonie. Nie wiem, ile czasu upłynęło, ale wydawało mi się, że wystarczająco dużo, aby ten już dawno wysiadł z kolejki.

Już miałam się rozejrzeć w poszukiwaniu kuzyna, kiedy mój wzrok napotkał się na coś zgoła innego. Za plecami Kevina, przy stoliku niedaleko nas, mężczyzna wyjął z kieszeni kurtki pistolet i szykował się do oddania strzału. Ponadto, byłam pewna, że patrzył na mojego rozmówcę.

Nie mogłam pokazać po sobie, że dojrzałam broń, bo wtedy byłoby już po nas, nie miałam co do tego wątpliwości. Ale też należało nas ukryć. Jak miałam zamaskować to, że chciałam nas schować przed tym mężczyzną?

Kevin chyba coś mówił, ale ja od dłuższej chwili go nie słuchałam, bo przyszedł mi do głowy tylko jeden pomysł. Bardzo głupi pomysł.

Zadziałałam impulsywnie, bo gdybym zaczęła to rozważać, na pewno zmieniłabym zdanie.

Chwyciłam Kevina za kołnierz kurtki, przyciągnęłam do siebie i pocałowałam. Wyglądał na zdziwionego, ale to nie to było teraz moim zmartwieniem. Starając się, aby wyglądało to naturalnie, przewróciłam nasz stolik, jak i nas, przez co wylądowaliśmy na ziemi. To znaczy, Kevin wylądował, bo ja znalazłam się na nim.

Podniosłam głowę i oznajmiłam, miałam nadzieje, że nie za głośno:

– Tamten facet ma pistolet.

Kevin patrzył na mnie rozmarzony wzrokiem, ale naraz oprzytomniał. Zsunęłam się z niego i usiadłam obok, a wtedy on podniósł się do pozycji siedzącej i wyjrzał za przewróconego stolika. Nie wiem, czy był tego świadomy, ale objął mnie opiekuńczo.

A potem wyciągnął broń.

– Co… – nie skoczyłam pytań, bo Kevin zamknął mi usta pocałunkiem.

– Straciłem czujność – mruknął, gdy przerwał. Oparł czoło o moje czuło, a nasze oddechy się zmieszały. – Uratowałaś mnie.

Ja?

– Ja?

Uniósł rękę, którą mnie obejmował i pogładził mój policzek.

– Gdybyś nas nie zasłoniła…

Padł strzał, na co, zamiast się skulić, odskoczyłam do tyłu, wciąż znajdując się na ziemi. Miałam na tyle oleju w głowie, aby się nie podnosić ani nie wychylać za stolika.

Znieruchomiałam. W przewróconym przeze mnie meblu, tuż obok głowy Kevina, widniała dziura po kuli. Minęła nas zaledwie o parę centymetrów.

Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że dookoła rozbrzmiały wrzaski.

O nie… Gideon!

Musiałam go odnaleźć.

Kevin położył dłoń na moim ramieniu.

– Poczekaj tutaj, dobrze?

Drugi strzał zrobił dziurę z drugiej strony stołu.

Nie odpowiedziałam. Nie musiałam. Kevin odwrócił się i zaczął strzelać do napastnika.

Nie zamierzałam stracić tej okazji. Kiedy Kevin, chcąc nie chcąc, osłaniał mnie, ja na czworakach przemknęłam do pobliskiego wózka z watą cukrową.

Byłam pewna, że pomimo wrzasków i nagłego rozgardiaszu usłyszałam swoje imię, ale nie przystawałam się czołgać i mknęłam dalej, jak najdalej od strzelaniny.

Gdy osłaniało mnie coś więcej, niż lichy wózek, stanęłam i się wyprostowałam.

– Jane!

Tym razem na pewno słyszałam wołanie.

Rozejrzałam się i ujrzałam Gideona. Nie musiałam widzieć swojej twarzy, aby wiedzieć, że krew odpłynęła mi z twarzy. Ja wręcz to poczułam.

