Bała się. Nic nie zagrażało jej bezpośrednio, jednak ona się bała. Obawiała się przed tym, co mogłoby nastąpić, w jaki sposób mogło zmienić się jej życie. Wtedy okazało się, że w tym strachu nie była sama – on także się bał.

Na pierwszy rzut oka Emma wydawała się wesołą, uporządkowaną dziewczyną, której niczego nie brakowało do szczęścia. Potrafiła tak zorganizować sobie czas, żeby bez większych problemów łączyć ze sobą naukę na studiach wraz z oddawaniem się swoim hobby, spotkaniem się z przyjaciółmi, znajdywaniem czasu dla rodziny, a nawet rozglądaniem się za jakąś dorywczą pracą. Świetnie odnajdowała się wśród ludzi, była duszą towarzystwa. Ale nie wszystko było takie idealne, na jakie wyglądało – w rzeczywistości nie było to niczym więcej, jak zwykłą grą pozorów. Bo Emma od dłuższego czasu nie wiedziała, co to szczęście.

Emma służyła radą każdemu, kto ją o nią poprosił. Pomagała innym na tyle ile była w stanie. Z czasem stało się oczywiste, że potrafiła wesprzeć każdego, poza sobą.

Zaczęło się od pierwszej porażki sercowej, po której przyszły następne, aż po ostatnim, dotkliwym odrzuceniu kompletnie straciła wiarę w siebie i w końcu zdecydowała, że dłużej tak nie pociągnie. Poddała się, zrezygnowała. Przestała angażować się w bliższe relacje z mężczyznami, aby nie przeżywać ciągle na nowo tego rodzaju bólu, jaki towarzyszył jej przy każdym kolejnym zawodzie. Nigdy nie doszukiwała się winny w drugim człowieku. Uważała, że skoro przez tak długi czas nikt nie był w stanie jej pokochać, to wina leżała wyłącznie po jej stronie. Uznała, że w jakiś sposób była, jest i zawsze będzie wybrakowana, niekompletna.

Minęły lata od ostatniego razu, kiedy to odważyła się zaufać, spróbować i tak boleśnie się sparzyła. Czas sprawił, że nie tylko przywykła do tego, że musiała radzić sobie sama, ale także ukryła się za swoją strefą komfortu, gdzie czuła się tak dobrze, bezpiecznie. A życie toczyło się dalej – bez ryzyka, bez cierpienia… bez ekscytacji. O tyle, o ile podobał się jej ten rodzaj niezależności od kogokolwiek, to kiedy przychodziły samotne wieczory, dostrzegała, że w życiu nie chodziło tylko o samowystarczalność. Prawda była taka, że czegoś uporczywie brakowało. Czy to mogło chodzić o to poczucie, że jest się dla kogoś kimś ważnym w ten wyjątkowy sposób, kiedy jest się kochanym? Nie doświadczyła takich uczuć. Nie wiedziała, czy to chodziło o to, ale pustka w jej sercu zajmowała coraz więcej miejsca, jak na swoją niebytową formę. To wtedy, pewnego zimowego dnia, poznała Bruna.

Bruno uchodził za nieśmiałego chłopaka, któremu brakowało pewności siebie. Nie było to wynikiem bolesnych doświadczeń – po prostu taki miał charakter. Aczkolwiek nie ułatwiało mu to życia ani tym bardziej znalezienia dziewczyny.

Tak samo, jak Emma, Bruno ukrywał przed światem swoją wrażliwość. Był romantykiem, co przyjaciele niezmiennie krytykowali śmiechem i krzywym spojrzeniem.

– Stary! Jest XXI wiek!

– I co z tego?

– To z tego, że nie znajdziesz idealnej panny!

Prawie im uwierzył.

Prawie, bo wtedy spotkał Emmę. A dokładniej: dosłownie na nią wpadł. Był tak pogrążony w rozmyślaniach nad sensem ludzkiej egzystencji, że nie zobaczył tej drobnej osóbki, którą była.

– Cholera! – było to pierwsze słowo, jakie powiedziała, kiedy w wyniku zderzenia upuściła na chodnik papierowy kubek, a jego zawartość się wylała. – Super! Co jeszcze mi się dzisiaj…

Podniosła wzrok i zamarła, ale zaraz szybko się zreflektowała i omiotła wzrokiem człowieka, przez którego straciła swój napój. Ciemne włosy, tak bardzo czekoladowe oczy, czarny płaszcz, eleganckie buty…

Bruno, który nie potrafił oderwać wzroku od jej zielonych tęczówek, musiał potrząsnąć lekko głową, żeby wyrwać się z nagłego otępienia.