Za plecami Gideona stała ładna blondynka, ta sama, która starała się zwrócić uwagę Kevina na autkach. Z tą tylko różnicą, że już się nie uśmiechała i nie interesował jej ów chłopak, a mój kuzyn. Dokładniej mówiąc: przyłożyła mu lufę pistoletu do głowy.

W co my się wpakowaliśmy?

Blondynka dostrzegła mnie i szybko skierowała broń w mojej stronę. Skoczyłam w bok, unikając kuli, ale nie udało mi się zatrzymać na czas i z impetem wpadłam na ścianę opustoszałej budki, odbiłam się od niej i upadłam na ziemie. Wtedy druga kula zatrzymała się w ścianie ponad moją głową.

Przeturlałam się, podniosłam się i schowałam za budką.

– Jaaane! – zawołała blondynka. – Nie chowaj się, bo w przeciwnym razie przeznaczona dla ciebie kula wyląduje w tym oto młodzieńcu.

Oddychałam szybko i rozglądałam się na boki. Co powinnam teraz zrobić?

– Jaaane! – Usłyszałam ponownie, ale jakby bliżej.

Zbliżała się.

– Kim jesteś?! – krzyknęłam, nasłuchując. Poza nami nie było tutaj innych ludzi.

– To nieistotne. – Z lewej. – Istotne jest to, gdzie jest chłopak, z którym rozmawiałaś. – Tak, zmierzała do mnie z lewej strony. – Powiedź, jakie przekazał ci informacje, a puszczę tego tutaj wolno.

Guzik prawda.

– Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę? – Po tych słowach zaczęłam się cofać, aż dotarłam do końca budki. Powoli wyjrzała za niej. Blondynka była już obok. Ponownie trzymała lufę przystawioną do głowy Gideona, który wyglądał jak siedem nieszczęść, ale na szczęście nie próbował się wyrywać i zwracać na siebie jej uwagi.

– Masz moje słowo – powiedziała blondynka, a ja dostrzegłam jej przebiegły uśmiech. Odsunęła lufę od Gideona i skierowała ją przed siebie. Krok później zniknęła za rogiem budki.

Najciszej jak potrafiłam, podbiegłam do miejsca, w którym zniknęli mi z oczu i ponownie wyjrzałam z rogu. Teraz blondynka była tyłem do mnie i z każdym kolejnym krokiem zbliżała się miejsca, w którym słyszała mnie po raz ostatni.

Spojrzałam na ziemie w celu znalezienia czegokolwiek. Los chciał, że u moich stóp leżał duży kamień. Schyliłam się po niego i zaczęłam się zakradać.

– Jaaane! – zawołała blondynka, zbliżając się do kąta budki, przy którym spodziewała się mnie zobaczyć. Widziałam, jak poprawia uchwyt na broni. – Nie ukryjesz się przede mną.

Chwyciłam kamień w obie dłonie.

– Nie zamierzam – powiedziałam i zanim zdążyła się obrócić, z całej siły uderzyłam ją w głowę.

Nieprzytomna padła na ziemie, upuszczając przy tym broń. Odkopałam ją kawałek dalej, na wypadek, gdyby się obudziła, po czym przytuliłam do siebie kuzyna.

– Nic się nie stało? – zapytałam, odciągając go na szerokość ramion i oglądając. – Czy ona…

– Nic mi nie jest – powiedział, ale był bardzo blady.

Podskoczyłam, gdy usłyszałam strzał. Na tyle ile mogłam, zasłoniłam sobą Gideona, a dopiero potem obróciłam nieco głowę, aby spojrzeć w stronę, z której dobiegł mnie odgłos wystrzału.

Wyłonił się stamtąd Kevin. Ściskał się za prawe ramie, ale po jego twarzy nie było widać, aby czuł ból. Wzrok miał czujny.

Mogłabym przysiąc, że na mój widok się rozluźnił.

– Jane! – Podbiegł do nas. – Nic wam nie jest? – Rozejrzał się i skrzywił, gdy dostrzegł nieprzytomną blondynkę. – A więc to była jego wspólniczka.

Chwilę później usłyszałam nadjeżdżającą policję i karetkę. Jednakże nie przestałam zasłaniać sobą Gideona, mimo że był ode mnie wyższy.

– O co tutaj chodzi?

Kevin schował broń za paskiem spodni, po czym wyjął coś z kieszeni kurtki.

– Jestem z FBI – wyjaśnił, pokazując wyjętą odznakę. – Tropiłem tego mężczyznę od tygodni. Na chwilę przed tym, jak się poznaliśmy, dostałem informację, że poszukiwany wyjechał z miasta, a moja misja została przerwana. – Chowając odznakę, przeniósł wzrok na blondynkę. – Nieprawdziwą, jak się okazuje.

Wskazałam na nią.

– To twoja partnerka?

Skinął głową.

– Musiała z nim współpracować. – Dopiero teraz spojrzał mi naprawdę w oczy. – Gdybym wiedział, że narażę cię lub… – uniósł wzrok na Gideona. – Wybacz, nie wiem, jak masz na imię.

Mój kuzyn odchrząknął i powoli wyłonił się zza mnie.

– Gideon.

Kevin uśmiechnął się do niego, po czym ponownie skoncentrował swoją uwagę na mnie.

– Nie naraziłbym was na niebezpieczeństwo.

Żal w jego głosie, połączony z wyrzutami sumienia, jakie malowały się na jego twarzy, sugerowały, że mówił prawdę.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo wtedy pojawiła się policja, a tuż po niej karetka.

– Dajcie się przebadać – poprosił Kevin, a gdy w odpowiedzi skinęłam głową, uśmiechnął się do mnie smutno. Następnie odwrócił się i podszedł do jednego z policjantów.

Gideona wysłałam pierwszego do karetki, a sama zostałam i przyglądałam się, jak policjanci skuwają w kajdanki odzyskująca przytomność blondynkę.

Czy ja naprawdę kogoś ogłuszyłam?

Rękoma umazanymi ziemią i krwią (nie wiem, kiedy pocięłam skórę na palcach) wyciągnęłam z kieszeni złożoną listę. Otworzyłam ją, przeleciałam wzrokiem i zatrzymałam się na ostatnim punkcie.

– Idiotyzm – mruknęłam do siebie, po czym podarłam kartkę na drobne kawałeczki. Silniejszy podmuch wiatru zdmuchnął je z moich dłoni i zaniósł daleko ode mnie.

– Jane?

Odwróciłam się do nadchodzącego Gideona i pytająco uniosłam do góry jedną brew.

– Już więcej nikomu nie powiem, jak się nazywasz.

Uśmiechnęłam się i uniosłam wzrok dalej, na Kevina prowadzącego kulejącego mężczyznę do radiowozu.

– Dobrze – odparłam, podeszłam do kuzyna i lekko szturchnęłam go w ramię. – Bo teraz ja wszystkim będę mówić, jak ty się nazywasz.

Wyminęłam go i podeszła do Kevina.

– Chodź, trzeba opatrzeć twoje ramie. – Wskazałam na zakrwawioną kurtkę.

– Najpierw ty…

– Jeżeli tego nie opatrzysz, nie pozwolę się dotknąć tym sanitariuszom.

Zamknął usta i przyjrzał mi się uważnie.

– Zgoda – powiedział w końcu i wyciągnął w moim kierunku zdrową rękę.

Odwróciłam się jeszcze za siebie, aby spojrzeć na Gideona. Mimo że wciąż był blady, uśmiechnął się pod nosem. Odpowiedziałam tym samym, po czym wróciłam do Kevina i chwyciłam go za dłoń.

Kto wie, może mój idealny plan był stworzony tylko po to, aby wydarzyło się to wszystko?