– O rety! Bardzo cię przepraszam! – Spojrzał na kubek, a potem rozejrzał się dookoła. Wskazał na budynek przed sobą. – Tam jest kawiarnia, pozwól, że odkupię twoją kawę…

– Nie – przerwała mu szybko.

Zamilkł od razu.

– Och… – wydusił w końcu, na co ona lekko się uśmiechnęła.

– To była herbata – wyjaśniła. – Nie pijam kawy.

Zajęło mu kilka sekund, zanim zrozumiał, że też powinien się uśmiechnąć. Schylił się i podniósł kubek, wyrzucił go do stojącego obok kosza, a potem wrócił do dziewczyny.

– Chyba powinnaś znać imię tego, który zabił twoją herbatę. – Nie przemyślał do końca tego, co chciał powiedzieć. Słowa same wylewały się z jego ust. – Jako osoba, która pija tylko herbatę, uważam taki czyn za haniebny.

Uśmiech Emmy zniknął, a on był pewien, że właśnie się sparzył. Wtedy ona zaczęła się głośno śmiać.

– W istocie, zapewne krewni mojej herbaty będą chcieli poddać cię do sądu – odparła, gdy przestała się śmiać. Wyciągnęła rękę. – Jestem Emma, owoce leśne.

Tym razem on też się zaśmiał.

– Bruno, zielona liściasta.

– Nieprawda – odparła, gdy już puścił jej dłoń. – Jesteś Bruno, zabójca herbat.

Nie mógł powstrzymać uśmiechu.

– Dobrze, w takim razie pozwól, że odkupię swoje winny, Emmo. – Wskazał inne miejsce niż wcześniej. – Tutaj sprzedają najlepszą.

Wiedziała to. Stamtąd właśnie wyszła.

– Skoro tak mówisz, to prowadź. – Kiedy ruszyli w stronę budynku, mruknęła jeszcze pod nosem: – Nie mogło być banalniej.

Każde doświadczenie zmienia człowieka – tak samo, jak każdy napotkany na drodze człowiek może sprawić, że spojrzy się na życie z zupełnie innej perspektywy.

Od tamtego pamiętnego dnia minęły trzy miesiące. Pisali ze sobą codziennie, ale spotkali się ze sobą zaledwie parę razy. Było to wynikiem nie tylko tego, że mieli różnego rodzaju obowiązki – oboje zmagali się z przełamywaniem barier, które wnieśli na przestrzeni lat: Bruno musiał pokonać swoją nieśmiałość, a Emma nabytą nieufność, co do czyjeś szczerości. Ale te nieliczne razy, kiedy udało im się zobaczyć, tylko upewniały ich w tym, że ich znajomość nie była wynikiem przypadku. Za każdym razem czas przelatywał im przez palce w takim tempie, że nie mogli w to uwierzyć. Było im tak dobrze w swoim towarzystwie, jakby obydwoje znali się całe życie, jak i swoje poprzednie wcielania. Coś ich do siebie pchało. Nie potrafili tego wyjaśnić, ale tak było. Połączyła ich niezwykła więź.

– Idziemy na spacer z pieskiem – rzucił Bruno w stronę kuchni, gdzie siedziała jego mama.

– Weźcie parasolkę, bo zmokniecie.

Emma wyjrzała przez okno.

– Teraz nie pada – odparła, ale odeszła od okna i chwyciła za czarną parasolkę. – Ale i tak na wszelki wypadek weźmiemy.

– Wrócimy, zanim się rozpada. – Bruno skinął głową, aby ją odłożyła. Emma uniosła jedną brew do góry, po czym wzruszyła ramionami.

– Jak coś to ty będziesz płacił za mojego lekarza i leki, jeśli zmoknę i się przeziębię.

Mama w kuchni zaśmiała się cicho, ale nic więcej nie dodała. W tym czasie Bruno sięgnął do szafy po kurtkę Emmy i pomógł jej ją założyć, po czym sam włożył swój płaszcz.

Był późny wieczór, ale z racji tego, że zaczęła się wiosna, na dworze nie było specjalnie zimno. Choć co do tego, dlaczego było jej ciepło, Emma miała inne podejrzenia.

– Widzisz? Nie pada!

Zerknęła na Bruno, ale zaraz szybko wróciła wzrokiem do chłodnika, po którym skakały żaby.

– Jeszcze – burknęła, przeskakując jedną z nich. – Dobrze, że to nie pająki…

Okrążyli jeziorko i zatrzymali się dopiero w wylanej betonem zatoczce.

– Brakuje tutaj ławki – zauważyła Emma, która dalej nie odrywała wzroku od podłoża, aby skutecznie unikać skaczących stworzeń.

– Ponoć mają w planach ją postawić. – Westchnął, patrząc gdzieś w dal. – A jak ci się tutaj podoba?

Uniosła wzrok. Wysokie drzewa znajdujące się przy wodzie zdawały się łączyć na górze, aby utworzyć coś na wzór okna, przez które patrzyło się z zatoczki na jeziorko. Na tafli odbijały się światła domów znajdujących się po drugiej stronie oraz księżyc, którego chmury chwilowo odsłoniły. Całość wyglądała tak malowniczo, że z początku nie wiedziała, co mu odpowiedzieć.

– Jak tu pięknie.

Bruno zaśmiał się, na co Emma spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– Dlaczego się śmiejesz?

– Ja się nie śmieję!

Uderzyła go lekko w ramię.

– No dobra, dobra! – Podniósł jedną rękę w geście kapitulacji, a w drugiej poprawił smycz, skracając nieco zasięg swojego czworonoga. – Po prostu powiedziałaś to tak jakoś uroc… – odkrzyknął. – Tak jakoś, jak nie ty.

„Uroczo?”

Odwróciła się do niego. Stojąca z boku latarnia była jedynym źródłem światła w okolicy, ale i ona nie świeciła zbyt jasno. Twarze mieli oświetlone jedyne w połowie, reszta była ukryta w mroku. Już nie rozmawiali – zapanowała cisza, a powietrze zgęstniało.

Podniósł wzrok, przełknął nerwowo ślinę i na tyle ile mógł, spojrzał jej głęboko w oczy.

– Mam ochotę cię pocałować – wyszeptał. Widziała, jak długo walczył ze sobą, aby w końcu wyjść z inicjatywą. Fakt, że wciąż z tym zwlekał, sugerował, że nie był pewny jej stanowiska…

Zagryzła delikatnie wargę.

– To na co jeszcze czekasz? – Kiedy tylko wypowiedziała te słowa, zrozumiała, że nie było odwrotu. Ale nie była to jedyna rzecz, jaką wtedy pojęła. Odkryła bowiem, że czekała na to od dawna. I już wcale nie chciała uciekać. Po raz pierwszy w życiu chciała zostać. Tak po prostu.

Dalej się wahał, więc postanowiła go zachęcić – zarzuciła mu ręce na szyję i czekała. Serce waliło jej z ekscytacji! Z kolei on przełknął ślinę jeszcze raz, po czym pochylił się i…

Odskoczyli od siebie, gdy zaskoczył ich nagły szczek psa patrzącego przy tym na swój krótki łańcuch. Spojrzeli po sobie, po czym oboje wybuchli śmiechem.

– No nie! I ty przeciwko mnie? – rzucił Bruno, luzując trochę uchwyt. Kręcąc głową, wrócił spojrzeniem do Emmy. – Na czym to my sko…

Przewróciła oczami, chwyciła go za kołnierz płaszcza i przyciągnęła do siebie. W tej samej chwili zaczął padać deszcz. Żadne z nich się nawet nie zorientowało, dopóki nie przemokli do suchej nitki.

Choć oboje się boją – a każdy z nich ma na swoich barkach wyhodowane przez siebie inne demony – próbują. Przed nimi bardzo dużo pracy, ponieważ oboje mają przeszłość, która może zdefiniować ich przyszłość, ale mimo wszystko przełamują bariery, burzą mury – nie sami, lecz nawzajem.

Mogli się minąć.

Mogli się o sobie nigdy nie dowiedzieć.

Mogli się poddać na starcie, zanim jeszcze spróbowali. Ale oboje zaryzykowali stworzeniem czegoś, czego oboje wcześniej nie doświadczyli – potraktowania drugiej osoby z szacunkiem, na jaki zasługuje. Mógł ich ogarnąć strach, ale tak się nie stało. Ich droga dopiero się rozpoczęła, a żadne z nich nie wie, jak się skończy.

Czas nie stoi w miejscu. On pędzi do przodu. Zatrzymując się, zapierając się rękoma i nogami o wszystko, co tylko się da, przepadnie się szybciej, niż można było zakładać. Nie powinno się bać jutra, bo ono równie dobrze może nigdy nie nadejść. Życie to tylko krótki film, którego to my jesteśmy reżyserami. To od nas zależy, jak potoczą się nasze drogi – od naszych wyborów.

Emma i Bruno nie wiedzą, co wydarzy się jutro, ale oboje nie mogą się doczekać tego, jak bardzo może być ekscytujące. Nie wiedzą, czy to miłość, ale jeśli nigdy nie spróbują i nie dadzą temu czasu, nigdy się nie dowiedzą. Rozpoczęła się droga, która nie jest prosta. Znajdą się na zakrętach, rozdrożach, górkach i pagórkach. Sęk w tym, żeby nie zboczyć z trasy i nie zgubić się w tej całej plątaninie zdarzeń, które zgotuje im los.